ETIC: przed czy po (11)

11.

Plaża po północy bywała zazwyczaj bardzo pusta, wyłączając imprezującą młodzież, amatorów nocnych wodnych igraszek oraz ludzi, którzy chcieli zostać sam na sam ze swoimi uczuciami i myślami.

Liz Parker zdecydowanie nie należała do tych dwóch pierwszych kategorii. Siedziała sobie na piasku, z wyciągniętymi przed siebie nogami i przesypywała drobniutkie ziarenka dłońmi.

„Sahary nie stworzysz, ale małą wydmę z powodzeniem.”

Uśmiechnęła się nieznacznie.

„Tu nie ma żadnej imprezy ani jej nie stworzysz…” powiodła dłonią wokół „Same pustki o tej porze.”

Usiadł obok niej i spojrzał na nią uważniej. Takie słowa w ustach chodzącego niewiniątka… no, no.

„Aż taką paskudną opinię mam?” uniósł pytająco brew. Wcale nie chciało mu się serwować firmowego, rodzinnego uśmieszku. Mimo całkiem miłego zakończenia wizyty u Nem, jego humor nie był najlepszy. Właściwie to z każdym krokiem oddalającym go od upartej jak diabli brunetki jego nastrój ciemniał coraz bardziej.

„Czy ja wiem… Nem opowiadała mi trochę historii, jakie krążą o sławetnych braciach McDowell.”

Pierwsza Foczko Miami, będziesz fikać a nie fukać, jak cię dopadnę…

„Tak złe były?”

Wzruszyła ramionami, pozornie obojętnie.

„To wolny kraj. Można robić, co się uważa.” zauważała spokojnie.

„Przebudowywać tutejsze plaże także?” spytał w tym samym tonie.

Zarumieniła się nieznacznie, a jej dłoń, pełna piasku, opadła.

„To nie jest najbezpieczniejsze miejsce dla samotnej dziewczyny. Jeszcze z oceanu rybek wyskoczy jakiś słynny potwór i wciągnie cię w tę zieloną otchłań…”

Zmarszczyła brwi. Ocean nie był zielony. Wody wokół Florydy także.

Więc to chyba był żart.

„Ucieknę do mojej warowni.” uśmiechnęła się figlarnie, wskazując głową na dom ciotki „Nic mnie nie porwie stamtąd w świat.”

I tego się obawiam. I przy okazji mój genialny braciszek straci kompletnie wiarę w siebie, a ty nawet nie zauważysz niczego…

„Po co zamykać się w wieży, skoro świat na zewnątrz ma tyle do zaoferowania? Jak na przykład niezmiernie uparte blond towarzystwo?”

Jej uśmiech niemal natychmiast zbladł. Wręcz zzieleniała.

I oni z Aleciem myśleli, że zrobił ostatnio postępy.

„Nie lubisz Aleca?” spytał zupełnie otwarcie „Wiem, że potrafi być wkurzający z tym swoim irlandzkim uporem, ale poza tym da się chyba z nim wytrzymać pięć minut bez rwania sobie włosów z głowy? Ja wszystkie jeszcze mam… a dziewięć miesięcy to dużo, skoro ledwie w ciągu kilku minut potrafi doprowadzić do czystej frustracji…”

Gapiła się na niego, jakby wyhodował dwie głowy albo nie miała zupełnie pojęcia, o czym mówi. W końcu westchnęła.

„Przepraszam, myślałam o kimś zupełnie innym.” mruknęła pod nosem, nie patrząc na niego „Jest w porządku wobec mnie, ale…” podrapała się po głowie „Doceniam fakt, że mnie wtedy wyprowadził, tylko że… sama nie wiem. Nieswojo mi.”

„Wolisz, żeby odstawił cię do warowni?”

„Och nie…” wymamrotała „To by była już kompletna katastrofa.”

„Boisz się, że ktokolwiek doniósłby twoim rodzicom, iż wróciłaś do domu rano w towarzystwie wątpliwej reputacji typka?”

„Niee. Rodziców tu nie ma, mieszkam z ciocią. Sąsiedzi pewnie by donieśli… ale nie o to chodzi. Nie powinnam w ogóle na to pozwalać.”

„Przeszkadza ci jego reputacja?” spytał, niemal już pewien, że nie o tym mówili. Cokolwiek chodziło jej po głowie, dotyczyło raczej jej samej i jej obaw, a nie Aleca.

„Tu nawet nie chodzi o to, że to był twój brat. Ktokolwiek, jakikolwiek chłopak.”

„Czemu?” zdumiał się „Kryzysy zdarzają się każdemu, nie jesteśmy ani idealni ani ze stali i nikt tego nie ma prawa od nas wymagać. I to raczej dobrze świadczy o człowieku, że nawet bliżej nieznani ludzie oferują bezinteresowną pomoc, nawet jeśli sami słyną z niemiłego charakterku, nieprawdaż?”

Wzruszyła nerwowo ramionami.

„Denerwuje cię, że się załamałaś… i jeszcze dodatkowo modlisz się, by nikt nie dowiedział się, że spędziłaś dzień w towarzystwie typu McDowellowskiego?” naciskał dalej. Dziwny cień na jej twarzy, widoczny nawet w półmroku florydzkiej nocy tylko potwierdził to, co zaczął przypuszczać. „Mogę spytać o coś bardzo osobistego?”

Zerknęła ciekawie, ale skinęła głową.

„Co za kretyn tak bardzo wymagał od ciebie bycia chodzącą świętością i niewiniątkiem, herkulesowej siły i xenowej odwagi, że jesteś cieniem prawdziwego człowieka pół kraju z dala od niego? Że dusisz w sobie kompletnie wszystko i uciekasz od każdego?”

Gwałtownie zerwała się na nogi i niemal pędem rzuciła się w stronę domu.

Dawny trening pomógł więcej niż bardziej w błyskawicznym zatrzymaniu jej.

„Sama zgodziłaś się, żebym zadał to pytanie, więc dlaczego uciekasz?”

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

„Ale nie obiecałam, że na nie odpowiem.”

„Twoja ucieczka jest doskonałą odpowiedzią.” parsknął „Masz gorzej popieprzone w głowie przez innych ode mnie. Bravo! Nie myślałem, że dożyję takiego cudu. „

„Co ty do cholery wiesz? Myślisz, że obserwując mnie wiesz o mnie cokolwiek?”

„Oczywiście, że nie!”

„Wiesz, co to znaczy stracić kogoś kto jest całym twoim życiem? Żyć z wiedzą, że zrobiłbyś absolutnie wszystko, by los ci go zwrócił? Albo jeśli mógłbyś cofnąć czas i postąpić inaczej? Chryste, oddałabym wszystko, by tego dokonać. Nie stracilibyśmy tylu miesięcy tańcząc koło siebie…” jej głos załamał się.

„Moja była dziewczyna Agnes usunęła ciążę, kiedy znalazła innego naiwniaka, o którym myślała, że jest bardziej nadziany ode mnie. Wmówiła mu, że to jego. Obiecał się z nią ożenić, o ile ‚pozbędzie się kłopotu’.” spojrzał jej spokojnie w oczy „Już nie mówiąc o tym, że kiedy ciąża wyszła na jaw, udała, że to późniejszy miesiąc, usiłując zwalić winę na mojego brata, bo był tak naprawdę jedynym, który dostrzegł w niej chciwą sukę. Jakby nie dość, że to on zwrócił mi uwagę na jej ostatnio dziwne zachowanie…” ucichł na moment „W wielkim skrócie. Zrobiłbym wszystko, żeby cofnąć wskazówki zegara. Przez moje niedopatrzenie Agnes usunęła ciążę, zawiodłem ją, dziecko, rodziców i brata. Własne zasady. Teraz akurat mijają trzy lata.”

Gapiła się na niego w milczącym szoku przez kilka minut.

„Nikt nie powinien przeżyć śmierci własnego dziecka.” spuściła wzrok, zawstydzona. Wyraz twarzy Ryana tak bardzo jej przypominał ten dzień, kiedy szeryf Valenti postrzelił Kyle’a… o tak, on zrobił wszystko, przysięgał na wszystko, byleby zwrócono życie jego synowi. A ona rozczulała się nad sobą i posypała palącą solą niewątpliwie jątrzące się rany, ponieważ płakała nad utratą kogoś, kto tak naprawdę nie mógł nigdy do niej należeć. „Przepraszam.”

„Nie musisz. Ostatecznie wszyscy i tak mają mnie za bezczelnego, aroganckiego i egoistycznego rozpuszczonego podrywacza. Zrobiłem wystarczająco wiele, by zasłużyć na własną opinię.”

I udowodnić sobie, że jest takim samym sukinsynem, jak mówiła Agnes.

„Jego tu nie ma, Liz…” chwilę później zaczęli iść ramię w ramię w stronę jej domu. Nie patrząc na siebie, jakby oboje byli zawstydzeni własnymi wybuchami emocji.

„Wiem.” zagryzła wargę. Wcale nie pomagał. Weszła przez furtkę do ogrodu. Ryan oparł się o ogrodzenie, patrząc jak powoli przemierza trawnik.

„Inne pytanie z rodzaju osobistych i na której odpowiedzi nie chcesz udzielić. Czy to cokolwiek dało? Bycie taką, jak on oczekiwał?”

Zamarzła w pół kroku. Żadne inne jego słowa nie trafiały w sedno tak bardzo. Nic nie dało. Zwrócił się do kogoś kompletnie różnego. Cudownej, seksownej blondynki, za którą każdy facet w mieście się oglądał…

„Wiesz, moi rodzice byli bardzo rozczarowani mną… po.” odetchnął głęboko „Po tym jak w pierwszą rocznicę zalewałem się niemal non stop, nie mówiąc o innych ekscesach…” skrzywił się mimowolnie na wspomnienie „Dali mi to bardziej niż dobitnie do zrozumienia. Więc w następną byłem grzeczny, starałem się, chociaż to był niezły koszmar, wspomnienia potrafią dręczyć bardziej niż teraźniejszość… Ale cokolwiek bym nie zrobił, to nie wystarczało. Wciąż patrzyli na mnie i wciąż widziałem w ich oczach, że mnie winią. Może nie za postępowanie Agnes, ale chociażby za sam fakt, że nie potrafiłem ocenić jej właściwie. I inne rzeczy, które jako dorosły facet powinienem zrobić. Kiedy ten tydzień się skończy, znów to zobaczę w ich oczach.”

Odwróciła się powoli.

„Dlaczego mówisz mi to wszystko?” spytała cicho, siadając na stopniach prowadzących na taras. Wszedł do ogrodu, zamykając za sobą furtkę. Usiadł obok niej, patrząc na zupełnie pustą plażę. Nie na nią.

„Nie wiem.” przyznał szczerze „A może mnie wkurza to, że odtrącasz Aleca.”

„Co ma piernik do wiatraka?”

„Alec cię lubi. Nie lubił, wręcz nie znosił Agnes. Kumasz?”

„Nie.”

„No tak, nic nowego.” jęknął z rezygnacją „Jesteśmy McDowellami. Obaj. Bogaci. Słynni. Super przystojni.”

Uśmiechnęła się figlarnie.

„Ile ludzi traktuje nas normalnie? Albo nie patrzy za bardzo na naszą reputację? Nawet uparta foczka patrzy na nas obu przez ten pryzmat. Ty traktujesz go normalnie. Jak osobę. W dodatku lubi cię, a że po wczorajszym dniu raczej nie wiał gdzie pieprz rośnie na twój widok, wręcz przeciwnie, chciał spędzić więcej czasu… Potraktujesz mojego brata jak śmiecia tylko dlatego, że jakiś gnojek wymaga od ciebie bycia chodzącą niewinnością, na cokole w złotej klatce?” skrzywił się z najprawdziwszą dezaprobatą.

„Max nie jest gnojkiem! On jest…”

Ryan machnął ręką lekceważąco.

„Tak długo, jak mnie wkurza, będzie dla mnie gnojkiem. Sam nim czasem bywam, Alec też…”

„Więc co mam zrobić?” zmarszczyła brwi w zabawnej koncentracji. Niemal widział, jak te szare wypełnione niewinnością komórki ciężko pracują, by odgadnąć jego intencje i oczekiwania.

„Przecież nie zaciągnie cię do łóżka… bo już tam wylądowaliście.” uśmiechnął się przewrotnie. Zarumieniła się zakłopotana. Nie cierpiała jak ktoś jej wypomina pewne rzeczy w tematach damsko-męskich, których nie pojmowała albo nie chciała pojmować. O wiele bezpieczniej było pozostać dzieckiem. „I co? Nic się nie stało.” zauważył stoicko, podnosząc się „I nikt by nie uwierzył w to, że Alec i ładna dziewczyna w jednym łóżku przebiega wręcz podręcznikowo niewinnie. Ty nie musisz wierzyć, bo stanęłaś wobec tego faktu. Zrób z tą wiedzą, co uważasz…”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *