ETIC: przed czy po (12)

12.

Ok.

Alec wiedział doskonale, że jego starszemu braciszkowi może odwalić kompletnie, szczególnie w tych dniach… nie spodziewał się jednak, że pewna drobna brunetka (nie mylić z Pierwszym Absolutnym Niewiniątkiem Miami! Co to, to nie…) odegra więcej niż główną rolę w szajbie jego bliźniaka.

Nem i Ryan? To nie mieściło się w głowie. A jednak.

Najpierw było zdziwienie. Ryan rano siedział w kuchni, najzwyczajniej w świecie, i jadł śniadanie. Przed czasem. Pożywne, dodające sił witalnych śniadanko. Wcinał, jakby co najmniej wybierał się na grecki maraton!

Coś zdecydowanie było nie tak. A jak znał jego braciszka, owe ‚nie tak’ dotyczyło jakiejś laseczki.

Tylko, że wszelka jego wiedza na temat zachowań bliźniaka pochodziła z normalnego czasu. Nie zaś z okresu, kiedy przypadała rocznica. Przez jeden tydzień roku jego braciszek zachowywał się jak t-o-t-a-l-n-y świr. To sprawiało, że przez tydzień w roku przez większość doby był na nogach, gotów kryć swojego bliźniaka przed rodzicami i bronić przed głupim światem. Cucić, wyciągać z aresztu, pocieszać, dofasolić jakiemuś dupkowi, poprawiając po bracie… pełen serwis.

Nie, żeby Ryan nie był świrnięty przez resztę czasu… po prostu w rocznicę przechodził samego siebie. Hulanki? Zbyt niewinne słowo. Całkowita asceza bo rodzice się wściekali? Czemu nie… Ledwo uchodzenie z życiem z prawie każdej bójki, jaka wydarzyła się w okolicy? Jasssne, każdy przecież wiedział, że Ryan McDowell tylko szuka zaczepki, by pokazać swoją wyższość nad tymi durnymi osiłkami. Ściana medali i pucharów mówiła wszakże sama za siebie.

I kurwa, guzik kogokolwiek obchodziło, że właśnie na zawodach poznał pewną panienkę o mało oryginalnym imieniu Agnes… a na blondynki reagował teraz totalnym uczuleniem.

Tym bardziej rozdziawił buzię, kiedy zobaczył Ryana jedzącego śniadanie. Pożywne śniadanko. I wyglądał, jakby spędził absolutnie niewinnie poprzednią noc. To trochę nie pasowało do obrazu. Ani wieści, rzuconych niby mimochodem z firmowym uśmieszkiem, że umówił się z Nem na lody… przed, nie po.

L-O-D-Y? Czy on dobrze usłyszał, czy miał przesłyszenia?

Gotów był postawić tysiące dolarów, że to było tylko złudzenie.

Tylko ta końcówka…

No dobrze, chyba był jednak całkowicie trzeźwy, przytomny i zdolny do funkcjonowania. I totalnie rozbawiony, kiedy widział jego niepewną minę.

No dobra. Co miał zrobić? Spytać, co za drobna istotka tak zalazła mu za skórę, że postanowił porzucić trzyletni zwyczaj rozpaczania po dziecku, które nie zdążyło się urodzić? W innych rodzinach może wydawała się dziwna żałoba po ‚fasolce’, ale oni obaj byli wychowani w ogromnym kulcie rodziny. I sami doskonale czuli się we własnym towarzystwie i byli swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Obaj mogli znienawidzić tę głupią gęś Agnes White, to jednak nie znaczyło, że ktoś drastycznie dla pieniędzy nie przerwał życia nienarodzonej dziewczynki. Wyczekiwanej mimo zaskoczenia i nieciekawej sytuacji. Więc to, co zastał rano, wytrąciło go bardziej z równowagi niż gotów był przyznać przed sobą czy swoim bliźniakiem.

Zdecydowanie, to nie wyglądało na ingerencję tylko i wyłącznie upartej brunetki. Nem przyciągała Ryana, ale gdyby ktoś przystawił mu pistolet do głowy i kazał wybierać między rodziną a tą dziewczyną, nie zawahałby się nawet na ułamek sekundy. Coś lub ktoś jeszcze zamieszał w tym kotle i wyszła iście wybuchowa mieszanka…

Nie był pewien, czy ma siły na to przeżycie tego. W końcu nie bez powodu brał urlop akurat w tym czasie. Ale kiedy zobaczył Ryana grzecznie jedzącego śniadanie, z całkowicie szczerym uśmieszkiem, nie kryjącego rozbawienia na widok jego zaskoczenia i zdumienia… no dobrze, to było ponad jego siły. Wolał je więc uzupełnić, kto to wie, co do diabła stanie się wieczorem.

Prawdopodobnie kolejna nieprzespana nocka… Naprawdę nie był pewien, czy spodoba mu się antysenna działalność jego bliźniaka.

~ * ~

Ryan musiał powstrzymywać uśmieszek, kiedy następnego ranka po ich nocnej rozmowie, punkt dziesiąta zero dwie, pewna drobna brunetka ukazała się po drugiej stronie jego lady. Nie musiał przechylać się i sprawdzać, ale wróżył Pierwszemu Śpiochowi Miami bardzo… ożywczą pobudkę. Czerwona sukienka, teraz już słynna w pewnych kręgach, rozpuszczone włosy, niewinne spojrzenie… i zapewne tenisówki.

„Zamknięte.” pożaliła się, poprawiając niedużą torbę na ramieniu. Jej zawartość w tej chwili była niezmiernie cenna i nie chciała, by cokolwiek się stało jej zakupom. Myślała przez kilka godzin, właściwie przez resztę nocy, kiedy Ryan poszedł. I w końcu wymyśliła jedno.

Tłumiąc wszelkie objawy satysfakcji, tudzież rozbawienia, odsunął krzesło i wyciągnął z kieszeni klucze.

Zamordujesz mnie za to braciszku… jak już wrócisz z niebios… zaśmiał się Ryan w duchu, słuchając cichym kroków Liz, kiedy wychodziła z powrotem na zewnątrz i okrążała budynek, by wejść drugimi drzwiami, prowadzącymi prosto do ich apartamentu. O ile będziesz miał jeszcze jakieś siły…

Liz nerwowo przekręciła klucz w zamku. Nie wiedziała czemu, ale trzęsły się jej ręce. Co prawda podjęła w nocy, czy też nad ranem, pewną decyzję, ale teraz zaczęły ogarniać ją wątpliwości. No bo w gruncie rzeczy Alec był obcym, nieprawdaż? Przez kompletny przypadek wszedł do jej życia, nie mogła za wiele wymagać, żeby był jej rycerzem w lśniącej zbroi, w końcu nie była dziewicą w strapieniu. Nie powinno jej za bardzo obchodzić co sądził… ale jakoś po ich nocnej rozmowie, to znaczy rozmowie z jego bratem, coś w niej drgnęło.

Bo tak naprawdę złapała się na tym, że jednak chce, żeby ją obchodziło. Że chce kogoś obchodzić. I jakkolwiek Maria i jej opowiastki mogły ją zaboleć piekielnie, bo Tess odbierała jej także najlepszego przyjaciela, nie tylko Maxa, to jednak ona sama odpowiadała za to, jak ją postrzegali inni. Więc postanowiła przeprosić Aleca za ignorowanie go i zaproponować rozejm.

Nie wiedziała o nim za wiele, ale wiedziała jedno: że lubił tosty. Na razie to musiało wystarczyć.

Z ciekawością powiodła spojrzeniem po apartamencie. Zupełnie cichy. Podejrzewała, że Alec wciąż spał.

Postawiła zakupy na kuchennym blacie i zaczęła po kolei otwierać poszczególne pomieszczenia. W końcu, trzecie drzwi na prawo okazały się sypialnią zielonookiego Irlandczyka.

Drzwi zostawiła otwarte. Nigdy przecież nic nie wiadomo, nieprawdaż? Mógł ją wyrzucić, to była w końcu jego sypialnia!

Ona sama osobiście wpadała w wściekłość, kiedy ktoś wiecznie nachodził ją przez balkon… ale nie wypadało przecież. Każdy zawsze miał jakiś ważny powód do tego, nieprawdaż?

Alec leżał rozłożony na łóżku, w samych tylko spodniach. Zarumieniła się nieznacznie. Uch, dobrze, że jednak w ogóle coś nosił…

Skarciła się w duchu, gdzie jej myśli błądzą.

Ostrożnie pochyliła się nad nim, z ciekawością przyglądając się jego twarzy. Kiedy spał, wyglądał jak mały, niewinny chłopiec… słodko, bezbronnie…

Nagle jednak zielone oczy otworzyły się, zaskakując ją kompletnie. Cofnęła się, nieznacznie, wpadając na coś… i runęła jak długa na dywan.

„Liz?” Alec zamrugał mało przytomnie, usiłując się upewnić, że to co widzi, nie jest snem, tylko realnym spełnieniem dopiero co wyśnionej fantazji. Liz leżała na podłodze jego sypialni, w tej swojej czerwonej sukieneczce… psiakrew, były nawet tenisówki!

„Liz?” powtórzył ponownie po chwili, kiedy nie odpowiedziała. Spod masy brązowych włosów wydobył się jakiś nieokreślony dźwięk, aż wreszcie podniosła się z podłogi. Nie miał jednak powodu do narzekań, jej nogi prezentowały się równie wspaniale, co w wersji poziomej… hm…

„Hej.” wymamrotała „Nie chciałam ci przerywać twojego snu…”

„Nie ma sprawy. Coś się stało?” spytał szybko, nie chcąc, by wzięła nogi za pas i uciekła z wrzaskiem z jaskini smoka.

„Nnnicc.” wymamrotała, czując się jak idiotka, kiedy podniósł się z łóżka „Chciałam tylko spytać… Jak ty to robisz?”

Co?

Potknął się na dywanie.

„Tosty.” wyjaśniła po chwili, kiedy gapił się na nią niezrozumiale.

„Nie umiesz zrobić tostów?” spytał oszołomiony, zastanawiając się, co u licha za koszmar mu się śni. Bo to musiało mu się śnić, nieprawdaż? Jak do diaska siedemnastolatka mogła być tak kompletnie pozbawiona podstawowej, elementarnej wręcz wiedzy o relacjach damsko-męskich? I to z takimi nogami…

„Umiem.” wzruszyła ramionami, uśmiechając się nagle łobuzersko „Ale kocham ser topiony twojej roboty…”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *