ETIC: przed czy po (15)

15.

„Agrr!!!” z czystą złością cisnęła telefonem komórkowym o ścianę. Coś strzeliło, huknęło i zadymiło się.

No tak, to nie cegła.

„Powinnam była pożyczyć od Nem pilniczek!” wysapała wściekle, przemierzając salon domu Mandy. Pokój był prawie tak wielki jak ich mieszkanie w Roswell.

A propos Roswell… No właśnie. Mandy i Roswell! Ciocia nigdy, przenigdy nie zjawiała się w jej rodzinnym miasteczku. Każdy to wiedział. Nie przyjechała nawet na pogrzeb babci Claudii, chociaż podczas jej choroby wisiała nieustannie na telefonie. Coś było w tym miasteczku, co kazało jej trzymać się z daleka.

Więc co do licha mogło ją sprowadzić do Roswell i to w takiej tajemnicy przed nią? Po co siliła się na udawanie, że delegacja potrwa dłużej niż zamierzała?

Wniosek był prosty i tylko jeden. Chodziło o nią samą.

Nie wiedziała w tej chwili, co ją bardziej wkurzało, fakt, że to odbywało się w tajemnicy za jej plecami, wtrącanie się Mandy w jej osobiste sprawy, wyjście na jaw całej mistyfikacji przez przypadkową rozmowę z Kyle’m, który o zgrozo, setki mil z dala od Roswell, wiedział, że Mandy przyjechała do Roswell!

Nie widziała żadnego innego powodu, dla którego Mandy pojechała do Roswell oprócz… Maxa. I ona sama, głupiutka gęś, sama powiedziała cioci że jest nie w sosie z powodu chłopaka, który zostawił ją dla innej! I za każdym razem kiedy usiłowała ją trochę rozruszać, mówiła to samo… Max służył za świetną wymówkę, ale prawdę mówiąc, nie wszystko na świecie sprowadzało się do niego.

Do facetów w ogóle!

Sfrustrowana kopnęła stos czasopism, beztrosko porzuconych przy fotelu i klapnęła ciężko na mebel. Sięgnęła po pilota, ale coś na stoliku przykuło jej wzrok.

Notes z adresami cioci Mandy!

Pilot został prawie natychmiast zapomniany. Kanał muzyczny docierał do niej jakby z oddali, wpatrywała się w nieduży, oprawiony w czarną skórę notesik. Powoli otworzyła go na pierwszej stronie, a potem zaczęła przerzucać kolejne. I kolejne. Zachwycona przejrzała wszystko, włącznie z kilkoma osobistymi adnotacjami przy niektórych numerach telefonu. Miała przecież zostawioną ‚na sytuacje kryzysowe’ kartę kredytową cioci Mandy, nieprawdaż?

Podniosła słuchawkę i wybrała znaleziony numer. Godzinę później, uśmiechając się szczęśliwie pod nosem, wsiadła do taksówki.

~ * ~

Liz gapiła się nieznacznie oszołomiona w lustro przy sztucznym świetle. Słońce zdążyło już obniżyć swój bieg na nieboskłonie i aby w pełni podziwiać efekt wielogodzinnej pracy Pierwszej Ratownik Dobrego Humoru Miami aka fryzjerki, została oświetlona ze wszystkich stron.

Powiedziała, żeby obojętnie co, naprawili tę katastrofę na głowie. Hm, muszę częściej tu zaglądać, obojętnie ile to będzie kosztowało ciocię Mandy. Jej buntowniczy duch utrzymywał się dalej, kiedy podstawiono jej rachunek do podpisania.

Nawet nie spojrzała na sumę.

Oooch, to było tak w przeciwieństwie do spokojnej i rozsądnej Liz Parker, jak to tylko możliwe. W dodatku zaszalała nie za swoje pieniądze! O!

Będzie smażyć się w piekle, ale zdecydowanie efekt wart był zaprzedania duszy. Chyba po raz setny dotknęła swoich włosów. Nadal długie i proste, ale były wszystkim, tylko nie nudne i niewinne i piekielnie małomiasteczkowe. Były mięciutkie, przesypywały się lekko między palcami i pachniały rozkosznie mlecznie. I miała grzywkę! Wręcz nieprzyzwoicie króciutką! I nowy, ciemny kolor, który teraz lśnił na wygładzonych pasmach niczym ruchome lustro…

Coś przepięknego!

Uśmiechając się od ucha do ucha szła ulicą do domu, machała torebką i podśpiewywała sobie pod nosem. Ktokolwiek teraz by na nią spojrzał, pomyślałby raczej iż jest nowoczesną wersją dziewczyny Winnettou. Chociaż zapewne w jej żyłach płynęła jakaś indiańska krew. Jakoś wiele o swoich przodkach nie wiedziała…

Pół godziny później stała w swojej sypialni, nad łóżkiem i krytycznym wzrokiem przyglądała się swoim rzeczom. Hm, teraz naprawdę poważnie wątpiła w swoją pamięć.

Rozsądek przecież wystawiła za drzwi i kazała utopić się w szklance wody!

…ognistej.

Naprawdę nie pamiętała, żeby ta spódnica była tak piekielnie krótka. Powinni ją chyba sprzedawać pod nazwą ‚schylanie zabronione’. Ale cóż, Nem nosiła takie to mogła i ona! Ha!

Z nieznacznym westchnieniem wcisnęła się w brązowy skrawek materiału, który utrzymywał się właściwie tylko dzięki linii jej bioder. No dobrze, wcisnęła się, ale co na górę?

Jakoś whisky z barku cioci nie potrafiło przekonać jej do tej skórzanej bluzeczki. W sklepie wydawała się ok., ale teraz nie bardzo.

Hm, może u Mandy coś znajdzie? Były bardzo podobnej postury, i ona z całą pewnością nie nosiła dziewiczo niewinnych ciuchów. O nie.

Ups, kto do licha zostawił tego misia z oberwanym uchem na środku holu? Bo na pewno nie ja…

~ * ~

Ryan musiał zamrugać kilkakrotnie, sprawdzić czy przypadkiem nie wzbogacono mu czymś drinka, albo co gorsza czy zwyczajnie z braku dogłębnej działalności nie popełnił grzechu śmiertelnego w postaci fantazjowania o dziewczynie własnego brata.

Nie, seksowna, drobna osóbka w koronkowej bluzeczce i piekielnie krótkiej spódniczce, właśnie szalała na parkiecie zaledwie kilka metrów od niego.

Co do jasnej cholery stało się niewiniątku Aleca?

Jakiś głupi głosik przypominał mu ironicznie, co sam doradzał Liz… zapomnieć o Maxie może nie, ale uwolnić się spod jego wpływu i pozwolić sobie na bycie Nastolatką. Na szaleństwa, zabawę i to wszystko, o czym ideałom na piedestale nie wolno było nawet myśleć.

No, ale to nie włączało śliniących się wokół niej tuzina facetów, mniej lub bardziej otwarcie zerkających na ponętne, młode kształty. Albo co gorsza, usiłujących coś więcej. I co z tego, że nie zwracała na nich uwagi?

Chyba wydrukuje nalepkę z homologacją McDowell i przyklei jej na środek czoła.

No dobra, przykleić musiałby raczej Alec, bo raczej gapili się nie na jej śliczną buziulkę!

Piosenka przeszła w inną i ten właśnie moment szczęśliwie wybrała na zejście z parkietu, bo inaczej chyba by rozbił kilku zaślinionych szczeniaków. Czy te gówniarze naprawdę uważali, że wszystko im wolno? Byli chyba na poziomie ameby jeśli chodzi o bycie facetem. Nie, ameba poczułaby się co najmniej urażona takim porównaniem.

Każdy facet wie, że nie rusza się takich zajętych dziewczyn, zajętych zwłaszcza przez kogoś równie wprawionego w skopaniu tyłków paru gówniarzom, co Alec McDowell. Należy się zająć szukaniem panienek w swojej klasie i gatunku, a dziewczyny jak Liz tylko podziwiać z daleka i zazdrościć Alecowi.

Nie wasza klasa, gówniarze!

„Ryan!” uśmiechnęła się szczęśliwie na jego widok. Odwzajemnił uśmiech. To było dla niego niemal automatyczne, kiedy piękna kobieta uśmiechała się do niego, odpowiadał tym samym.

No, za wyjątkiem Nem. Ją to zazwyczaj miał ochotę przerzucić przez ramię, zaciągnąć do jaskini i dogłębnie doprowadzać do zapomnienia o wszelkich pilniczkach świata, aż nie będzie miała siły nawet na jęk jego imienia na ustach…

W ostatniej sekundzie zauważył gostka wyłaniającego się tuż za Liz i najwyraźniej usiłującego co najmniej chwycić ją. Gówniarz. Żaden facet obserwując ich dwoje nie zrozumiałby opacznie ich piekielnie krótkiej wymiany zdań. Ergo nie chciałby zaznaczyć swojego terenu nie na swoim!

Co za debilny prawiczek…

Zanim ośliniony palant zdążył cokolwiek zrobić, zacisnął dłoń na jego nadgarstku i wykręcił rękę.

„Spieprzaj, gówniarzu!” syknął mało przyjemnie.

Liz odwróciła się zaskoczona. Nie zauważyła zupełnie tego chłopaka, ale po reakcji Ryana wywnioskowała szybko, że nie miał miłych dla niej zamiarów. Obrzuciła go niechętnym spojrzeniem.

Gdzie jest zielonooki rycerz w lśniącej zbroi, kiedy jest potrzebny?

„Alec też jest?” wypaliła, zanim ugryzła się w język. Ostatecznie raczej miał pewną opinię i wątpiła, by był teraz sam. Mogła być głupiutką dziewczynką z małego miasteczka, ale zauważyła te zazdrosne spojrzenia rzucane przez inne dziewczyny, kiedy chodzili sobie po centrum… Agrr!

Myśl o Alecu w innym towarzystwie odebrała jej jakikolwiek dobry humor.

„Jasne. Siedzi sobie ze swoją grupą, Tom zdał w końcu tę paskudną poprawkę… Przy pomarańczowym barze.”

„Dzięki.” wymamrotała, odwracając się i odchodząc.

Gostek jęknął boleśnie albo z rozczarowaniem. Kogo to obchodziło? Na pewno nie Ryana, który uśmiechał się zupełnie złośliwie.

„Spróbuj kichnąć chociaż sto metrów od niej, a Alec przemieli cię na karmę dla kotów.”

„Alec?” chory na ślimozę wybałuszył oczy.

„A kto?” parsknął z ironią „Ja wolę pilniczki…”

Zarechotał w duchu, widząc jak gówniarz wraca do swoich kumpli i mówi coś wyraźnie pobladły.

Nie ma to jak ponura sława plemników McDowell!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *