ETIC: przed czy po (1)

ETIC: przed czy po

Pary: Alec/Liz, Nem/Ryan

Floryda, letnie miesiące po Destiny. Liz Parker spędza wakacje u swojej cioci Mandy, ale nieoczekiwanie na jej drodze staje pewien zielonooki Irlandczyk… i jego bliźniak. I nic nie jest już takie samo.

1.

Nie pamiętał, nie zliczył już, ile razy w przeciągu ostatniego miesiąca przechylał się przez kontuar tylko po to, by zerknąć na jedną, szczególną dziewczynę.

Chociaż czy było w niej coś szczególnego? Nie był pewien, czy dla przeciętnego obserwatora byłaby równie piękna, dawno temu stracił obiektywność kiedy chodziło o nią. Jemu jednak jawiła się…

Dobra, dosyć tych romantycznych bzdur. Robił się ckliwy na starość… Była śliczna, diabelnie ponętna i doprowadzała go do szału samym swym istnieniem. I co gorsza, kompletnie nie zwracała na niego uwagi, przynajmniej nie jako na faceta. Przy swoich dwudziestu trzech latach mógł doskonale powiedzieć, czy dziewczyna tak na niego patrzyła. A zazwyczaj tak bywało. No, chyba, że był w towarzystwie swojego szurniętego braciszka, wówczas miał nieco spokoju.

Może tu właśnie tkwił szkopuł? Że nie traktowała go jak kogoś do zdobycia. Był dla niej po prostu pracownikiem kafejki i tyle. Ech, ciężki orzech do zgryzienia. Próbował różnych sposobów, ale wszystkie spływały po niej jak woda. Więc wymyślił w końcu listę powodów, dlaczego kompletnie na nią nie działał. Po pierwsze, miała kogoś, kto przebijał go we wszystkim. Albo nie lubiła blondynów. Po drugie, miała kogoś do niedawna, przez co teraz omijała każdego faceta szerokim łukiem. Po trzecie… yyy, tu kończyły mu się pomysły albo zaczynał się festiwal niedorzeczeństw. Ryan bardzo skutecznie wybijał mu z głowy wszystkie powody za miejscem drugim na tej liście. I wbijał ciągle, że przez jakiegoś frajera, Liz nie tyle nie zwraca na niego uwagi, co nie ma pojęcia o jego zainteresowaniu.

Jaja sobie robił, mógł to przysiąc na ukochaną Irlandię…

Każda dziewczyna wiedziała wszakże doskonale, kiedy interesował się nią jakiś facet. Nieprawdaż? To było fundamentalne prawo! Szczególnie przez tak długi czas. Ile już minęło? Niemal miesiąc, od kiedy pojawiła się w ich kafejce. I natychmiast zwróciła jego uwagę. Wszystkie stanowiska były akurat zajęte i musiała czekać, więc usiadła na kanapie dokładnie naprzeciwko jego miejsca pracy…

Co tu dużo mówić, miała fantastyczne nogi.

„Czas otwarty…”

O wilku mowa, a wilk tu… tak mawiali. Chyba. Nie był dokładnie pewien. Chryste, niczego nie był pewien kiedy tak patrzył jak przechodzi koło niego i siada na ulubionym stanowisku, czwórce. Cichy kącik, z widokiem na ocean. Widział ją ze swojego miejsca bokiem, z profilu. Znów była w tej swojej króciutkiej czerwonej sukience. Był gotów przysiąc, że któregoś dnia stanie się ona przyczyną jego śmierci na zawał… albo udar krwi do…

 „Ziemia do zielonookiego.” rozbawiony głos tuż przy jego uchu przerwał jego rozmyślania „Nie gap się aż tak otwarcie na nią, bo stracimy całą żeńską klientelę, pogrążoną w żałobie…”

 „Zabawne…” warknął, ale odwrócił głowę. Jego bliźniak siadł na stole, w dłoni trzymał jakieś papiery. Ciekawe, jak długo tu siedział? Znając swoje szczęście, całkiem długo.

 „Powinieneś w końcu coś zrobić.” w głosie Ryana nie było współczucia, raczej politowanie i rozbawienie. Było zabawnie obserwować brata szalejącego za jedną dziewczyną, ale przestał się z tego faktu śmiać, kiedy się zorientował, że wszelkie wysiłki jego całkiem wprawionego w bojach brata nie przynosiły najmniejszego rezultatu. Normalnie to byłoby całkiem niepojęte. Alec McDowell nie potrafiący wzbudzić zainteresowania jakiejkolwiek normalnej dziewczyny? O ile się orientował, a już zdążył przeprowadzić przeogromny wywiad na temat tej drobnej osóbki tak zajmującej myśli jego brata, była homo wiadomo. Więc zaczął kopać głębiej. Z kim rozmawia. Co robi. I dlaczego. Z kim się umawia, z kim nie. Bo gdzie mieszka i co robi przez cały boży dzień, wiedział już dawno. Grunt to właściwa informacja.

Obaj spojrzeli w stronę czwórki, kiedy dobiegł ich cichy śmiech. Ryan nie mógł patrzeć na sposępniałą minę swojego bliźniaka. To było straszne, niepojęte. Ta mała wodziła Aleca za nos nawet o tym nie wiedząc. Zdecydowanie, ktoś albo musiał ją uświadomić, albo pomóc dorosnąć. Co do tego drugiego, to lepiej, żeby to był sam Alec, inaczej Ryan przysięgał, wszystko mogło się wydarzyć. Nie pamiętał, by młodszy z ich dwójki był kiedykolwiek tak nakręcony na jedną osóbkę.

„Niby co?” zielonooki uniósł pytająco brew. Jego bratu łatwo było mówić. Nie on spotkał na swojej drodze dziewczynę odporną na wszelkie uroki i sztuczki, a która wyjątkowo zalazła mu za skórę. Właściwie to powinien już dawno zrezygnować. Zachowywał się jak jakiś napalony szczeniak, który nie miał pojęcia jak znaleźć towarzystwo na wieczór. Skoro Liz postanowiła być odporna na niego, niech tak będzie. Nie ona jedna na świecie…

Ryan wyszczerzył zęby, odłożył papiery i zeskoczył ze stolika.

 „Zaraz wracam.” mrugnął z szelmowskim uśmieszkiem, kierując się w stronę stanowiska numer cztery.

Co on knuje, zastanawiał się Alec z najprawdziwszym niepokojem, patrząc na pochylającego się nad Liz brata. Śmiała się z czegoś, co ktoś jej odpisał w komunikatorze. Właściwie to większość wieczorów na Internecie tak spędzała. Niezmiernie rzadko coś sprawdzała, szukała informacji. Po prostu rozmawiała z kimś tak namiętnie, że inni pracownicy zaczynali mówić na nią żartobliwie ‚gaduła’. Jakby Liz odzywała się do kogokolwiek poza koniecznymi informacjami…

 ~ * ~

Mandy nie mogła powstrzymać szczęśliwego uśmiechu na twarzy. Wzięła do ręki jeszcze raz wydrukowany dokument i przeczytała najbardziej frapujące ją fragmenty. To mogło się udać. Musiała oczywiście przekonać do swojego planu Nancy i Jeffa, co było zdecydowanie najtrudniejszą częścią całego przedsięwzięcia. Ale dla Liz – wszystko. Oni sami zbyt wiele poświęcili dla przyszłości córki, by tak łatwo miało to zostać zaprzepaszczone.

Telefon jak zwykle zadzwonił o dwudziestej drugiej. Jak w zegarku. Liz była w kafejce o tej porze i stukała z Marią o wydarzeniach w Roswell. Ale przez kilka ostatnich dni Mandy zauważyła, że to nie były tak długie sesje jak na początku. Aby sfinansować te rozmowy nawet podjęła pracę w pobliskiej lodziarni; kieszonkowe nie starczało na wszystko. Oczywiście Mandy mogła dopuścić ją do swojego laptopa, miała Internet z sieci komórkowej. Ale nie powiedziała Liz. Chciała, żeby trochę wyszła z domu, zawarła nowe znajomości. Odetchnęła. To w końcu miały być jej wakacje, a każdego dnia, co rano witała ją szara twarz siostrzenicy. Praca też trochę wyciągała Liz. Przynajmniej poznała kilka nowych osób i z jedną dziewczyna nawet zawarła luźną znajomość. To nie było to, co chciała dla swojej jedynej siostrzenicy, ale z całą pewnością to był jakiś krok naprzód.

Ściskając mocno w dłoni dokument, podniosła słuchawkę. Czas na następny.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *