ETIC: przed czy po (25)

25.

Alec miał ochotę wybuchnąć śmiechem.

Ale to też wcale nie zlikwidowałoby napięcia i strachu, jaki odczuwał. Bóg bowiem jeden wiedział, co siedziało w główce Elizabeth Parker. Bywała kompletnie nieprzewidywalna i chociaż czasami był niemal pewien, co myśli, to w następnej chwili stwierdzał, że chyba postradał rozum, bo to tylko jego pobożne życzenie.

Jak w tej chwili. Jak gdyby nic, weszła sobie do ich kuchni (zapewne sprawka jego z lekka szurniętego ostatnimi czasy bliźniaka), usiadła na blacie w tym samym miejscu co poprzednio, wymachując sobie swobodnie nóżkami odzianymi w rybaczki i kolejny zestaw tenisówek (aaa, ratunku, udar gwarantowany!)…

Chyba powinien zapisać się na jakiś odwyk czy co, bo kiedyś nie wytrzyma i rzuci się na nią i za 9 miechów będą małe McDowellki o brązowych włoskach i zielonych oczkach.

Jak to wspomniał już wcześniej, aaa, ratunku!

„Mogę cię o coś zapytać?” spytała niewinnie.

Westchnął ciężko. O pion czy poziom – jak by wolał – to mogła pytać. Zawsze z chęcią na to odpowie… Ale do kurwy nędzy, jeśli dalej będzie tak zapraszająco rozchylać uda, odwiozą go na ostry dyżur!

„O co chodzi, piórnik?” mruknął nonszalancko.

„Nie jestem piórnik!” zaprotestowała oburzona.

„Jesteś!” wyszczerzył ząbki „Szkolny geniusz, a zasadnicza i ostra, jak temperówka do ołówków!”

Mało brakowało, a ten hipnotyzujący ruch bioder by ustał.

„Czyli beznadzieja na całego!” westchnęła ciężko.

Kobiety! I tak źle, i tak niedobrze!

„Myślałem, że chcesz to zmienić?” uniósł pytająco brew, tym razem na poważniej.

„Jakoś nic nie idzie…”

Skrzyżował rozbawiony ramiona.

„To nie tak, że pstrykniesz paluszkami  i jest nowa Liz… Zmiany tutaj…” podszedł do niej i postukał delikatnie w jej osłonięte grzywką czółko… diabelnie, jej włosy były bardziej miękkie i jedwabiste niż w jego najdzikszych fantazjach… „…następują nadzwyczaj opornie. Chyba zgodzisz się ze mną?”

Skinęła nerwowo głową na potwierdzenie.

„Więc, o co chciałaś zapytać?” objął ją ramieniem, chowając ciemną główkę pod podbródek… ale niezależnie czy ją trzymał czy też także widział, jego ciało żyło własnym życiem, własną wolą.

„Czemu to robisz?”

Miał przeogromną ochotę walić głową w mur.

„Nawet gdybym ci teraz powiedział, prawdę lub nie, nie wpłynęłoby to na moją decyzję. I pokłady cierpliwości. Mógłbym ci wcisnąć jakiś całkiem logiczny kit, ale nie sądzę, żeby kłamstwa na samym początku naszej umowy dobrze procentowały na przyszłość. Jak się sama któregoś dnia nie domyślisz, i tak ktoś ci powie…”

„To coś złego?” spytała nieznacznie zatrwożona.

„Raczej kompletnie wariackiego i egoistycznego.” zaśmiał się na widok jej minki i zanim zdążyła mrugnąć, schylił się i pocałował ją… w czubek noska.

„Więc…” spytał po chwili „Wszystko gra?”

„Powiedzmy….” westchnęła z komiczną frustracją „Nie mogę dostać od ciebie co chcę, więc może pójdę do Ryana… on na pewno z miłą chęcią pomoże…”

Akurat… Prędzej pozwoli zrobić jajecznicę a’la resztki Ryana McDowella…

„To, co chcesz dostawać od facetów…” mruknął sugestywnie do jej ucha „To nauczę cię ja. Nie chcesz chyba wystraszyć Ryanowi dziewczyny?”

„Dziewczyny?” brązowe oczka zaokrągliły się nagle „Czy ja o czymś nie wiem?”

„Cóż, z niewiadomego mi powodu Ryan postanowił się ustatkować… a wybór padł na Nem.”

„Wybór?” powtórzyła znów jak małpka.

„Wybór.” potwierdził stanowczo „Ludzie nie muszą być w sobie szaleńczo zakochani, by ze sobą być. Ale kto to wie… Ryan ma ostatnio dziwne odchyły. Zdecydowanie czuje miętę.”

~ * ~

„Boże, już nigdy nie będę narzekać na pracę w Crashdown, choćby mnie kołem łamano. Nawet jak Agnes weźmie dziesiątą popołudniową przerwę na papierosa…” Liz wydała z siebie zduszony jęk ze zrozumiałą tęsknotą wspominając szczęśliwą pracę u rodziców, po czym padła wreszcie na łóżko, tuż obok Nem, Eleny i kilku innych ‚szczęśliwych’ pracownic lodziarni. Titbit uśmiechnęła się z wyższością, jej stłuczona kostka gwarantowała amnezję. Do czasu.

Tylko, że kiedy widziała zmęczone twarze koleżanek, jak rozmasowują obolałe po całej zmianie nóżki… miała ogromną ochotę na zmianę pracy. Poza tym i tak była zdolna do namówienia Ryana na kolejny masaż. Ohmrrr, bardzo zdolna.

„Namów blondaska na masaż…” mruknęła pod nosem. Ale zamiast dostać poduszką, jak wcześniej po wszelakich insynuacjach, tym razem dostała tylko naburmuszoną minkę i wydęcie usteczek.

„Wyjechał.”

„Nie stoi posłusznie na posterunku?” Nem spytała z niedowierzaniem. Dziewczyny zachichotały, Liz spojrzała na nich podejrzliwie.

„Pojechał załatwiać coś dla Amandy.” mruknęła z baaardzo nieszczęśliwą minką. Nem zarechotała w duchu. Mały chochlik zazdrosny, i to żeby jeszcze wiedziała, o kogo… o ja…

„Taaak, spotkałam ją dzisiaj w parku, mimo wszystkiego, co słyszałam o jej charakterku, to trzeba jej przyznać, wyjątkowo piękna kobieta.”

Teraz, Nem przysięgała w duchu, Liz zapewne liczyła w główce wszystkie swoje oszczędności, czy wystarczy na wynajęcie płatnego mordercy. Z drugiej strony samemu wykonanie brudnej roboty było zdecydowanie tańsze… no i pewnie Ryan zapłaciłby sowicie po fakcie, biorąc pod uwagę jego pochmurną minę… więc mogłaby przynajmniej zarobić na nową komórkę bez szefa skąpiącego każdy cent.

„Zapewne.” mała brunetka mruknęła nieszczęśliwie „Co tam na zakładowym froncie?”

„Genialnie!” Nem wyszczerzyła ząbki jakby pracowała całe życie w reklamie pasty do zębów „Będzie usmażony, wygram… Będzie moim niewolnikiem, ha!”

„Doprawdy?” spytała kpiąco Elena, chociaż nie wiedziała o co był zakład, to raczej nikt w Miami nie potrafił sobie wyobrazić jednego z plemników McDowell na smyczy jakiejkolwiek dziewczyny „Bo twoja mama znów była na granicy apopleksji, kiedy zobaczyła jak przynosi cię z parku do pokoju a potem odwozi do nas.”

Liz zaśmiała się pod nosem, przypominając co Alec powiedział i wiedząc dokładnie o jakim zakładzie jest mowa. Skoro Ryan planował z Nem coś dłuższego, to wątpiła, by uległ tak łatwo. No, chyba, że zrobienie z siebie niewolnika Nem zagwarantowałoby mu jej uwagę na dłużej, to wtedy z całą pewnością od razu zaproponowały siebie na to ‚stanowisko’.

„Kto by się spodziewał, że Mcdowellowie mają w sobie taki romantyczny rys…” Pam mruknęła ze szklanym wzrokiem utkwionym w suficie i pochłaniając kolejnego jogurtowo-śmietankowo-truskawkowego cukierka, na którego Nem zwykła mawiać orgazm na podniebieniu.

„Romantyczności?” Nem prychnęła, sięgając łyżeczką do wielkiego słoika z kremem czekoladowym, który właśnie z wielkim trudem otworzyła Elena „On raczej życzy sobie, żebym jak najprędzej wyzdrowiała.”

„Z twoją kostką już przecież wszystko w porządku…” wytknęła jej.

„A poza tym wszyscy w domu zdrowi?” kpiła Liz cichutko mamrocząc pod nosem. Ale Titbit i tak usłyszała. Zmrużyła oczy, planując małą zemstę. Ale jak na złość jej komórka rozdzwoniła się jak szalona. Zerknęła na wyświetlacz.

„Rycerz, co nie może wyciągnąć swego oręża?” mruknęła pod nosem, po czym odrzuciła połączenie „Będzie musiał poczekać, zła niewiasta właśnie ucztuje.”

Liz zaczęła się śmiać, aż ją brzuch rozbolał a w oczach pojawiły się łzy, widząc z lekka oszołomione spojrzenia pozostałych dziewczyn.

„Może nie ma w nich romantyczności, ale z całą pewnością inwencji to mają w nadmiarze…” mruknęła półgębkiem, za co oberwała wielokrotną dawką orgazmu na podniebieniu.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *