ETIC: przed czy po (19)

19.

„Że kurwa co?”

Uch, uch, to nie zapowiadało się najlepiej. Może więc lepiej siedzieć cicho, nie odzywać się i nie pokazywać. Zwłaszcza pokazywać się im na oczy. Lepiej pozostać ukrytą, schowana w tym ciemnym, ciepłym miejscu. Instynktownie przytuliła się mocniej do gorącego, ciepłego ciała tuż obok, które na nieszczęście poruszało się w tej chwili, przez co jej żołądek kompletnie oszalał… podjeżdżając do gardła. Skuliła się, kiedy przez całe ciało przeszła fala mdłości, ale nawet en instynktowny obronny ruch wywołał zwariowany ścisk w jej głowie.

„O Boże…” pisnęła. Miała wrażenie, że z każdym uderzeniem jej serca tkanka mózgowa to kurczy się to puchnie. Albo skręca. Podejrzewała, że po przejechaniu przez ciężarówkę czułaby się zdecydowanie lepiej.

Co najgorsze, jej poduszka poruszyła się znów…

Chwileczkę. Poduszki się nie poruszają… prawda? No, chyba że to walenie w jej zmaltretowanej głowie utworzyło nowe prawa fizyki!

Całkiem prawdopodobne.

„Liz?”

Szept był cichy i niewątpliwie należał do Aleca. I brzmiał dla niej niczym wystrzał armatni. Uch, co on do diaska robi w mojej sypialni…

Pisnęła coś cichutko, wtulając nos mocniej w swoją gorącą poduszkę. Niestety, fala mdłości wcale nie ustała.

„Musisz to połknąć, bo inaczej będzie nadal źle…” Alec przymilał się, delikatnie gładząc po głowie. Grał pielęgniarkę? Hm, jej własna, osobista pielęgniarko-poduszka…

Że co?

Jęknęła boleśnie, kiedy poruszył się znów. Część jej po prostu piekielnie zaprotestowała, wściekając się, co on u licha robił w jej sypialni, w jej łóżku, i psiakrew, z nią w piżamie… Ale większość była tak zmaltretowana, opanowana przez nieprawdopodobny ból pulsujący pod czaszką… że pozostawała tylko jedna myśl. Nie zwymiotować.

„Uch…” pisnęła, kiedy ujął jej twarz w dłonie i westchnął ciężko. Zaryzykowała uniesienie ciężkich ołowianych powiek, ale wystarczyła mikrospijna ilość światła na jej źrenicach, żeby momentalnie stanęła na nogach i gnała do łazienki. Tratując po drodze wszystko i wszystkich. Gdzieś po drodze mignęła jej sylwetka na wpół roznegliżowanego… Ryana.

No pięknie, on też tutaj. Kolejny świadek jej totalnego upokorzenia.

Ale dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że to wcale nie jej łazienka. Ba, wcale nie jest u siebie, wcale nie w swojej piżamce i wcale nie pamięta jak u licha i dlaczego nałożyła na siebie męską koszulkę i bokserki. I to pewnie Aleca?

Czuła jak rumieniec jak szalony barwi jej policzki… szyję… dekolt. To było nawet gorsze niż mdłości i ból głowy razem wzięte. Jezus Maria, jak u licha skończyła w tym stanie w apartamencie McDowellów? On chyba… chyba… chyba jej nie przebierał osobiście?

Chryste, to by było po prostu koszmarne. Wolała nawet nie myśleć o takiej ewentualności. W życiu! Nie! Nie! Nie! To było niemożliwe!

„Liz?”

Uniosła leniwie jedna powiekę, zerkając na pytającego. Ryan stał oparty o umywalkę ledwie dwa kroki od niej. Po jego częściowo wpienionej do białości buziulce domyśliła się, że chyba przerwała mu poranne golenie. Ups.

„Hm…” wymamrotała niewyraźne powitanie, nie będąc jednak zdolna do niczego więcej. Usłyszała tylko ciche, ciężkie westchnienie, tak podobne do tego sprzed kilku chwil w wykonaniu Aleca i parę sekund później poczuła, jak podnosi jej zmaltretowaną osóbkę z podłogi. Hm, Nem miała rację, zdecydowanie miły zestawik.

Letnia woda na jej głowie była nieprzyjemnych zaskoczeniem, ale już po paru sekundach była za nią szczerze wdzięczna. Chłodziła nieco pulsującą bólem głowę i przeganiała to dziwne wirowanie.

„Pftu…!” parsknęła, kiedy figlarnie ochlapał jej twarz wolną ręką. Rzuciła mu urażone spojrzenie wielce obrażonej księżniczki, na ile oczywiście była w tym stanie do tego zdolna. Nie do wielu, niestety…

Bezceremonialnie postawił ją znów na nogi, owinął głowę wielkim ręcznikiem… hm, ciekawe, czy to był jego czy Aleca, taki duży i jednocześnie mięciutki… po czym wyciągnął z szuflady jakąś szczoteczkę, pastę i kazał jej grzecznie otworzyć buźkę.

Co za bezczelny plemnik!

„Zrób ładnie aaaaaa….” wyszczerzył do niej zgryz równie idealny co jej.

„Co?” parsknęła, ale najwyraźniej dokładnie o taką jej reakcję mu chodziło, bo w tej samej sekundzie miała usta pełne pasty i wlepiała wzrok w niebieskoszarookiego chochlika, któremu najwyraźniej niezły ubaw i przyjemność sprawiało bawienie się w jej osobistą niańkę.

Poczekaj, poczekaj, naślę na ciebie pilniczka! myślała mściwie, tymczasem Ryan ledwo powstrzymywał się od śmiechu. Gdyby to nie był tak ciężki przypadek kaca, to z pewnością już by mu się nieźle oberwało. I to tak, że nawet przy pilniczku byłby mniej sztywny.

Umarlak, innymi słowy.

Cierpliwie poczekał, aż wypłucze dokładnie drobne usteczka. Co prawda nie miał wątpliwości, że została zmoczona co do milimetra poprzedniej nocy, ale kac bywał okrutnym panem. Bardzo okrutnym. I czasem wygrywał nawet z tak niepoprawnym optymistą jak jego szurnięty bliźniak.

Zignorował jej sapanie oburzenia, kiedy podniósł ją nagle i skierował się do sypialni Aleca. Zresztą, zielonooki już zniecierpliwiony sam postanowił się dowiedzieć, czemu to tak długo trwa. Wręczył mu brunetkę, zerknął do wnętrza pokoju z uśmieszkiem spoglądając na tacę pełną czegoś, co nawet jemu braciszek nie przygotowywał nigdy na kaca, po czym się ulotnił z widoku.

~ * ~

Jak często budzisz się w obcym łóżku, skacowana, nie pamiętając zupełnie jak się tam trafiło?

Dla Liz to był pierwszy raz i zdecydowanie ostatni w życiu, przysięgała sobie w duchu. Wbrew złości na Ryana, czy na Aleca, to jednak część jej była im wdzięczna, bowiem poważnie wątpiła, by była do czegokolwiek w tej chwili zdolna poza oddychaniem, leżeniem plackiem na łóżku Aleca i usiłowaniem zignorowania wszelkich bodźców, które zwiększyłyby koszmarny ból głowy i nadal świrujący żołądek.

Zdecydowanie żadne zapomnienie i żadna zabawa nie były warte takiego koszmaru jakim był kac. Co ją podkusiło w ogóle, żeby pić… żeby się upić? Nie bardzo pamiętała. Uch, chyba coś o Mandy…

„Połknij to, pomoże…” Alec wrócił i usiadł na posłaniu. Czy to wina kaca czy myśli o zawartości parującego kubka, że nagle zaschło je w gardle?

„Co to?” wychrypiała z trudem i miała dziwne wrażenie, że ta suchość w ustach była bardziej spowodowana nagłą bliskością nagiego od pasa zielonookiego Irlandczyka niż czegokolwiek innego. Pochylił się z troską i pomógł jej powoli podnieść się na poduszkach.

Uch, moja głowa…

Chwilę minęło, nim pulsowanie zelżało do w miarę znośnego poziomu. Do tego czasu zdążyła się przekonać po zapachu, że cokolwiek było w kubku, należało do ogólnej klasy ‚amciu’.

„Pomoże…” uśmiechnął się rozbawiony na widok jej niepewnej, cierpiącej minki. Nawet w tym stanie była słodka… a po dzisiejszej nocy aż za dobrze zaczynał pojmować co niektóre jej zachowania. Więc może niepewność odsuńmy dzisiaj na bok i nie dajmy się zwieść temu przerażonemu spojrzeniu… „Zupa, rozpuściłem też trochę proszków, na pewno ich nie znasz, ale pomagają w ekstremalnych sytuacjach.”

„Ekstremalnych?” pisnęła. Jakoś jej struny głosowe odmawiały posłuszeństwa, czuła się, jakby miała chore gardło. Dziwne uczucie.

„Jak naprawdę koszmarnego kaca, rzadko taki się zdarza. Nie jesteś przyzwyczajona do alkoholu nawet w małych ilościach, w dodatku jesteś drobna i kobietą, więc twój organizm wolno trawi to paskudztwo. Wiesz, że alkohol jest właściwie trucizną?” mrugnął do niej, podając kubek. Mówił cicho, niemal szeptem. Uch, chyba wiedział, co to znaczy mieć ciężkiego kaca…

Wypiła powoli zawartość kubka, chociaż jej żołądek zwijał się w bolesny supeł z każdym łykiem. Ale w końcu przyjemne ciepło zaczęło rozchodzić się po ciele. Cokolwiek to było, już samo wypicie pomagało. Nie musiała czekać, aż proszki zadziałają.

Ale tak samo jak było coraz lepiej z jej zmaltretowaną głową, tak samo wracał rozsądek i przytomność umysłu. Pomimo bólu doskonale zdawała sobie sprawę, że jest w jego rzeczach nader osobistych, a on sam nie ma na sobie niczego oprócz dżinsów. W dodatku ten jego zestawik…

Jęknęła głucho, zamykając oczy. I na co mi było to picie, na co? Tylko coraz gorzej ze mną. Usiłuję się wyrwać z klatki postawionej przez Maxa, a nie wiem zupełnie, jak latać!

Hm, latanie… w towarzystwie zielonookiego Irlandczyka… potrząsnęła głową, usiłując odpędzić się od natrętnych myśli, kursujących w zupełnie niewłaściwych kierunkach, ale natrętne niczym muchy atakowały jej skacowany, bezbronny umysł. Właściwie to nigdy wcześniej, nawet jeśli Nem rozpływała się nad tymi zaletami Irlandczyków, nie zwracała uwagi w tym sensie na Aleca. Owszem, był przystojny, z tymi swoimi blond włosami, przepastnymi zielonymi oczętami i minką szczeniaka żebrzącego o kość… ale przecież wolała ciemnowłosych, tajemniczych ‚niemiejscowych’…

Z drugiej strony blond Aleca też nie był tak jasny jak Ryana…

Z niemałym trudem wypchnęła natrętną myśl ze schorowanej głowy i przechyliła się, by odstawić pusty kubek na nocny stolik. Niestety, nagły zawrót głowy sprawił, że runęłaby jak długa na dywan… gdyby nie zwinne ramię Aleca, które ni stąd ni zowąd podtrzymywało ją w pasie.

Jezu, ale jest szybki.

„W porządku?” wyszemrał niemal przy jej uchu. Drgnęła mimowolnie i odsunęła się z przestrachem. Był zdecydowanie zbyt blisko. Co innego opieka w tym stanie, zapewne na prośbę Ryana, co innego… to!

Czymkolwiek było, bo nadal trzymał ją w pasie i wszelkie jej próby uwolnienia się kończyły się jej klęską. Szamotali się przez chwilę i czuła, jak jakaś wielka gula rośnie w jej gardle.

W końcu chyba stracił cierpliwość i zwinnym ruchem docisnął jej ciałko do posłania tak, że niemal stykali się nosami. Brązowe oczy pełne były strachu, niepewności i innych emocji… zielone były burzowe, ale nie potrafiła nazwać, co w nich widziała. Irytację? Gniew? Zdecydowanie.

„Pomimo mojej reputacji, nie jestem jakimś gnojkiem, który nie potrafi opanować przyciągania hormonów.” wycedził przez zęby chociaż miał ogromną ochotę wrzeszczeć „Ściągnąłem cię z imprezy, i chociaż nie bardzo inni to widzieli, byłaś kompletnie pijana. Przez pół godziny siedziałem z tobą pod prysznicem, modląc się, żeby na któregoś z nas zimna woda podziałała chociaż trochę orzeźwiająco.”

Wyraz kompletnego szoku i przerażenia, jaki zagościł na jej twarzy zdecydowanie mówił, że zaczął za ostro. Ale po całym poranku spędzonym na rozmowie z Ryanem i tym, co obaj wiedzieli o sytuacji Liz… wbrew temu, co powiedziała w nocy, sprawę musieli załatwić niemal ‚mimochodem’. Liz nie mogła się dowiedzieć, co tak naprawdę wiedzą…

„Sprawa jest prosta, Liz. Jak ci na kimś zależy chociaż trochę, starasz się go nie ranić. Nie zawsze to wychodzi, bo jesteśmy tylko ludźmi… ale się starasz.”

Zamknęła oczy, nie mówiąc niczego. Jej wargi drżały, nie wiedział czy ze strachu czy z powstrzymywanego płaczu. I całe ciałko nadal promieniowało napięciem.

„Nie jestem aniołem, ale też nie jestem jakimś durnym nastolatkiem, który na widok pociągającego ciałka i wilgoci nie potrafi opanować burzy hormonów. Wiem, przy mojej reputacji trudno uwierzyć w to, że potrafię wsadzić na wpół rozebraną dziewczynę pod prysznic i osobiście ją tam zatrzymać niczego nie próbując. Zasadniczo ujmując lubię cię i nie zamierzam korzystać z sytuacji, nawet jeśli błagałabyś mnie na kolanach! Jasne?”

„Uhm… Liz?” spytał niepewnie z minutę potem, kiedy nie powiedziała ani słowa, usiłując najwyraźniej powstrzymać napad płaczu. Ale równie dobrze mogłaby stawać wobec Niagary, pomyślał z westchnieniem. Powinienem studiować psychologię, nie resocjalizację. Przynajmniej wiedziałbym co robić dalej.

Uniosła na niego zalane łzami brązowe spojrzenie i już wiedział, że większość z tego, co powiedział raczej nie dotarło do niej. Jej zmaltretowana główka zatrzymała się na jakimś słowie i mógł się tylko modlić, by na tych właściwych. Przekręcił ich na bok, wzdychając ciężko i słuchając jak usiłuje stłumić szloch.

„Płacz, jeśli ci to pomoże….” wymruczał w jej włosy. Były takie miękkie i przyjemnie łaskotały w brodę… jakoś nigdy nie zauważył czegoś takiego u innych dziewczyn.

„Boli…” pisnęła między szlochami. Przyciągnął ją mocniej do siebie, już o wiele spokojniejszy. No tak, kac przede wszystkim. Jej głowa z każdym ruchem to jak atomówka.

Wtuliła twarz w jego szyję, wdychając jego zapach i ciesząc się ciepłem otaczających ją ramion. Łzy powoli przestały płynąć, aż wreszcie sama odpłynęła w błogi, spokojny sen.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *