ETIC: przed czy po (23)

23.

Gwoli późniejszej sceny w „Przed czy po”, „Heaney” jest nazwiskiem irlandzkiego noblisty z dziedziny literatury. Użyczyłam go tylko, i oczywiście w opowiadaniu nie chodzi o konkretnego człowieka, tylko o klan.

Mandy uśmiechnęła się pod nosem, pijąc poranną kawę, ‚czytając’ poranną gazetę i udając, że nie zauważa nucenia dobiegającego z ogrodu.

Pięć minut wcześniej Liz w nerwowym podskakiwaniu wypełniła napięciem kuchnię, po czym zmyła się na zewnątrz ‚mając coś do zrobienia’. Mandy zachichotała. Liz musiała się jeszcze spoooro nauczyć w kwestii zmywania się z domu.

Oczywiste było, że aż taka zmiana w Liz nie nastąpiła tylko i wyłącznie z samej siebie. Chociaż miała potencjał, to ktoś jednak musiał ją pchnąć w tym kierunku… albo może nareszcie w tym swoim dołku dotknęła dna i wybiła się ostro w górę. Albo i szczęśliwy zbieg tych dwóch.

Szczęśliwe zbiegi okoliczności… parsknęła śmiechem. Coś dużo ich ostatnio było, niektóre kosztowne, że hej… ale to dobrze dla Liz. Bardzo podobał się jej ten radosny błysk w oku siostrzenicy. Byle się utrzymał i zaowocował…

Jej śmiech zamarł, kiedy spojrzała na kolumnę towarzyską i dostrzegła pewną informację. Hm, Titbit zaręczona z doktorkiem. Kto by pomyślał…

Włożyła naczynia po śniadaniu do zmywarki i zawołała Liz. Wróciła po dobrej chwili, ze swojego pokoju, ślicznie zarumieniona i z nieodłączną niegdyś słuchawką w ręku. Teraz zaś konkretnie umawiała się z kimś według jego kalendarza i swojego. Hm, interesujące. Bardzo.

„To nie międzystanowa?” spytała mimo to lekko złośliwie.

Rumieniec pogłębił się gwałtownie, ale potrząsnęła stanowczo głową.

„Tak, rachunek przyszedł.” Mandy parsknęła „I to nie tylko jeden…”

„Uch… To na razie.” rzuciła do słuchawki i z ciężkim westchnieniem przysiadła na podłodze, odkładając telefon „Bardzo nabroiłam?”

„Troszkę.” uśmiechnęła się. Jak mogłaby się na nią gniewać, widząc tą słodką zatroskaną minkę? „Wyjechałam, zostawiając zapłakany kłębek nerwów, a zastaję małego chochlika, usiłującego ujść kary za popełnione nieświadomie winy…” rozbawiona upiła nieco kawy. Hm, takiej kawy Liz nie uczyła się parzyć w Crashdown. Zdecydowanie lubię nową Liz…

„Kilka tygodni temu wynikła pewna sprawa… pamiętasz dziadka Heaney?”

Mała brunetka podrapała się po głowie z zakłopotaniem. Nie miała pojęcia, co tata jej mamy i jej cioci miał wspólnego z wysokim rachunkiem za telefon.

„Słabo… był ostatnio na mojej konfirmacji. Ale chyba był już wtedy bardzo chory, bo potem pojechał do kliniki w Los Angeles, a pół roku później ty i mama byłyście na jego pogrzebie.”

„Był chory…” Mandy westchnęła ciężko „Zapisał ci coś wartościowego w testamencie, ale Christina zakwestionowała wszystko. Właśnie na rozprawie byłam w maju przed twoim przyjazdem, i teraz, po raz któryś. Za tydzień jest następna, ale musiałam skonsultować pewną sprawę z Nancy i dopilnować, by podpisała właściwie pewne dokumenty… Pojechałam więc do Roswell prosto z delegacji. No ale bez względu na proces spadkowy, który właśnie się nagle odmienił… największe zaskoczenie czekało mnie w domu.” zaśmiała się „Szczęście że jestem adwokatem, Liz, bo twoje ostatnie szaleństwa… Zwłaszcza fryzjer…”

„Uch…” spanikowana Liz po prostu zaklęła w duchu. Nawet nie spojrzałam na rachunek.

„Muszę przyznać, dawno nie byłam tak dumna z ciebie.”

Prawie wybuchnęła śmiechem, widząc niepewną buziulkę siostrzenicy, z wypisanym na nim niczym transparent „ja niczym nie doprawiałam tej kawy, przysięgam!”.

„Nie rozumiem!” pisnęła w końcu.

„No wiesz, adwokaci muszą być dobrymi psychologami, inaczej nie zajdzie się dalej niż własne biurko. Co prawda, kosztowało mnie to trochę – twoja fryzura, ale nie jestem zła o to, stać mnie na podpisywanie takich rachunków bez mrugnięcia okiem. Jestem dumna, moja mała Lizzie, nawet jeśli nie rozumiesz czemu.”

„Nie.” wydusiła. To był naprawdę dziwny tydzień.

„W jaki sposób zdołałaś umówić się do tego fryzjera?” kiedy ciocia Mandy wpadała w ten swój zawodowy ton, znaczyło jedno, że gdzieś grają, tylko nie wiadomo w którym ogródku.

„Normalnie. Chciałam coś zmienić, znalazłam twój osobisty notes, przewertowałam, zadzwoniła powołując się na ciebie, umówiłam się na ten sam dzień, kazałam obojętnie co naprawić katastrofę na głowie, efekt był genialny… no i…”

„No i?” Mandy spytała nad wyraz łagodnie.

„…nie spojrzałam na rachunek, zaraz go wyrzuciłam zresztą.” wyznała pełna winy. Tymczasem Mancy klasnęła w dłonie i otwarcie zaczęła się śmiać.

„Genialne!” wymruczała „Po prostu genialne!”

Dolała sobie kawy i ignorując oszołomiony wzrok siostrzenicy zaczęła zbierać się do wyjścia…

„Och, jeszcze jedno. Pójdziemy po twojej pracy do banku, dostaniesz własną kartę podpiętą pod moją, niezależnie od gotówki, jaką dostajesz do ręki. Z limitem, który starczy na tego samego fryzjera i więcej ciuszków jak ten.” mruknęła do niej, wskazując na prostą, ale przykuwającą wzrok rubinową spódniczkę i ażurowo haftowaną białą bluzkę na ramiączkach „Ale jak złapię na kolejnym pogrzebie przez telefon, przysięgam, każę ci spłacić każdego z tych 6713 dolców, które kosztowała mnie twoja absolutnie genialna i warta nawet drugie tyle fryzura. Zrozumiano?”

„Ile?” oczka Liz zrobiły się okrągłe jak spodki, Mandy też nie myślała, że można się było tak zająknąć w tak krótkim wyrazie!

„Mała, to fryzjer dla naprawdę wybranych i strzelili ci jakiś tam och-strasznie-chroniony-tajemnicą-zawodową zabieg, który zregenerował ci włosy, ale dla mnie to wciąż ledwie gotówka za dwa dni pracy, nie wspominając o dochodach z funduszu. Gdybym była zła, napsioczyłabym i tyle. Poza tym znasz swojego tatę, ta awantura o twoje samowolne ścięcie włosów dwa lata temu lepiej żeby się nie powtórzyła. I… to było warte zobaczenia, jak rano z przyjemnością patrzysz w lustro i nie żałujesz, że nie jesteś blondynką.”

~ * ~

Liz prawie wypluła lody, słysząc pytanie Ryana.

„Chyba nie do mnie ono?” spytała, ‚nieznacznie’ osłabiona.

„Do ciebie.” stalowoszare spojrzenie spoczęło na niej ze zdumieniem „I mówię serio. Bo wydajesz się taka… niewzruszona. No ja wiem, że nigdy nie wylądowałaś w takiej sytuacji, ale nie wierzę, że nie miałaś ochoty, nie kusiło cię. Nawet z tym beznadziejnym eks. Człowiek to jednak maszyna chemiczna, nie zapala się nagle lampka.”

„Chryste… skąd mam wiedzieć?” czerwoniutka jak buraczek Liz Parker zakryła twarz. Ryan uśmiechnął się bezczelnie, ignorując oburzone sapania jakiejś przechodzącej obok staruszki. „Nie mam żadnego doświadczenia. Więc jak…?”

Sfrustrowany plemnik McDowell westchnął ciężko, po czym wzniósłszy spojrzenie z gatunku błagalnych o nowe pokłady cierpliwości niebiosa, orzekł:

„Mała… Pierdolić doświadczenie, tego zawsze możesz się nauczyć od kogoś. Ale co zrobić ze sobą, kiedy twoje myśli od rana do nocy zajmuje ktoś, chęć na niego, przewracając wszystko? Jestem nakręcony jak nigdy w życiu, a jednocześnie czekam jak potulny baranek na skinienie paluszka smoczycy uzbrojonej w pilniczek… Niech ktoś przywali mi patelnią, bo to nie ja.”

Liz zaśmiała się wreszcie cicho.

„Ryan McDowell i zakazany owo….”

„To jest myśl… Może właśnie dlatego tak mnie nęci? Dosłownie świerzbią mnie palce, kiedy jest w pobliżu!”

„Kiedy nie jest też!” uśmieszek na twarzy Aleca sugerował raczej jakieś podwójne dno, ale ku swojej własnej frustracji Liz nie mogła się doszukać niczego dwuznacznego oprócz oczywistego – no ale raczej stwierdzając oczywisty fakt, że Ryan nakręcił się na Pilniczkową Pannę nie odkrywa się Ameryki. Westchnęła, kładąc głowę na kuchennym blacie.

„Jedyny pożytek z tego wszystkiego jest taki, że znalazłam odpowiedź na twoje pytanie.” mruknęła ponuro „Im bardziej się starasz, intensywnie myślisz o tym, tym bardziej nic nie wychodzi.”

„Czemu spuszczasz nosek na kwintę?” Alec potargał jej włosy jak małemu dziecku. Którym wcale już nie chciała być! Zirytowana jeszcze bardziej poprawiła fryzurę.

„I tak w końcu ją dorwiesz, obojętnie które wygra ten cały zakład.” wcisnęła sobie do buzi kolejną, ogromną porcję lodów na pocieszenie. Dorośli też lubią lody, nieprawdaż? To ja też będę. O! „Zamiast się powstrzymywać, myśl o tym, co zrobisz, jak ją dopadniesz.” wcinała zawzięcie „Nem dostaje szału, i u niej sprawdziło się, im bardziej starała się nie myśleć o tamtym ręcznikowym spotkaniu, tym bardziej wpadała jak śliwka w kompot. Narzucaj sobie kontrolę, jak chcesz, ile chcesz, ale możesz być pewien, że prędzej lub później diabli ją wezmą sam nawet nie będziesz wiedział kiedy. I przegrasz.” machnęła zamaszyście łyżeczką, mała kropelka roztopionych lodów wylądowała tuż nad brzegiem materiału bluzeczki. Liz wydawała się nie zauważać, a Alec tylko jęknął z rozpaczy w duchu.

Kiedy ani jedno ani drugie nic więcej już w temacie nie powiedziało, w dodatku Ryan zaczął się zbierać do pracy na poranną zmianę, mamrocząc pod nosem coś o wykupie polisy zdrowotnej na wypadek wylewu z nadciśnienia, spojrzał podejrzliwie na zawartość pucharku Liz i podrapał się po głowie.

„To o czym była gadka?”

„Jak ja to robię , że jestem taka niewzruszona?”

„Yyy?”

„Nie zauważam żadnych przystojnych dupć wokół i nie jestem nakręcona na jedną szczególną…” mruknęła w równie ‚obojętnym’ tonie, co wcześniejsze pytanie. Szczęśliwie dla Ryana, stał już nad schodami, co ochroniło jego wrażliwe uszka od słów, jakie padły ze strony braciszka. Zaśmiał się do siebie i zostawił dwójkę sam na sam. Zabierając się do pracy przed czasem.

„On mnie kiedyś doprowadzi do granicy wytrzymałości.” młodszy plemnik McDowell sięgnął do szuflady po łyżeczkę i bezczelnie zaczął podkradać Liz lody „A propos wytrzymałości… Lepiej zjedzmy coś normalniejszego, zapowiadają koszmarny upał, a dzisiaj idziemy na zakupy na rynek.”

„Nie…” potrząsnęła głową „Po południu odbieram moją kartę, nie mam przy sobie ani grosza gotówki.”

„Co to za problem?” uniósł brew.

„No właśnie.” Liz wzruszyła ramionami „Pójdziemy po południu.”

Alec chrząknął. W jednej chwili dorosła osoba, w drugiej nie kumająca niczego. Zupełnie. Dzieciaczek. Chyba powinienem kupić śliniaczek.

„Po południu rynek zmienia się, zwłaszcza przy promenadzie, nastawiony na turystów. A przecież pamiątek nie będziemy kupować. O której idziesz do banku? Może mimo wszystko zdążymy?”

„Nie wiem, jak ciocia z pracy wróci.”

„To raczej wieczór, skoro to adwokat.” westchnął ciężko.

„Jakiś problem?” zdziwiła się, odstawiając pucharek do zlewu. We dwójkę szybko wykończyli biedne lody. Jak się dwoje dorosłych do nich dorwie…gorzej niż dzieciaki!

„Jestem umówiony.” mruknął krótko, nie podejmując tematu.

„Och…” wyrwało się jej. Nie wiedziała, czemu nagle cały dobry humor jej wyparował. Zwłaszcza, że chwilę później Alec zabrał się za przygotowywanie śniadania, jak gdyby nigdy nic. Wytrzymałość… pewnie potrzebuje jej raczej na spotkanie z jakąś miłą, krąglutką blondyneczką. W końcu to plemnik. Po zachowaniu Ryana miała najlepszą informację, jak bardzo seks liczył się dla facetów, i że w tym wieku raczej długo bez niego nie pociągną. Ale i tak czuła się jak stary, przygnieciony naleśnik, o którym ktoś zapomniał i wstawił razem z talerzem do szafki, na lepsze czasy albo do ponownego użycia.

Pogrążona we własnym nieszczęściu nie zauważyła z początku, co robi Alec. On tymczasem odłożył wszystko, i właściwie miał ją w potrzasku, między sobą a szafką. Niemal stykali się nosami. Szybki Ball-ec. Jak on to zrobił?

„Co jest?” spytał stoicko, łapiąc jej spojrzenie.

„Nic.” wymamrotała, usiłując wyswobodzić się, ale jakiekolwiek ruch tylko zacieśniał przestrzeń, jaką miała do dyspozycji, aż przyciskał ją całym ciałem do blatu za nią. Miała do wyboru spojrzeć mu w oczy, albo przenieść wzrok w dół, na całkiem interesujący wzorek na jego koszulce. Ale nawet kontemplacja efektów pracy jakiegoś Chińczyka w zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce nie dana jej była, bo Alec nagle podsadził ją na kuchenny blat i podniósł jej buzię dłonią.

„Nic?” mruknął, rozmazując pod okiem małą łezkę, która niechcący jakoś wydostała się z niewoli jej powiek. Zacisnęła je mocniej, ale niewiele to pomogło. „Liz?”

Potrząsnęła bezradnie głową. W gardle dziwnie szczypało, a oczy pełne były łez. Nie mogła się opanować. Nie powinno mnie to obchodzić. Ma swoje życie, swoje sprawy. Może sypiać sobie z kim popadnie, nic mi do tego. Powtarzała to sobie w duchu niczym mantrę, ale zaczynało działać na odwrót. Słone, gorące łzy sunęły sobie swobodnie w dół… póki  nie natknęły się na coś jeszcze gorętszego.

Drgnęła zaskoczona i usiłowała się odsunąć, ale trzymał ją mocno i jedyny ruch, na jaki mogła się zdobyć, to bliżej niego. Bardzo bliżej. Tymczasem gorące usta sunęły po jej skórze, spijając wilgoć, szepcząc coś miękko… nie rozróżniała słów, w głowie zbytnio jej szumiało. Kilka kropelek uciekło, nieposłuszne. Uśmiechnęła się nieznacznie mimo łez, kiedy doganiał każdą, coraz niżej i niżej i… Aaa, ratunku! Niczym błyskawica przeszło przez jej głowę, kiedy słona łezka zatrzymała się w kąciku jej ust…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *