ETIC: przed czy po (13)

13.

„I co ja mam teraz do cholery zrobić?”

Drobne, sfrustrowane ciałko padło na łóżko, spoglądając na świecące czerwienią cyferki na budziku. Została jej równa godzina, a ona nie miała pojęcia, co począć.

Niech szlag trafi wszystkich bezczelnych Irlandczyków! Za to że są tacy bezczelni, pewni siebie, i doprowadzają do szału samym myśleniem o nich. O!

…bez udziału zwinnych rączek, sprawnego języka…

Jęknęła, wciskając twarz w poduszkę.

Miała poważny dylemat, czym było to spotkanie. Kiedy jeszcze Ryan był tutaj, jakoś nie miała wątpliwości, wystarczyło popatrzeć na ten rozbrajający jego przeklęty uśmieszek i zgadzała się na wszystko. Albo może była zbyt zmęczona by myśleć. Nie bardzo wiedziała. Ale się stało. Umówiła się z samym Ryanem McDowellem… na lody.

Chyba miała kompletnie nierówno pod sufitem. Albo hormony zbytnio uderzały jej do głowy. Ale to nie był nawet ten tydzień cyklu. Właściwie to było dwa tygodnie za. Nie powinno więc być jej gorąco na samą myśl o jakimś ciele!

Nie, żeby miał opinię aż takiego uwodziciela, co przeskakuje co noc do innego łóżka. Ale nie ukrywał, że obchodzi go tylko to, co on chce. To właśnie czyniło z niego wyjątkowo niebezpiecznego typka. Ryan McDowell nie liczył się z niczym i nikim. To było pierwsze zdanie, jakie ktokolwiek słyszał o tym piekielnie przystojnym Irlandczyku. I chyba najlepiej go określające, biorąc pod uwagę jego sławę…

Tylko jak miała się do tego jego wściekła, spontaniczna obrona bliźniaka?

Ech, nigdy nie zrozumie facetów. Klasyczny przykład: na co zaprosił ją Ryan? Czy to naprawdę miało być tylko wspólne wyjście, mała łapówka by nie czepiała się zamiarów jego brata czy plany na coś więcej… poziomego?

Sfrustrowana spojrzała na zegarek. Dwie minuty bliżej spotkania. I co ona miała zrobić? Mogła w ostatniej chwili stchórzyć wszakże… ale z drugiej strony, jeśli się odważy spojrzeć niebieskoszarookiej bestyjce w oczy, musiała się zdecydować na jedną z opcji.

To była randka pionowa czy pozioma?

Hm, w drugim przypadku nie można było tego nawet nazwać randką. Zwłaszcza z Ryanem.

Co ją do cholery podkusiło?

Zwlokła się w końcu z łóżka i sięgnęła na półkę po suszarkę. Skoro jednak zaczęła się już szykować, to pójdzie. Nie stchórzy! Jakby co, to pozostanie jej tylko bronić cnoty pewnej żelaznej dziewicy w już mało oryginalny sposób…

…tępym pilniczkiem do paznokci.

~ * ~

Ryan zatrzymał maszynę przed budynkiem kilka chwil wcześniej, ale przez dłuższy moment zastanawiał się czy w ogóle ma zgasić silnik.

Co go do cholery pokusiło by narażać się na kastrację tępym pilniczkiem? Zwłaszcza teraz? I to z kim?

Z samą Nem Titbit.

Nie, żeby była groźna. Ale to nie był ktoś, kogo mógłby rozstawiać po kątach według własnego widzimisie.

Chyba zwariował. Albo stracił rozum tej nocy na plaży, a potem na ganku domu ciotki Liz. Mandy czy jakoś tak. Umówił się z Pierwszą Foczką Miami.

Raaatuj się kto może…coś w nim wrzeszczało głośno i wyraźnie.

Ale z drugiej strony przyjemnie ożywiał się na samą myśl poskromienia tego diablika. A przynajmniej ujarzmienia na kilka godzin.

Godzin? Co tam, dni…

…albo i tygodni.

Potrząsnął głową. Coś romantyczny nastrój jego brata dziwnie udzielał się jemu samemu. Lubił Liz. Była nazbyt podobna do niego samego w jakiejś dziwnej drodze i nawet ją rozumiał. I zanim się wybrał do Nem, odbył z Aleciem długą i poważną rozmowę.

Ukatrupi zielonookiego, albo najlepiej wyda w chętne łapki uzbrojone w tępy pilniczek, jeśli coś schrzani.

Biorąc jednak pod uwagę, że po porannej wizycie Liz dom stał, wszyscy żyli, a Alec nie chciał go zabić, więc jednak przeprosiny za ignorowanie odniosły niezamierzony skutek. Jak znał zielonookiego, to się ‚odwdzięczył’ mu już jakoś.

Nacisnął dzwonek przy drzwiach, ale po chwili zamiast pospiesznych kroków usłyszał raczej dziwny dźwięk i mocno stłumione przekleństwo. Niepewnie uchylił drzwi…

~ * ~

Schodków było tylko trzy. Naprawdę tylko trzy. Jaką idiotką trzeba być, żeby się na nich potknąć?

Nem miała na to swoja własną teorię, ale wolała nie dopuszczać jej do głosu, tym bardziej głośno wypowiadać. Skrzywiła się tylko, kiedy lekarz ponownie dotknął kostki, tym razem usztywniając ją bandażem. Tylko stłuczona. Żadnego zwichnięcia, żadnego złamania. Ale bolała iście piekielnie. Nie wiedziała, że za niedopełnione grzechy miłosierny Bóg każe również. To było nie fair. Zdecydowanie nie fair. Przecież do niczego nie doszło. I zapewne nie dojdzie, dzięki ci Panie… za ten znak z nieba.

Że Ryan McDowell potrafił ogłupić każdą, to wiedział chyba każdy w Miami… ale doktor Anderson w życiu się nie spodziewał, że na ten lep złapałaby się Nem. Raczej trzymała się od takich typków z daleka, no, chyba, że trzeba było kogoś wypilniczkować. Była z tego znana… ten tekst przeszedł chyba już do lokalnej historii.

„Nie biegać przez tydzień, ani nie obciążać kostki zbytnio. Żadnej pracy, ani żadnego poważnego wysiłku.” spojrzał wymownie przy ostatnich słowach na Ryana, który tylko się uśmiechnął. Ciekawe, ile takich tekstów i aluzji ten dzieciak słyszy codziennie… „Zaraz wypiszę receptę i zwolnienie. Chcesz także coś przeciwbólowego?”

Nem skinęła powoli głową, nie patrząc na żadnego z nich. Żadnego poważnego wysiłku… aggrrrr, już ja pokażę tym bezczelnym plemnikom!

Pięć minut później została jednak bezczelnie zniesiona przez niebieskoszarooką bestyjkę do czekającej przed przychodnią taksówki, odprowadzana przez zazdrosne westchnienia pielęgniarek i z lekka zdumione spojrzenie Toma, śledzącego to ciekawe wydarzenie z okien swojego gabinetu.

Ryan znów  troszczący się o kogokolwiek prócz Aleca? Nie myślał, że jeszcze zobaczy taki cud.

~ * ~

„No dobra. Zabijesz mnie, to pewne…. Pytanie brzmi tylko: przed czy po?”

Nem praktycznie podskoczyła, czując przy uchu gorący oddech Ryana. Otworzyła oczy, tylko by stwierdzić, że przechylał się przez kanapę i był zdecydowanie bardzo, bardzo blisko jej zmaltretowanej osóbki.

„Ccoo?” wyjąkała.

„Pytałem się, czy lody chcesz przed czy po?”

Gdyby nie przerażenie widoczne w tych ślicznych brązowych ślepkach, Ryan śmiałby się przez dobrą chwilę. Jej mina była po prostu boska kiedy tak wpatrywała się w niego, jakby był świętym mikołajem w lipcu.

„Po czym?” jej szept był tak cichutki, iż ledwo go usłyszał.

„The devil’s own.” wymruczał znów tuż przy jej uchu.

Co mogło skutecznie wyrzucić z jej myśli tego bezczelnego Irlandczyka? Inny Irlandczyk!

Ryan zerknął na nią podejrzliwie, kiedy wszelka niepewność zniknęła, a pojawił się figlarny błysk. Co ja takiego powiedziałem?

Ściągnęła jego głowę ponownie w dół i wyszeptała.

„Podczas.”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *