ETIC: przed czy po (28)

28.

Liz wpatrywała się to w jednego swojego rodzica, to w drugiego, zdecydowanie nie dowierzając w to, co usłyszała przed chwilą. Nie, nie musieli jej tego powtarzać, nie była aż takim dzieciakiem, ale obojętnie czy raz usłyszane czy kilkakrotnie brzmiało niczym taka sama dziwna mieszanina bajki z parodią. Ciekawe, czy wymyślili Straszną Bajkę?

Odgarnęła włosy, niesfornie opadające jej z rana na twarz. Uśmiechnęła się mimo wszystko, pamiętając swoją przygodę z fryzjerem. Ale zaraz potem jej mina wybitnie zrzedła, bo przypominało to dobitnie, że ciocia Mandy wcale nie miała nic przeciwko jej szastaniu pieniędzmi i nie patrzeniu na ceny, byleby poprawić jej humor.

„Yyy, sprzedaliście Crashdown jakiemuś koncernowi?” nie było to pytanie, raczej próba ogarnięcia szokujących faktów „Miejscowi chyba nie będą z tego zadowoleni. Nie było sprzeciwów?”

„Mało kto na razie wie.” jej mama przyznała z uśmiechem który wcale nie przypominał rozbawienia „A jeśli nawet urządzą lincz, to przypomnę im przeszłość kilku lokalnych patriotów, od razu im przejdzie…”

Nancy zacisnęła zawzięcie usta, Jeff chrząknął, Mandy zaniepokojona patrzyła siostrę…. Liz potrząsnęła głową. Od kiedy ja zauważam takie rzeczy?

„Chodzi mi o to, czy nie zablokują transakcji albo nie poniesiecie przez to jakichś strat… albo ludzie nie stracą pracy.” mruknęła dużo mniej pewnie. Jej rodzice zawsze naprawdę mało liczyli się z miejscową opinią publiczną i pewnie niejeden sekret się za tym krył, zważywszy że jej indiańskie rysy twarzy nie były spuścizną po mamie tylko po ojcu.

„Nie martw się, kochanie.” Nancy w końcu otrząsnęła się, jakby dotarło do niej, że jej zachowanie peszy córkę „Restaurację już sprzedaliśmy, ale w umowie jest odpowiednia klauzula dotycząca pracowników. Podejrzewam że nawet gdyby Agnes obijała się jeszcze bardziej, ich prawnik połamałby sobie zęby na zapisach autorstwa mojej zdolnej siostruni…” Nancy potargała lekko rude loki Mandy „Teraz pytanie brzmi, jak bardzo podoba ci się Floryda… wiemy niestety, że rachunkujesz niesamowicie…” Nancy pogroziła jej żartobliwie palcem „Ale szczęśliwie stać nas na kursowanie w tę i z powrotem czy kosmiczne rachunki za telefon.”

„Naprawdę chcecie się wyprowadzić z Roswell?”

Dla Liz było to po prostu niepojęte. Roswell miało swoje wady, ale zawsze była przekonana, że rodzice za nic w świecie nie wyprowadziliby się ze swojego domu. Przynajmniej takie zawsze odnosiłam wrażenie… co pominęłam?

„Ok., minuta szczerości… więc co was trzymało tam dotychczas?”

„Claudia i ty.” ku jej zaskoczeniu odpowiedziała Mandy „Przyrzekli twojej babci, że nie sprzedadzą restauracji ani niczego, póki ona żyje, a takie zobowiązania traktujemy przecież nadzwyczaj poważnie w naszej rodzinie. Oczywiście, jeśli chcesz skończyć szkołę w Roswell, nikt się nie wyprowadzi do czasu twoich studiów. Ale Floryda ma fenomenalne szkoły średnie, po których nie będziesz miała wielkich problemów z przyjęciem na wymarzone kierunki… biologia czy cokolwiek innego.”

„Ale przede wszystkim, tutaj są prawie wszyscy Heaneyowie ze Stanów, nie licząc tych uczących się?” Liz weszła jej w słowo „Co to ma wspólnego z testamentem dziadka? Co takiego mi zapisał, że chcecie się tu przenieść?”

„Nie, to nie dlatego.” Jeff objął żonę; gest nie uszedł uwadze Liz „W przeszłości wydarzyło się tam wiele złego… a my chcemy zapomnieć. Nie ukrywam, że gdybyśmy wygrali proces z tym wrednym babsztylem, i tak musiałabyś być co najmniej kilkanaście razy w roku na Florydzie. W tym testamencie są zobowiązania dla ciebie. Ale decyzja należy do ciebie.”

Mała brunetka westchnęła i podniosła się z kanapy.

„Zastanowię się. Mimo wszystko… to piekielna zmiana. Za kilka dni wam powiem.” pochyliła się i pocałowała matkę w policzek, zanim zostawiła wszystkich dorosłych w pokoju.

W przeszłości wydarzyło się tam wiele złego… a my chcemy zapomnieć. Liz potrząsnęła głową, wychodząc na zalaną porannym słońcem ulicę. Sprawdziła tylko, czy ma przy sobie portfel i dokumenty. Czy to była tylko przypadłość jej życia, że ciągle natykała się na jakieś tajemnice?

„Przezroczystość jest jak serek topiony… nigdy za wiele…” mruknęła do siebie, przechadzając się po pasażu i oglądając witryny sklepów. Poranno-sobotni tłum w centrum handlowym wymuszał raczej lawirowanie między falami kupujących i zwyczajnych spacerowiczów. I przede wszystkim, wolne tempo.

Wolnych ławeczek było jak na lekarstwo, więc usiadła w jakiejś kawiarence na uboczu. Westchnęła, biorąc do ręki kartę. Wątpiła, by cokolwiek w tej chwili przeszło jej przez gardło, ale przecież nie mogła tak sobie siedzieć… a od myślenia o tej sprawie i co inni ukrywają przed nią zaczynała boleć ją głowa.

Co Roswell ze mną zrobiło, że doszukuję się wszędzie tajemnic i podstępów? pokręciła ze zdumieniem głową. Ostatni rok naprawdę dał się jej we znaki. Chyba nawet mocniej niż sądziła na początku…

„Liz?”

Odwróciła głowę w stronę wołającego i dostrzegła sylwetkę wysokiego czterdziestolatka, lawirującego między zajętymi stolikami. Jego brązowe oczy śmiały się do niej.

„Wujek!” jej buzia rozjaśniła się w uśmiechu.

~ * ~

Alec nie mógł powiedzieć, co go natchnęło, by sprawdzić pocztę, ale potem mógł sobie tylko pogratulować. Wyszczerzył radośnie zęby, po czym odwrócił się na pięcie i pomaszerował prosto do swojego pokoju, już planując kogo usadzić na weekend na jego miejsce. Oooch, według Amandy już powinien smażyć się w piekle. Ale w domu Ryanek z całą pewnością urządzi mu małe piekiełko, jeśli spędzi tam chociaż sekundę dłużej niż to konieczne. Och, tam z pewnością panują teraz bardzo wysokie temperatury.

Szczęściarz. Ale zdecydowanie mu się należało. Chociaż prędzej uważałby, że dorwie Liz w swoje łapki niż Nem da się uwieść jego szurniętemu braciszkowi. Najwyraźniej zadziorna brunetka miała więcej słabości niż chciała się przyznać…

Godzinę później był już na międzystanowej, podśpiewując sobie pod nosem w rytm jakiejś kiczowatej piosenki. Zdaje się, że Spears. Chryste, jak kawałek nóżki może narobić apetytu na odrobinę treściwszego jedzonka…

Zerknął na wyświetlacz komórki. Numeru nie znał, ale mało kto miał jego numer. Niestety miał w zwyczaju nie dawać go byle komu, przez co doprowadzał wszystkie okoliczne kobiety poniżej 60-tki do zdzierania szat z rozpaczy. A teraz to zapanuje żałoba narodowa. Ryan McDowell zajęty…

„Dobry Boże… Apokalipsa….” zarechotał, odbierając połączenie.

„Pod postacią braku telefonu?” mimo, że głos Liz kapał od rezygnacji, miał przeogromną ochotę skakać za kierownicą z radości. Zadzwoniła sama, z własnej woli. No no.

„Przynajmniej masz powód, by się za mną stęsknić!” wymsknęło mu się, nim zdążył ugryźć się w niewyżyty język. Zdecydowanie chyba nadrabia braki ruchowe… zaśmiał się w duchu.

„Wolę Ryana, przynajmniej jest bardzo konkretny…”

Będziesz smażył się w swoim piekiełku, Ryan! Na wolnym ogniu!

„Ale zajęty!” odrzucił piłeczkę.

„Tia… Wolę zachować życie niż być żywcem zapilniczkowana… Nem chyba nie lubi świadków swojej kapitulacji…” wręcz widział oczyma wyobraźni jak Liz w tej chwili zagryza wargę i zakłada włosy za ucho… zawsze tak robiła, kiedy nie była pewna.

„Myślałem, że to była kapitulacja Ryana?” mruknął z uśmieszkiem.

„A ty skąd wiesz?” spytała podejrzliwie.

„Ktoś tu serwował tosty na śniadanko…”

„Yyy?”

„Nieważne.” zaśmiał się cicho. Nawet jeśli wczoraj wieczorem zachowanie Liz było ledwie przebłyskiem, to jednak coś w niej w końcu drgało. Tajała… powoli. Chociaż może powinien użyć słowa „topniała”. A Alec lubił serek topiony, oj lubił… „Co się stało?”

„Brak telefonu. Naprawdę… nie myślałam, że zatęsknię za  małą wkurzającą wibrą w kieszonce…”

„Alec?” spytała może po minucie, nie słysząc żadnego dźwięku z jego strony „Alec, jesteś tam?”

„Jestem.” z trudem tłumił śmiech „Paskudny ruch po prostu.” skłamał gładko i dodał z uśmieszkiem „Za dwie godziny będę w apartamencie, wpadnij do kafejki, to obejrzymy razem resztę zasobów…”

Przysięgał, Liz Parker wykończy go szybciej niż Nem Titbit Ryana McDowella…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *