ETIC: przed czy po (18)

18.

„Nuuuudno mi!” sfrustrowany jęk wypełnił pokój na równi z dźwiękami przełączanych co chwila kanałów. Mogła przysiąc na stalowobłękitne oczka Ryana, że producenci telewizyjni byli w zmowie z właścicielami letnich kurortów, by przez powtórki wyganiać ludzi z domu.

Z tym wyjątkiem, że ona niestety była uziemiona w domu, na kanapie, i usiłowała zająć czymś myśli. To znaczy myślała, ale najczęściej obierały on niebezpieczny kierunek dalszej pracy nad Podręcznikiem Obsługi Irlandczyka, zwłaszcza tego jednego konkretnego, więc wolała, żeby coś ją rozproszyło od tego nadmiaru koncentracji. Niestety, nic bardziej zajmującego niż wspomnienie tych piekielnie ciekawych, zwinnych, precyzyjnych, wprost cholernie zdolnych łapek na jej ciele nie chciało się znaleźć na zawołanie.

Ciężki jest los kobiety.

Zerknęła na swoją usztywnioną kostkę z niechęcią.

„Gdyby nie ty, wylegiwałabym się teraz na Ryanie!” burknęła nieszczęśliwie wystawiając język, nim zdążyła ugryźć się w niego.

Czy ja naprawdę powiedziałam to głośno, pomyślała spłoszona.

Niestety, wyglądało na to, że tak. Puste mieszkanie ironicznie szczerzyło do niej zęby ciszą, kontrastującą z dźwiękami dobiegającymi z telewizora, ale w tej chwili, wszystko co tak naprawdę chciała, to mocne męskie ramiona, owinięte wokół niej bardzo szczelnie, bardzo przyjemnie i bardzo dokładnie zajmujące jej myśli, byleby tylko zapomnieć o frustracji i bólu.

Niestety, musiało wystarczyć głupie piwo imbirowe i zaaplikowane wcześniej środki przeciwbólowe. Niespecjalnie szczęśliwe połączenie.

Zerknęła tęsknie w stronę komórki, ale niestety nic nie przyszło do niej. Rozmawiała wcześniej z Liz, która chyba również miała dziwne popołudnie, bo przysięgała, coś drgnęło wreszcie w tym maleństwie. Pochwaliła się nową, genialną fryzurą i buntem przeciwko finansowemu reżimowi. Ba, nawet wspominała coś o zakupach z Aleciem.

Biedactwo, przecież ona nie wie, że następnego dnia pół Florydy przyprawi jej etykietkę następnej zdobyczy zielonookiego. Zdecydowanie, trzeba przesłać jej egzemplarz mojej genialnej pozycji.

Ale tylko do rozdziału szóstego. Siódmy to już zdecydowanie za daleko. Lubiła to maleństwo i nie chciała, żeby zbyt szybko i brutalnie dorosła.

Przełączyła kanał, ale została zaatakowana samymi obrazami panienek wdzięczących się w biustonoszach i pianie. I numerami 0-700 w dole ekranu.

Ryan pewnie nie musiał się starać, panienki same na niego leciały tłumami. Mógł wybierać i przebierać… Do wyboru, do koloru. Po co mu jakaś panienka ze stłuczoną kostką.

Westchnęła, spoglądając jeszcze raz na komórkę. Nic, zero, cisza. Co u licha robiła Liz, że nie odbierała jej esów?

Byleby nie razem z Irlandczykiem. Irlandczycy mieli w zwyczaju zbytnio wkradać się w ciemne, wilgotne zaułki myśli, które nie powinny nawet w ogóle się pojawiać…

Agrr! Cisnęła popcornem w szklany ekran, ale naprawdę niewiele to pomogło w jej frustracji.

Gdybym jeszcze nie wiedziała, co ta bestyjka potrafi… jęknęła w myślach. Ledwo ją dotknął, psiakrew, wszystko, co robił, to był tylko dotyk, który nawet nie kwalifikował się do jakiejkolwiek cenzury, a mimo wszystko pływała w basenie. A jego usta…  niemal wyszła ze skóry, kiedy skubnął jej ucho. Tak delikatnie z początku, badając jej reakcję, a potem… potem wessał płatek ucha do ust, niczym najsłodszą delicję… owijając go ciepłą wilgotnością swojego języka… delikatnie, torturująco powolnie ocierając się o wrażliwą skórę, by wreszcie uwolnić przy wtórze jej pełnego zawodu jęku… a potem, potem…

Uch, nawet w myślach jej to nie przeszło. Bo jak do cholery opisać pocałunek, którzy doprowadził jej serce do zwariowanego nadbiegu, a z gardła wyrwało się jego imię w resztkach nieużytego w spazmach tlenu… a potem te zwinne paluszki wodząc ledwie po linii jej spodni, lub tuż pod nią, niemal niczym tornado pozbywały ją jakiejkolwiek kontroli nad tą sytuacją.

Psiakrew, potrzebowała psychiatry. Teraz, natychmiast!

Jęknęła niecierpliwie, kiedy kolejny kanał przywiódł przed jej oczy obraz dwójki młodych w jakiejś szafie. On desperacko usiłował się pozbyć jej koszulki, potem stanika, czyniąc jakieś dziwaczne, niezgrabne ruchy zwane potocznie ‚grą wstępną’.

Cisnęła w nich popcornem. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem, kiedy niby wargi dziewczyny opuściło coś, co miało być jękiem aprobaty czy przyjemności. Jej bardziej przypominało pisk zardzewiałego gwoździa o jeszcze gorsze próchno…

„Amator!” wydęła wargi w czystej pogardzie „W ramach leczenia przepisuję obowiązkową podróż po zielonych irlandzkich wzgórkach, może coś ci się wypełni… rozum, oczywiście, króciutki scenarzysto.”

„Amen.” jęknęła z aprobatą w słuchawkę, kiedy obraz zamazał się, ‚dyskretnie’ oddalając się od najwidoczniej ‚zajętych’ bohaterów. Znudzona przełączyła na MTV. Po drugiej stronie cudu techniki zwanej bezprzewodowych kabelkiem ktoś chrząknął. „No co, z braku laku, dobry i kit… film oglądam.”

„Alleluja?”

Yyy?

„Niech się stanie… ten cud i wykastrują wszystkich Irlandczyków na Florydzie.” jęknęła do słuchawki, czując, że niestety dokładnie tę chwilę obrało sobie piwko malinowe, żeby w końcu uderzyć jej do głowy… i to ostro „Zwłaszcza jednego.”

„Żałowałabyś.”

„Doprawdy?” mruknęła kpiąco. Słyszała niezły rytmiczny huk w tle, podejrzewała więc, ze jest w jakimś klubie. Z jakąś blond pindą zapewne… z dużym biustem, sztucznymi tipsami, które naznaczą dzisiaj jego gładką skórę, skrywającą poruszające się w idealnej harmonii mięśnie „Raczej zapewne twoje dzisiejsze towarzystwo by żałowało?”

„Hm, jestem gotów wynagrodzić jej brak blond Irlandczyka na ekranie tym rzeczywistym.”

Z jakiegoś kompletnie niezrozumiałego, dziwacznego powodu jej buzia zaczęła się szczerzyć jakby co najmniej została wciągnięta na listę reklamodawców Colgate.

„Hm, gotów… powiadasz?”

„Według ostatniej plotki, zostałem brutalnie i konsekwentnie zapilniczkowany, więc jakbym mógł odmówić?”

„Biedactwo!” wydęła wargi „Któż był tak okrutny i rozsiał plotkę, szkalującą tak okrutnie twą reputacje, o panie z Zielonych Pagórków?”

Jęknięcie. I długa cisza.

„Bezlitosna niewiasta, o lady Ginewro. Zamknęła w ciasnej, wilgotnej wieży i nie pozwala na jakikolwiek oddech spokoju…”

Uhm… Niemal czuła, jak jego oddech znów wędruje po jej szyi, zmierzając do delikatnego płatka ucha…

„Hm, potrzebujesz więc swojego oręża.”

Jezu, czy naprawdę powiedziałam to głośno?

Znów?

Cichy śmiech po drugiej stronie.

„Hm, przyda się on w innych, ciężkich, gorących czasach. I lady Ginewra nie pozwala na jego użycie.”

„O jakże okrutna niewiasta…” mruknęła, przesuwając się niewygodnie na kanapie i sięgając do wielkiej michy, jeszcze do niedawna wypełnionej po brzegi białym, słonym białkiem, aż przesypywało się… prosto w jej chętne łapki. Niestety, niewiele prócz jasnych kryształków przykleiło się do jej paluszków. „Cóż za powód tego brutalnego zakazu?”

„Sprawa honorowa.”

Ciężkie westchnięcie.

„Nie mogę przegrać, inaczej zakończy się ona czystym poddaństwem i niewolnictwem lady Ginewrze.”

Jęknęła… Aby dać sobie chwilkę do namysłu, zaczęła delikatnie oczyszczać paluszki z soli pozostałej po wcinaniu popcornu.

Nagła cisza po drugiej stronie jakoś jej nie niepokoiła. Słyszała tylko jego ciężki oddech.

„Hm…” wymruczała, kiedy jedna rączka została dokładnie oczyszczona.

„Co robisz, Nem?” pytanie przyszło zupełnie niespodziewanie. Głęboki, ochrypły głos Ryana wysłał tylko czysty impuls nerwowy prosto do jej mózgu, do części odpowiedzialnej za jedną z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb.

Zapotrzebowania na Irlandczyków w realu!

„Słone…” mruknęła cichutko „Bialutkie, chrupiutkie, gotowe po dwóch minutach pod wpływem ogromnej fali gorąca…”

Jęknął głucho.

„Jezu, Nem… Co nam odwala?”

„Nie wiem.” mruknęła niemal bezradnie „Ale bolało piekielnie, proszki nie pomagały, więc zaczęłam oglądać telewizję przy wtórze malinowego piwa, żeby się zapomnieć… i chyba właśnie mnie dorwało.”

Chrząknął. Zauważył. Kątem oka widział swojego bliźniaka prowadzącego gdzieś Liz. Bardzo nakręconą, z oczyma niczym dwie gwiazdeczki Liz. Szczęściarz.

„Hm… znam jeden na całkowite pozbycie się jakiegokolwiek bólu.” mruknął sugestywnie, z aroganckim uśmieszkiem rozświetlającym, był tego pewien, całą jego twarz.

„Jestem pewna, że lady Ginewra będzie niewymownie wdzięczna…” delikatnie zlizała sól z warg „Hm, słony ten popcorn…”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *