ETIC: przed czy po (16)

16.

Alec znudzony obracał w dłoni szklaneczkę.

No rozumiał, świętowanie egzaminów za sobą, było niemal świętym obowiązkiem każdego studenta, ale… brakowało mu małych łapek i brązowych oczek wpatrzonych w niego błagalnie, proszących o topiony serek… i tych zgrabnych nóżek na obcasach… wyglądały nawet lepiej niż w tenisówkach!

Westchnął w duchu. Tom bajerował jakąś blondynkę, ale raz złapał rzucone mu zachęcające spojrzenie i wręcz zazgrzytał zębami w odpowiedzi.

Nie cierpiał blondynek!

W dodatku znudzony Ryan (znudzony aka salwujący się ucieczką od wiecznie nachalnej Sylwii, która postanowiła już dawno temu zrobić z niego okaz w swojej kolekcji zdobyczy) gdzieś się zawieruszył.

Ciekawe, co robiła teraz Liz… Oglądała telewizję? Chociaż nie, to była prawie północ. Grzeczne dziewczynki o tej godzinie śpią.

Zwinne rączki oplatające go w pasie w pierwszej sekundzie były zbyt wielkim szokiem, by zdążył zareagować właściwie… A w następnej chwili nic, tylko westchnął szczęśliwie i po prostu złapał ją w żelaznym uścisku.

„A ty co tu robisz?” wymruczał, chowając jej głowę pod własnym podbródkiem. To było zdecydowanie bardzo miłe uczucie. I nie miał to nic wspólnego z króciutką spódniczką (sam ją namawiał do kupna!) ani cienką bluzeczką czy burzą roztrzepanych czarnych włosów…

Yyyy… czarne?

„Podoba mi się.” mruknął, przesypując z zachwytem ciemne sploty między palcami, ale zaraz coś przyszło mu do głowy. Impreza+ciuchy+włosy… „Dosyć słuchania pomysłów Marii?”

„Aha.” uśmiechnęła się szczęśliwie „To wina Mandy…” dodała konspiracyjnie „Nie wiem po co, ale pojechała do Roswell… w tajemnicy przede mną.”

Zmarszczył brwi zaniepokojony. Nie tak dalej jak w południe Liz twierdziła, że jej ciocia nigdy tam nie jeździ. Odchylił jej głowę i spojrzał na twarz.

Była pijana! Nie wstawiona, ale właśnie pijana.

Gdyby ktoś zdetonował teraz bombę atomową w klubie byłby mniej zaskoczony.

Liz nie piła. Protestowała nawet kiedy chciał dodać alkoholu do kremu! I co z tego, że był w przepisie? Trzymała się z daaaaaala.

Ktoś, kto nie znał spokojnej i cichej Liz, pomyślałby owszem, wypiła trochę, ale raczej na dobry humor. Nic, oprócz nieznacznie mętnych oczek i nader swobodnego zachowania, zwłaszcza wobec niego, nie wskazywało na to.

Jezu, co, ile i gdzie po drodze ją spotkało?

Uniosła pytająco brew, kiedy wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, szukając jakichkolwiek oznak wcześniejszych nieprzyjemności. Pochylił się wreszcie, odgarniając jedwabiste pasmo i wyszemrał zmartwiony do ucha.

„Co piłaś i gdzie?”

„W domu. I tylko trochę.” wzruszyła ramionami niemal obojętnie. Jęknął w duchu, kiedy przez ten ruch bardzo przyjemnie miękka i ciepła część kobiecego ciałka, otarła się o niego kusząco. Będę się za to smażył w piekle.

„Wiesz, że powinnaś się tam właśnie znajdować?” wymamrotał. Nikt wokół nie słyszał ich rozmowy, ale po uśmieszku rzucanym przez Toma miał niezły pomysł, co do licha sobie myślą. Oooch, Liz go potem usmaży. Pieło jawiło się jak raj wobec jej zemsty.

„Czemu?” uśmiechnęła się szelmowsko „Nie wątpię, że masz sprawne paluszki i mnie ochronisz.”

Chrząknął. Sprawne paluszki?

Powinna częściej pić.

Zdusił tę natrętną myśl.

„Kim jesteś i co zrobiłaś z Liz?”

„Przeprowadzam wiwisekcję Pierwszego Niewiniątka Miami.”

Nie mógł powstrzymać śmiechu.

„Na to potrzebujesz o wiele więcej.”

„Jakieś sugestie?” spytała nieznacznie dwuznacznie. Jej ciepły oddech łaskotał go w szyję. Jęknął, zaciskając ramiona mocniej wokół niej i podnosząc z podłogi. Tak idealnie pasowała na jego kolanach. Idealnie…

~ * ~

Tom z czystym niedowierzaniem wpatrywał się w drobną brunetkę na kolanach młodszego McDowella. Siedziała swobodnie, zupełnie jakby miała do tego najświętsze prawo. Może miała?

Eee, niemożliwe. Alec i dziewczyna? Dwa wiecznie odpychające się bieguny.

Ale musiał przyznać, że Alec kompletnie zapomniał o otoczeniu, złym humorze i kumplach, kiedy ta mała wylądowała w jego ramionach. I takie same niedowierzanie widział na twarzach pozostałych z grupy.

Możliwie? Eee, nie bardzo.

Ale mała była śliczniutka i miała ciałko, że hej. Może więc na wszelki wypadek sprawdzi, wolał nie włazić na teren McDowella. Potrafił być paskudny pod tym względem.

I co tu mówić, jak blondyn skończy z tą małą…

„Alec…?”

Zero odezwu. Raz, drugi, trzeci. Jak wsadził nos w zagłębienie szyi dziewczyny, tak przepadł dla świata. Dopiero klepniecie w ramię powracającego brata przywróciło go życia.

„Humor wrócił?”

Pytanie chyba było do dziewczyny, bo uśmiechnęła się uspokajająco, a McDowell miał znaki zapytania w zielonych ślepkach.

„Ryan bronił mnie przed ślimozą…”

„Co?” z ust Aleca wydobyło się groźne warkniecie. Tom prawie wypluł piwo. Ok. chyba jednak nastała epoka lodowcowa… albo jej odwilż. Bo ktoś tu roztopił chroniczną niechęć wiecznego bawidamka do jakichkolwiek związków.

„Jakiś gówniarz, który nie wiedział.” Ryan uspokajająco potrząsnął głową.

„Kto?”

Brunetka wzniosła spojrzenie do sufitu niemal błagając Boga o cierpliwość. Chyba nie tylko on sam zauważył osobliwą zaborczość u Irlandczyków.

„Spokojnie, Ryan poradził sobie świetnie.”

„Nie wątpię.”

Tom nie rozumiał kompletnie czemu to spojrzenie szczeniaka żebrzącego o kość tak działało na kobiety… tym bardziej na tę lalunię. Chciał jęknąć z żalu, kiedy pochyliła się… i pocałowała w nos zielonookiego, który wyglądał wówczas jakby chciał wyjść ze skóry, porwać ją w ciemny kąt i sprawić, by wrzeszczała jego imię.

Ups, ktoś tu był napalony…

„Przecież wiesz, że Ryan jest kompletnie zapilniczkowany. No i chce wygrać zakład z Foczką.” uśmiechnęła się wymownie… Tom nadstawił ciekawie ucha.

Foczka? Pilniczek? Yyy?

„A ty skąd wiesz o zakładzie?” Ryan zmrużył oczy, mając minę jakby przyłapano go in flagranti. Ciekawe, ciekawe…

„Od niej.”

„Chcesz powiedzieć, że ona powiedziała ci o zakładzie?” teraz mina przypominała raczej tę z rodzaju ‚ratunku, zmowa jajników’…

Tom miał ogromną ochotę śmiać się z wyrazu niemal komicznego zdumienia, jaki zagościł na twarzy starszego z bliźniaków.

„Rozmawiałyśmy przed wyjściem przez telefon. Wydawała się lekko… hm, powiedzmy, że słowa same jej spływały do słuchawki, a potem błagała, bym o tym zapomniała.” nieznaczny uśmieszek na twarzy brunetki sugerował raczej niezmiernie ciekawą treść tej rozmowy.

„A nas straszy własnoręcznym zapilniczkowaniem za demoralizację ciebie!”

„Mów za siebie, Ryan, mi to nie grozi.”

„Mów za siebie, braciszku, ja problemów nie mam z pilniczkiem. A może potrzebujesz… polerki? Coś ostatnimi czasy twoja sława zbladła niezmiernie pod wpływem tenisówek.”

„Przyganiał kocioł garnkowi.”

„Zaraz ktoś tu dostanie garnkiem.” brunetka miała błyskawice w oczach, ale brązowe spojrzenie było raczej figlarne. I skierowane na zielonookiego. Pochyliła się, szepcząc mu coś do ucha. McDowell tylko ciężko jęknął.

„Idziemy na parkiet zanim mnie wykończysz tutaj.”

~ * ~

Ok. no dobrze, taniec z małym chochlikiem, który najwyraźniej obrał sobie za cel dzisiejszego wieczoru doprowadzenie do jego kompletnej kompromitacji na środku parkietu, nie był jego najlepszym pomysłem. Właściwie utrzymanie rąk z dala od chochlika wydawało mu się co najmniej niemożliwe.

Wszystkie ostrzeżenia i rozsądek powoli wywiewała z głowy jedna myśl, pragnienie rozerwania na strzępy tych skrawków materiału i dobrania się do reszty jej ciepłej, pachnącej skóry.  Kusiła strasznie. Nie była na wyciągnięcie dłoni, za kontuarem czy w jakimkolwiek ‚bezpiecznym’ oddaleniu. Była w jego ramionach, gorzej, z własnej i nieprzymuszonej woli, ocierając się nęcąco, doprowadzając go do szału.

Ryan podziwiał go za opanowanie? Chyba sobie kpił!

Ale przyciągnięcie do siebie chochlika jeszcze bardziej i wyszemranie, że idą do domu, jakimś cudem podziałało łagodząco na nią i jej rączki i ciałko nie były już tak aktywne. Dała się nawet potulnie ściągnąć z desek i poprowadzić z powrotem do loży.

„A ten co? Nadal zapilniczkowany?” zmarszczył brwi na widok bliźniaka siedzącego sobie w kącie przy barze, rozmawiającego przez telefon z leniwym uśmieszkiem… i nie pozwalającego nawet podsłuchać skraweczka rozmowy. A interesująca była niewątpliwie. Diabelski zadowolony błysk w oku raczej nie wróżył wygranej Nem… Ryan był zmotywowany doprowadzić ją całkowicie do szału.

„Raczej to już pilniczek. Ostry, twardy i gotowy do użycia.” Liz mruknęła pod nosem. Potknął się na prostej drodze.

„Idziemy do domu.” mruknął jej do ucha. I chyba po raz pierwszy przez cały wieczór został nagrodzony uśmiechem, który oświetlił całą jej twarz. To był uśmiech Pierwszego Niewiniątka Miami.

Westchnął… Wyciągnął ją na zewnątrz. Jego maszyna nadal stała dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Właściwie nie powinien prowadzić po alkoholu, ale w tej sytuacji nie wiedział czy w taksówce zdoła utrzymać ręce z dala od niej.

„Minuta ciszy dla konesera.” uśmiechała się nadal. To chyba dobry znak, chociaż raczej zwiastował coraz większą trzeźwość. Oparł się o motor i przyciągnął ją do siebie. Tak miło było mieć ją przy sobie.

„Chodźmy do domu.” wyszemrała pod jego podbródkiem. Jęknął. Dom. Łóżko.

Gdyby go ktoś kiedykolwiek zapytał o drogę, mógłby powiedzieć bez najmniejszych wyrzutów sumienia, że zupełnie jej nie pamiętał. Jedyne co pamiętał, to moment, w którym zdjął kask z Liz, potem ją samą z maszyny i niosąc na rękach powoli powędrował schodami do apartamentu. Mała, cieplutka, z głową wtuloną w jego ramię… bał się, że to jakaś senna fantazja, że za chwilę jakiś paskudny budzik przerwie to brutalnie, że otworzy oczy i jej wcale tu nie będzie. Chciał, żeby to trwało, nawet jeśli miało to być tylko i wyłącznie częścią jego fantazji.

Kopnął drzwi do swojej sypialni, ułożył Liz ostrożnie na łóżku. Wtulił nos w jej szyję, jej dłoń powędrowała do jego włosów. Przyklęknął obok, wpatrując się w to ciemnowłose zjawisko. Jakiś nieśmiały głos sumienia popiskiwał cicho, że to nie tak, nie tak to miało wyglądać, ale w tym momencie przeklął już wszystkie konsekwencje. Tak długo ganiał wokół niej… świadomość, że teraz to ona przychodziła do niego, działała o wiele bardziej odurzająco niż jakikolwiek alkohol, który wypił dzisiaj.

Jej przymknięte powieki studiowały go z niemal głodem. Och, ileż razy marzył tylko o tym, by zobaczyć, jak się tak w niego wpatruje. Teraz, stając wobec niemal urealnienia swoich fantazji, był wręcz niepewny!

Niepewny, gdzie zacząć, oczywiście. Czy można było zjeść ciastko i mieć nadal ciastko? Chyba on tylko był takim wariatem, który tego próbował…

Jego dłonie zaczęły niemal samoistnie sunąć wzdłuż jej smukłego ciała. Badając każde zagłębienie z niepomierną uwagą i zachwytem, powoli utrwalał sobie w myślach jej mapę. Mimo drobnej figury, miała wręcz idealne proporcje, idealne dla niego, a odurzający, powoli wypełniający pomieszczenie zapach jej zachwyconej reakcji tylko podnosił jego ciśnienie krwi. Pasowała tak doskonale, jej ciałko tuż przy nim, wijące się błagalnie o każdy następny dotyk i chociaż zaledwie muśnięcie, nawet jeśli wciąż dzieliły ich warstwy materiału.

Piętnował każdy odsłonięty fragment jej karmelowej skóry. Hm, nawet smakowała jak karmel. Karmel wymieszany z truskawkami, już nie było śladu mandarynek. Chociaż dla niego nadal pozostawała równie pyszna, drobniutka i niewinna z pozoru. Sposób, w jaki wiła się po każdym jego dotyku, urywany oddech wydobywający się szybko z rozchylonych bezwiednie, jakże kuszących ust… jej serce biło jak zwariowane, puls szalał, czuł to za każdym razem kiedy jego wargi dotykały jej miękkiej skóry.

Ostrożnie zsunął dłonie na jej talię, zahaczając nieznacznie o krótkie koronkowe cudo… hm, musiała częściej je nosić, by mógł z niej to zdejmować…  i powoli, milimetr po milimetrze unosząc do góry, aż materiał został beztrosko rzucony gdzieś w ogólnym kierunku kąt i natychmiast zapomniany.

Zaiste, była idealna.

Przetoczył się na nią w tej samej sekundzie, więżąc pod sobą. Jej zwinne paluszki już zdążyły pozbyć się jego koszulki, albo to był ona sam? Nie pamiętał. Ale uczucie skóry ocierającej się o skórę, było niczym elektryczny dreszcz i czysty impuls prosto do oszołomionego mózgu. Zadrżał. Musiał zwolnić, inaczej albo skończą imprezę nim się zaczęła albo to nie będzie dla niej tak przyjemne jak planował.

Otarł nos o miękką skórę policzka, wodząc lekko ustami po linii szczęki.

„Wreszcie dokładnie tam, gdzie chcę.” wymruczał z uśmieszkiem, przenosząc spojrzenie na ciepłą, kusząco drżącą wilgotność „Moja, i tylko moja.”

Ale w następnej sekundzie coś się zmieniło. Nie wiedział co, ale jakby ktoś wylał na nią wiadro zimnej wody. Usta zadrżały więcej niż niepokojąco, a spod powiek popłynęło kilka łez.

„Liz?” wyszemrał zmartwiony. I może trochę przerażony. Wiedział, że nie działała tak naprawdę świadomie, ale też wiedział, że z całą pewnością alkohol nie mógł wywołać pragnienia tam, gdzie go nie było. Znosił bariery ludzkiego zachowania, ale go nie tworzył. „Wszystko w porządku?”

Ty kretynie, oczywiście że nie, co za głupie pytanie! skarcił się w duchu, delikatnie przekręcając ich na bok i tuląc jej ciałko jeszcze bliżej. Starając się chociaż częściowo zignorować niemal bolesne pulsowanie własnej krwi. Przynajmniej się nie odsuwa.

„Nie, nie w porządku…” wyszlochała w jego ramię. Czuł na skórze jej łzy, wymieszane z kosmetykami. Zdolność do tworzenia zupełnie logicznych i poprawnych zdań w takiej sytuacji mogła zwiastować tylko jedno. Trzeźwiała.

Jaki wstyd…

„Myślałam… myślałam, że mogę się tego pozbyć… że alkohol pomoże, usunie zahamowania…” szlochała dalej, a Alec czuł, jak coś w nim zamiera i z przerażenia kruszy się na drobne kawałki. Liz chyba nie zamierzała… nie zamierzała upić się i pozbyć się ‚tego’? Nieprawdaż? Nie ona. Tylko nie ona. Liz była inna. Była inna… powtarzał sobie w duchu jak mantrę, tuląc jej rozedrgane ciało. Płakała dalej, pozbywając się chyba jakiejkolwiek resztki kosmetyków. I podniecenia. Niestety, dla niego to nie było tak łatwe. Ledwo zwalczał szum krwi w uszach i instynktowne pragnienie powrócenia do tego, co zaczęli ledwie kilka minut temu. Jak wszystko mogło się tak odmienić w ciągu zaledwie kilkunastu sekund? „Ale nie… To nadal we mnie tkwi, a ja jak głupia marzę o wolności…”

Wolność? To? Gdzie tu do cholery jakikolwiek sens? O czym ona mówi?

„Miałam… chciałam… chociaż na jeden wieczór przestać być tym ślimaczkiem, który stoi na piedestale niewinności i chowa prawdziwą siebie do skorupki… chciałam chociaż wysunąć czułki!” mruknęła, ostrożnie starając się wyswobodzić z jego ramion. W brązowych oczkach malowało się niemal zabawne zakłopotanie. A pod nimi ciemne smugi rozmazanego makijażu.

Taaaak, nie tylko ty chciałaś wysunąć czułki.

„Chodź… bo inny ślimak pokaże rogi.” wstał z łóżka, ciągnąc ją za sobą w stronę łazienki. Chyba jednak taka trzeźwa nie była, skoro na jej twarzy po jego słowach zamalowało się kompletne niezrozumienie. Przyciągnął ją do siebie, a potem docisnął całym ciałem do chłodnych kafelek pod prysznicem. Niemal komiczne niedowierzanie i równie zabawne, przeciągłe ooooo!, jakie wyrwało się z jej małego gardziołka wywołało tylko jego zadowolony uśmieszek. Brązowe oczka rozwarły się szeroko, jakby zupełnie nie pojmowały, iż może jej pragnąć niemal do obłędu.

Hm, może rzeczywiście nie rozumie.

Pochylił się, z nadal wpatrującą się w niego jak zahipnotyzowaną Liz, ale w ostatniej chwili pisnęła coś na kształt przepraszam i schyliła głowę. Jego usta miękko dotknęły jej czoła.

„Ja też.” wyszemrał.

„Za co?” odważyła się spytać niekrótką chwilę później.

„Że usiłowałem zrobić coś, na co nie byłaś gotowa.”

Do jego uszu dotarło coś na kształt nieśmiałego śmiechu zakłopotania. Zaryzykował ostrożne spojrzenie na jej twarz. Nadal błądziła gdzieś wzrokiem, ale nie wyglądała na kogoś, kto chce uciec z jego ramion z wrzaskiem przerażenia. Dobre i to.

„To ja jestem winna, nie ty. Gotowość nie ma z tym nic wspólnego…”

„Nie?” łypnął na nią podejrzliwie. Czasem kompletnie nie rozumiem kobiet.

„Nie…” westchnęła przeciągle, wtulając się w niego. Objął ją mocniej. Mimo wszystko, to było naprawdę milutkie uczucie, jak tak robiła. Tylko te cieniutkie materiały biustonosza, jakie rozdzielały ich skórę, doprowadzały go do szału!

Zaczął nerwowo poruszać wężykiem od prysznica i uregulował temperaturę. Potrzebował bardzo zimnego, ale wtedy Liz ucieknie…

„Aaaa!” wrzasnęła, ale po chwili roześmiała się. Zdecydowanie nie jest trzeźwa, skontastował ze zdumieniem, wpatrując się w jej źrenice. Już ja wyciągnę z ciebie ‚gotowość’! „Jestem mokra!”

Oooch, na pewno. Na pewno.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *