ETIC: przed czy po (26)

I kto wygra zakład? Nie myślicie chyba, że pójdzie tak łatwo…

26.

Zawieszone pod sufitem wentylatory leniwie mieszały ciężkie, gorące powietrze. W pomieszczeniu unosiła się atmosfera rozleniwienia, zdając się przenikać do umysłów nawet najbardziej zapalonych graczy i internautów. Chociaż był niemal komplet zajętych stanowisk, mało kto się odzywał, nawet stukanie w klawiaturę straciło swój impet.

Chociaż gdyby komuś przyszło do głowy zajrzeć na zaplecze, miałby zupełnie inne pojęcie na temat gorącego, leniwego popołudnia. Pojęcie według Ryana McDowella, który powinien być w pełnej gotowości na stanowisku i obsługiwać klientów kafejki rodziców… w tej chwili jednak jedyne, co mu chodziło po głowie to obsługa drobnego ciałka Nem Titbit, przyciśniętej do ściany jego własnym. Mógłby powiedzieć o każdej miłej krzywej tej drobnej kobietki i o każdym zduszonym jęku, jaki wydobył się z jej gardła za jego sprawą… ale niestety zaczynał ciężko kojarzyć cokolwiek oprócz zwariowanego pragnienia zatopienia się w niej. I obawiał się, że jeszcze parę sekund tych drobnych rączek, kreślących ślady na jego plecach, jej zwinnego jak cholera języczka penetrującego jego buzię, a rozerwie tę króciutką spódniczkę i skrawek bawełny pod nią i nie zważając na jej wolę, będzie pieprzył do nieprzytomności.

Szczęśliwie dla niej, czy też dla niego w tym samym momencie niewielki nadajnik, który znajdował się na zapleczu, zapiszczał cicho, zwiastując kolejnego klienta kafejki. Nad drzwiami była fotokomórka, której sygnał był odbierany właśnie przez nadajnik, żeby obojętnie co, pełniący dyżur mógł się zjawić w pełnej gotowości na stanowisku we właściwym czasie.

Potrząsnął głową, usiłując oczyścić chociaż odrobinę zamgloną pragnieniem głowę. Z kolei Nem ciężko westchnęła, zagryzając wargę.

„Musisz wracać?” mruknęła żałośnie, kusząco skubiąc usteczkami nagle cholernie wrażliwą skórę jego szyi. Zacisnął zęby i stanowczo się odsunął. Nie dam starym kolejnego powodu do furii.

„Muszę.” mimo wszystko pochylił się i musnął krótko bardzo rozczarowane, obrzmiałe usta. Bardzo chciał wygrać ten głupi zakład, wizja Nem będącej na jego usługach była naprawdę inspirująca. Niestety jego ciało było o wiele słabsze niż wola.

Zostawił Nem na zapleczu, chociaż jedyne, czego w tej chwili pragnął, to rzucić wszystko i się zapomnieć. Widok Liz w nieodłącznych tenisówkach, ukochanej czerwonej sukience Aleca i z wyczekującą minką podsunął mu pewien pomysł. Fakt, mieli przeglądać różne typy komórek, ale w tej chwili mógł spokojnie zostawić ją na straży sytuacji… a sam w tym czasie mógł się zająć metodami na wygranie zakładu…

„Zastąpisz mnie przez chwilę?” spytał z niebezpiecznym błyskiem w oku. Skinęła głową, chociaż wzrok mierzył go podejrzliwie. Skinął porozumiewawczo głową w stronę zaplecza i wszystko było jasne. Mała brunetka klapnęła na fotel za kontuarem.

~ * ~

Nem nie mogła uwierzyć w swojego pecha. Jej oddech nadal świszczał jak stara purchawka, serce goniło jakby wiało przed stadem wygłodniałych mleczka prawiczków, a kolana były absolutnie watowate. Na dodatek miała to głupie wrażenie, że zaraz zaplecze kafejki zamieni się w prywatny basen na cześć jednego z plemników McDowell. Tego starszego, bardziej bezczelnego i aroganckiego niż by ktokolwiek mógł kiedykolwiek podejrzewać. I co? I wszystko na nic!

Mała, bezczelnie niewinna osóbka przywędrowała do kafejki – najwyraźniej umówiona wcześniej z aroganckim plemnikiem – i po krótkiej przerwie na początku konferowali teraz żywo o jakichś telefonach. Miała przeogromną ochotę porządnie zazgrzytać, ale obawiała się, że po wyładowaniu złości i rozczarowania, które wywołało tak nagłe i brutalne przerwanie miłego sam na sam, nie zostanie jej ani jeden ząbek w buziulce. Chyba tylko perspektywa przegrania zakładu była paskudniejsza niż bezzębność.

Kopnęła ze złością w krzesło, ale tylko zawyła cicho z bólu. Jednak jakikolwiek podtekst był w  słowach Aleca, to jednak potrafił przy tym powiedzieć czystą prawdę. Kostka wyglądała już doskonale, ale ten zwyczajny kopniak uświadomił, że w środku jednak sporo nie gra. Tak jak z nią samą, że do jasnej cholery a) bawi się w seksualny zakład z jednym najniebezpieczniejszych typków w tym stanie b) bawi się na zapleczu zamiast doprowadzać właśnie do jego kapitulacji…

Podpunkt a) był już bezsprzecznie stracony, nic w tej kwestii nie dało się zrobić czy odwołać bez poważnego uszczerbku na dumie i orężu, ale przecież podpunkt b) był jeszcze do uratowania… Ostrożnie postawiła stopę z powrotem na podłodze. Trochę bolała, zwłaszcza jak stawiała kolejne kroki, ale dało się żyć. No i wizja kapitulacji jej osobistego niewolnika swoje jednak robiła. Ooooch, widok Ryana u jej stóp byłby najsłodszym, najszybszym i najskuteczniejszym lekarstwem na świecie!

Ale kiedy tylko przekroczyła próg głównej sali, a jej wzrok padł na jasnowłosego plemnika za kontuarem, krew zagotowała się jej z furii. Chryste. Miał wilgotne włosy!

Samolubny, egoistyczny gnojek! Jak mu tak dobrze pod prysznicem, to najbliższą noc spędzi z własną ręką! myślała wściekła, widząc jego poszerzający się uśmieszek. Och, i jeszcze miał czelność puszczać do niej oczko! On był pod prysznicem, ale wyszło na to, że to ona teraz pływała!

Cholerny plemnik McDowell! Ooooch, czemu nie urodził się kobietą? Przynajmniej wiedziałaby, że porządne przyfasolenie nie skutkowałoby marnie także i jej!

Usiadła sobie z boku, bez zainteresowania rzucając spojrzenie na foldery, które przeglądał z Liz, po czym zamknęła swoje śliczne oczęta nie chcąc oglądać bezczelnego plemnika. Rzeczywiście, robili przegląd komórek. O ile dobrze pamiętała, ta należąca do Liz wylądowała pamiętnego wieczoru na ścianie. Potrzeba było nowej. Tak. Zdecydowanie. Zwłaszcza jeśli miała pilnować tego maleństwa przed zakusami zielonookiej bestyjki.

Swoją drogą, chyba go wywiało. Albo poluźnił smycz… yyy, wyjechał.

„Cześć, Ryan.” coś w różowej sukieneczce zaświergotało zza drugiej strony kontuaru. Nem otworzyła jedno oko, ale szeroki uśmiech, jaki Ryan posłał tej zdzirze sprawił, że aż zadygotała za złości i upokorzenia… chciała zeskoczyć ze stolika i wynieść się w diabły, psiakrew, najlepiej zapomnieć o gnojku, ale zapomniała w swej złości o kostce. Niemal runęłaby jak długa – kolejnego upokorzenia w przeciągu kilku sekund chyba by nie zniosła – ale w ostatniej chwili przeklęty bezczelny plemnik ją złapał.

Pisnęła. Ja nie chcę. Usiłowała się wyrwać, ale przez to tylko znów trąciła kostką o coś i teraz nie tylko zwijała się w jego ramionach, ale też i zwijała z bólu zmieszanego z kompletnym upokorzeniem. Jak on do diaska jeszcze ma czelność mieć tak zatroskaną minkę?

„Kostka?” spytał zaniepokojony, ostrożnie sadowiąc ją w fotelu, a małe niewiniątko wysyłając do apartamentu po apteczkę „Coś ostatnio strasznie często dochodzi u ciebie do kontuzji…”

Posłała mu wymowne spojrzenie, mówiące mniej więcej tyle, co pypciaj się.

„Dziwne, bo nie zauważyłem u ciebie żadnych skłonności sadomaso…” mruknął z uśmieszkiem, nadal troskliwie rozmasowując i rozgrzewając obolałą kostkę. Czasem tylko musnął parę wrażliwych w zupełnie innym sensie miejsc, ale Nem ani myślała mu odpowiadać.

Drań! Już ja mu pokażę sadomaso, chociażby błagał przez miesiące albo lata, w życiu się niczego ode mnie nie doczeka! Pomstowała w duchu. Nic dziwnego, że tak łatwo wygrywał dotychczas, skoro zabawiał się na boku…

Ale ta ostatnia myśl wcale nie była cyniczna, z bólu, złości i upokorzenia zbierało się jej bardziej na płacz niż na kolejne ciosy w bogu winne krzesła… chociaż pewnie kontemplując sławę plemników McDowell, krzesło za uszami też miewało. Za swobodnie czuł się ze mną na zapleczu… ciekawe, ile panienek przeleciał na tej ścianie?

„Tak bardzo boli?” przestraszył się na poważnie, zamykając drobną stópkę Nem w swoich dłoniach. Może coś przeoczył? Ale nie, kostka ewidentnie była tylko stłuczona, nawet nie spuchła po raz drugi. Szczęśliwie Liz już wracała z apteczką.

Zajął się troskliwie i delikatnie unieruchomieniem obolałej kostki, kompletnie zapominając o otoczeniu i było to nie tylko wynikiem troski o kolejne kilka chwil opóźnienia w przegrywaniu zakładu, co i kontemplacji ślicznej nóżki Nem. Zupełnie nie miał pojęcia, co nie tak w nich widziała, jemu podobały się, aż za bardzo… mimo, że kilkanaście minut temu brał prysznic, zaczął bardzo dotkliwie odczuwać efekty swojej pasji do kobiecych kształtów upartej i w tej chwili bardzo bliskiej płaczu Foczki.

„Yyy, Ryan?” dopiero kiedy jakiś zgrzyt gwoździa w okolicy zdołał przebić się przez szumiącą mu żywo krew, zorientował się, że przyciągają całkiem sporą uwagę. W tym pewnej laluni w różowej szmatce, udającej sukience. Jezu, zerżij mnie. Tak chyba powinno brzmieć marketingowe hasło dla tego rodzaju ciuchów. Dlaczego ja do cholery przyciągam takie pizdy? Dla odmiany wcale nie miałby nic przeciwko spotkaniu Nem o wiele wcześniej, ale zapewne złośliwy los wolał mu zrzucić na głowę całe to gówno, jakie go spotkało. Tym bardziej więc powinienem uważać. „Zamkniesz kafejkę?” zwrócił się do Liz cicho, ale to była retoryka, bo Liz jednak mimo wszystko była genialną organizatorką w sytuacjach kryzysowych i potrafiła opanować niejeden patos. Zadziwiające, co z ludzi wychodzi kiedy się ich przyciśnie.

I, do kurwy nędzy, gdzie Liz nauczyła się wbijać szpile w takie lalunie? Raczej nie w Roswell… pomyślał, kiedy już wchodził z Nem po schodach do apartamentu, a do jego uszu dobiegały słowa mniejszej brunetki.

„Szszsz…” mruknął do Nem, kiedy pisnęła przy otwieraniu drzwi do jego sypialni. Broniła się dzielnie przy tym, jak jakaś zatwardziała, z przekonania dziewica, porwana przez niecnego pirata! „Przecież masz kontuzję.”

Tym bardziej zaczęła się wyrywać, a on chcąc czy nie chcąc, musiał ją w końcu postawić na ziemi albo położyć na łóżku.

„Nie zostanę tutaj.” oświadczyła roztrzęsionym głosem, po jej policzkach spływały smugi łez, mieszając się z resztkami makijażu. Nie wyglądało to najlepiej, i bynajmniej nie o wygląd w tej chwili Ryanowi chodziło. Nie wyglądała najlepiej jego sytuacja, gorzej, nie wiedział, gdzie popełnił w ciągu ostatnich pięciu minut tak poważny błąd, że teraz uciekała z płaczem z jego apartamentu. Gorzej, mógł wszystko spieprzyć jeszcze bardziej, bo już dawno nauczył się boleśnie, że w tym akurat jest nadzwyczaj utalentowany. Kurcze, w ogóle w tej dziedzinie nie musiał nic robić, tak… samo jakoś mu to wychodziło. W końcu plemniki McDowell to geniusze, obojętnie czego się dotknęli.

„Zrobiłem coś nie tak?” spytał wreszcie zdezorientowany, kiedy trzęsącymi się dłońmi wyjmowała z kieszeni komórkę i usiłowała znaleźć jakiś numer w książce telefonicznej, ignorując kompletnie jego obecność „Podstawiłem coś, o co się potknęłaś?”

Zignorowała go.

Ze wszystkich rzeczy na świecie, ze wszystkich zachowań kobiet, Ryan chyba najbardziej nienawidził, kiedy jakaś ignorowała go. Już wolał otwartą nienawiść, pogardę, cokolwiek, ale nienawidził tego uczucia w jelitach, kiedy był traktowany jak powietrze, niewarty nawet splunięcia. Jak przez ciężarną Agnes z nowym przyjacielem.

Z przerażeniem słuchał, jak zamówiła taksówkę. Były ledwie za rogiem, był tam spory postój i nie wątpił, że niedaleko promenady o tej porze aż się roi od facetów chętnych na wieczorny kurs przez pół miasta. Zaklął w duchu, decydując się, że najwyższy czas jednak wyrzucić przez ramię wszelkie dotychczasowe plany i ratować na łeb i szyję, co się tylko da…

Odebrał jej komórkę, tym razem dla odmiany nie protestowała, ale rozszlochała się na dobre. Z oporami dała się objąć, może dlatego, że do najbliższej ściany był kawałek, a ona naprawdę nie mogła ustać na tej pechowej kostce? Z drugiej strony, los ciągle pchał ją w jego ramiona, a co jak co, ale Ryan nauczył się doceniać te drobne uśmiechy losu, nawet jeśli czasem otworzenie takiego prezentu przypominało otwarcie puszki Pandory…

Przysiadł opierając się o łóżko i ściągając sobie na kolana płaczącą Foczkę. Otoczył ją ramionami, oparł wygodnie o siebie i przez chwilę tulił.

„Jeśli zaraz przegram zakład, zrobisz teraz dwie rzeczy?”

„Co?” była na tyle wstrząśnięta, że aż znieruchomiała i podniosła na niego załzawione ale śliczniutkie oczka. Lubię brązowy.

Po chwili skrzywiła się jednak.

„To zbyt piękne, żeby było prawdziwe…”

„Czemu?” zaśmiał się jej do ucha, skubiąc delikatnie płatek uszu. Lubił jej uszy, zawsze wychodziła ze skóry, kiedy się nimi bawił. Poza tym nigdy właściwie nie bawił się tak uszkami żadnej dziewczyny przed Nem. Potrafił sprawić, że wyłaziły ze skóry, ale Nem… jakby samym tym gestem tworzyli własny kod zachowań. I to było bardzo przyjemne uczucie. Mieć coś osobistego, fizycznego z kimś, kogo nie tylko chciało się pieprzyć. Cholernie przyjemne uczucie właściwie… „Jestem tylko facetem, moje obowiązki czy bym wygrał czy przegrał, byłyby takie same…” uśmiechnął się na widok jej z lekka przerażonej minki „Ale z drugiej strony… wizja ciebie jako mojej osobistej niewolnicy jest o tyle kusząca i jednocześnie nieosiągalna, że wolę ciebie jako Fukającą Foczkę. Gdybym lubił potulne niewiniątka, które samo wchodzą na moje kolana, byłbym teraz na dole, a Liz nie zajmowałaby się teraz wyrzucaniem tej okropnej karykatury kobiety…”

Nagle wydawało się Ryanowi, że chyba los jednak uśmiechnął się do niego podwójnie, bo wątpił, żeby jakimś cudem wypowiedział właściwe słowa. Nem nieco się wypogodziła, ścierając z westchnieniem rezygnacji rozmazany tuż pod swoimi ślicznymi oczkami i nawet się nieśmiało uśmiechnęła…

„Możesz jednak przegrać.” oznajmiła wspaniałomyślnie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *