ETIC: przed czy po (17)

17.

Alec był pewny, że Lucyfer śmieje się teraz w piekle.

Ileż to razy słyszał, by uważać o czym się marzy, bo marzenia mogą się spełnić.

No i co?

Siedział sobie na podłodze własnego prysznica, jedynie w bokserkach, a na kolanach spoczywała niemal równie roznegliżowana Liz. I dalej mógł bez przeszkód ściągać z niej kompletnie przemoczoną odzież…

Diabeł śmiał się teraz w piekle do rozpuku.

Jęknął w jej włosy, kiedy znowu poruszyła się niespokojnie. Och, w nim krew nie tylko poruszała się, ona gnała jak zwariowana w jedno konkretne miejsce i żadna ilość chłodnej wilgoci mu nie mogła pomóc. Za to gorąca… lepka… nabrzmiała… wielokrotnie nabrzmiała i słodko jęcząca z całą pewnością! Chociaż pewnie potem byłby jeszcze bardziej spragniony.

„Alec?” pisnęła cichutko, kiedy wreszcie uparty skrawek materiału, zwany niegdyś króciutką spódniczką wreszcie poleciał poza kabinę.

„Hm?” mruknął.

„Na pewno nie jesteś zły?”

Piekielnie, cholernie, napalenie zły.

„Oczywiście, że nie.” uśmiechnął się figlarnie kiedy ogromne brązowe oczka utkwiły niemal błagalnie wzrok w jego. Kochał spojrzenie jak to, ciemne, mętne, wpatrzone tylko w niego. I co z tego, że tylko mąciło ono jego rozsądek i opanowanie, mogła się tak na niego patrzeć zawsze…

„Myślałam, że będziesz…” mamrotała nadal „Ja jestem…”

Co?

Chyba zapomniał zamknąć usta, rozdziawione ze zdumienia, ponieważ chwilę później zamknęła mu je łagodnym ruchem. Wtuliła się w niego jeszcze mocniej i jego dłoń znalazła się niebezpiecznie blisko podwójnej haftki.

„Rozmawiałam w nocy na plaży z Ryanem.”

Yyy, on raczej w tej chwili nie myślał o swoim bliźniaku. A jeśli miałby znaleźć jakieś wątki wspólne, to jak sprawić, by został wujkiem… i to dokładnie za dziewięć miesięcy od tej chwili.

„Spytał się mnie, co za kretyn tak bardzo wymagał bycia chodzącą świętością i niewiniątkiem, herkulesowej siły i xenowej odwagi, że jestem cieniem prawdziwego człowieka pół kraju z dala od niego? Że duszę w sobie kompletnie wszystko i uciekam od każdego?” wyznała cicho, a Alec miał ochotę przekląć siebie za myślenie tylko o jednym, jak to facet. Oczywiste, że dla niej to wszystko było głębsze. Nigdy przecież nie sięgnęłaby po tak mocny alkohol dobrowolnie, nie planowałaby imprezy ot tak sobie, bez powodu. Nie była taką osobą, która zabijała czas w ten sposób. „Spytał też, czy to coś dało, bycie taką, jaką on ode mnie oczekiwał…” zamarła i Alec po raz pierwszy tego wieczoru poważnie zmartwiony zastanowił się, kim do jasnej cholery był jej eks i co jej zrobił. Jak trwałe znamię musiał zostawić na jej psychice. Ma ten sam wyraz twarzy co Ryan po drugiej rocznicy na tym cholernym obiedzie. Jak Ryan. Nic dziwnego, że lubi Liz. W pewnym sensie, chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, są tacy sami.

„Nie dało, nieprawdaż?” wymruczał, zakręcając wodę i sięgając po ręczniki. Zaczął delikatnie wycierać wodę na jej ciele i owinął głowę ręcznikiem. Po dwoma wielkimi ręcznikami wyglądała jak mały bobas owinięty w kocyk.

Bobas… Ryan. Jego myśli niemal automatycznie powędrowały do koszmaru, jakim było usunięcie ciąży przez Agnes. Chociaż wątpił, by doszło w życiu Liz do tak dramatycznych wypadków, jednak nie wolno mu było lekceważyć czegokolwiek, co się działo. Nawet jeśli pozornie nic się nie działo. Aż za dobrze widział na przykładzie własnego brata, jak oczekiwania potrafią zniszczyć psychikę do tego stopnia, iż podźwignięcie się o własnych siłach było prawie niemożliwością.

„Nie.” po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. I nawet nie zwróciła uwagi. „Byliśmy ze sobą ze trzy tygodnie i wtedy pojawiła się… nowa, a jednocześnie ktoś z jego przeszłości. I ich rodziny były przeciwko nam, a za nią… Była kompletnie różna. Cudowna, seksowna blondynka, a jednocześnie bardzo zdolna, za którą każdy facet w mieście się oglądał… a ledwo postawiła stopę w Roswell. Jezu, jak ja jej nienawidzę. Jest wszystkim, kim chciałabym być.”

Bez słowa podniósł ją i zaniósł do łóżka opatuloną w te stosy ręczników. Położył się obok, modląc w duchu, żeby Ryan, gdziekolwiek był i cokolwiek robił, nadal pozostawał poza domem. Nie wątpił teraz, że jego braciszek nie zawaha się sprawdzić, czy nie przekroczył pewnej granicy. Teraz wiedział, czemu mimo wszystko bliźniak był tak nastawiony do Liz, a zazwyczaj jakąkolwiek dziewczynę, która zagościła w jego sypialni na dłużej niż jedną noc, dręczył niemiłosiernie. No, Liz była tu już trzeci raz. Niezły rekord.

Do trzech razy sztuka…

„Wiesz, kiedy nie było jeszcze telewizji, ludzie mimo wszystko się rozmnażali. A blondynki są na liście Unesco, pomijając te tlenione.”

Napotkał jej kompletnie zdumione spojrzenie.

„To nieprawda, że mężczyźni wolą blondynki i silikon. To prawda, że są wzrokowcami…” zawahał się na chwilę, zastanawiając się jak przyjmie jego następne słowa „I myślą non stop o tych rzeczach, bo hormony nie pozwalają im na nic innego. Kiedy tylko zacznie się to wariactwo, już nie ma odwrotu.” wydął wargi w smutnym uśmiechu „Biologia bywa bezwzględną panią… uczy bezwzględnych rzeczy.”

„Mów mi tak dalej…” wymamrotała w poduszkę, przesuwając się niewygodnie… Odwinęła się z jednego z ręczników i zaczęła delikatnie wycierać kropelki wody z jego torsu. Mimo, że nadal przykryta niemal od stóp do głów, to jednak było w tym o wiele więcej jakiejś dziwnej intymności niż jeszcze kilka minut wcześniej kiedy niemal nadzy ‚chłodzili’ się pod prysznicem.

„Na przykład co?”

„Hm…?”

„Jestem facetem, Liz.” delikatnie wyjął z jej dłoni ręcznik, rzucił beztrosko gdzieś w kąt i ułożył jej głowę na swojej piersi. Mokre włosy łaskotały przyjemnie, chłodno, przypominając czego mu nie wolno. „Usiłujesz zejść z tego cokołu w złotej klateczce, ale jak masz chodzić, biegać, latać, jak miałaś metr na metr i prawie nie używałaś mięśni i zwyczajnie nie wiesz jak to zrobić? Powoli, powolutku. We właściwym kierunku.”

„Niby jak?” wyszemrała.

„Jak chociażby poznając, dowiadując się, jak wygląda to naprawdę, bez całych tych poematów, a przynajmniej podstawowe zasady. Ktoś to kiedyś wykorzysta i utoniesz.”

„Dzisiejszy wieczór mógł się skończyć zupełnie inaczej, nieprawdaż?”

Jej głos był tak cichy, iż myślał, że pytanie było bliższe złudzeniu  niż rzeczywistości.

„Tak.”

„A dlaczego się nie skończył?”

„Bo pomimo mojej reputacji, nie jestem jakimś gnojkiem, który nie potrafi opanować przyciągania hormonów. Nie jesteśmy tylko tacy, jak ukształtowała nas biologia. Mamy uczucia. Ryan płacze jak dziecko za dzieckiem, które nigdy się nie urodziło, bo został wychowany w kulcie rodziny i przeogromnej odpowiedzialności za nią. Mogłem sprawić, że szybko zapomniałabyś o płaczu i teraz leżelibyśmy wyczerpani.”

„Nie za wielkie ego masz?” wydęła wargi w rozbawieniu.

„Stwierdzam fakt.” wzruszył ramionami „Sprawa jest prosta. Jak ci na kimś zależy, starasz się go nie ranić. Nie zawsze to wychodzi, bo jesteśmy tylko ludźmi… ale się starasz. Jeśli jesteś z dziewczyną, na inne możesz co najwyżej popatrzeć. Bo przy tobie jest ta najlepsza. Przynajmniej teoretycznie tak to wygląda, w praktyce bywa różnie.” wzniósł spojrzenie do sufitu „Co zrobił Max? W jednej chwili wyznaje ci uczucia, a w następnej leci z wywieszonym językiem do blondi, nie będąc się w stanie oprzeć czemuś, co powszechnie z jakichś absurdalnych powodów uważa się za ideał urody?”

Wyraz obronnego szoku, jaki zagościł w jej oczach, był dokładnie takim potwierdzeniem, jakiego szukał.

„Nie chcę być za bardzo złośliwy, ale ten cały chłopiec wygląda na typka spod prawiczej gwiazdy, nie mogącego się zdecydować: kochać czy używać. Chyba jeszcze nie zrozumiał, że można oba naraz. Ba, jest to nawet powszechnie praktykowane w cywilizowanym społeczeństwie.”

Milczała tak długo, iż sądził, że w ogóle nie odpowie.

„Skąd wiedziałeś, że nie był w stanie się oprzeć? Że coś niemal go zmuszało…” zamarła w połowie zdania. Wiedziałem, pomyślał zdegustowany. Co za gnojek. Parę lekcji noszenia spodni by mu się przydało. Niech ja go tylko kiedyś dorwę.

„To się nazywa hormony.” wyszemrał jej do ucha. Zadrżała nieznacznie, unosząc wzrok na niego. Był bezradny i pełen niedowierzania. Jak małe dziecko, które nie chce uwierzyć, że odebrano mu jego ukochaną czekoladkę.

„Wiesz, że właśnie zniszczyłeś wiele złudzeń?” spytała, podczas gdy jej warga zadrżała niepokojąco.

„Wiesz, że właśnie zniszczyłem parę kitów, które ci wciskano, a które jątrzyły się niczym zaropiała rana, nie chcąca nawet myśleć o zagojeniu?”

„Pod warunkiem, że uwierzę twoim słowom.”

„Och!” wydął wargi w uśmieszku i uniósł brew „Chcesz powiedzieć, że jestem nieprzekonywujący?”

„Ty i twoje ego!” pacnęła go „Jesteście przeogromni!”

„Doprawdy? Skąd wiesz, skoro nie miałaś okazji się przekonać?” wymruczał jej do ucha. Wcisnęła nos w jego szyję zakłopotana. Właściwie to czuła, nawet przez te wszystkie warstwy ręczników. „Wiem, nie jest łatwo wysunąć rogi. Różki właściwie, malutka jesteś,  więc co innego też musi zapewne być malutkie.”

Jęknęła. Teraz to rumieniła się chyba po korzonki włosów.

A przecież mimo okazji, nie skorzystał. A Max na chociaż aluzję dostania tego pobiegł jak wierny piesek do Tess.

„Co za wstyd, że rano nie będziesz niczego pamiętać…” westchnął z prawdziwym żalem, przeczesując palcami jej włosy.

„Nie będę?” spytała zaintrygowana.

„Nieeee.”

„Szkoda.” wymamrotała.

„Bo?” zaciekawił się. Nie wyglądała raczej na chętną na wspominanie takiego wieczoru.

„Wysuwam różki… nawet jeśli tylko pytam, to jednak zawsze to jakiś krok naprzód. A na trzeźwo…” jęknęła na samą myśl.

„To wymyśl coś, co część z tego zachowa. Co ci się skojarzy.”

Zamyśliła się na chwilę.

„No dobrze. Powiedz mi rano, deszcz, ta siła to hormony. Jestem pewna, że mną trzepnie.” ziewnęła miękko.

„Ok. To o co następne chcesz spytać?” mrugnął do niej sugestywnie.

Faceci i ich ego. Oba mocno przereklamowane.

„Hm, a o czym chcesz mówić?”

W tej samej sekundzie została niewiarygodnie szybko przetoczona na plecy, z zielonooką bestyjką wiążącą ją w swych ramionach i uśmieszkiem, który wróżył, oooch, bardzo egoistyczne użycie.

„No to droga studentko, porozmawiamy sobie teraz o męskim instynkcie terytorialnym. Praktyczne ćwiczenia po wykładzie obejmą jakże lubianą przez facetów myśl, iż dziewczyna jest spowita w tylko i wyłącznie w ich ubrania.”

„Chyba śnisz. Nie zdejmę ręczników!” wyjąkała. Zachichotał.

„Chcesz się przeziębić?”

Wpatrywała się w niego jakby już planowała wzmocnienie systemu odpornościowego w najprzyjemniejszy ze znanych powszechnie sposobów.

„Bielizna, Liz. Cała mokra.” jego uśmieszek się poszerzył.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *