ETIC: przd czy po (22)

22.

„Gdyby Kicia miałaby ogonek, to by nim pomachała…”

Nem podskoczyła jak oparzona, odwracając się nagle. Nucenie pod nosem Aleca w kuchni Liz było ostatnim, czego się spodziewała. Już prędzej, że po prostu będzie namawiał Liz na prywatny pokaz, a nie podśpiewywał pod nosem podczas gdy ona podskakiwała jak radosny jelonek o poranku. I to z kostką, która podobno wymagała, hm, poziomych pozycji.

A może tym bardziej.

„Foczka, Kicia, Niewiniątko… brak wam wyobraźni, by zdrobniać nasze imiona?” odcięła się.

„Przeciwnie, nasza wyobraźnia lubi pracować na maksa i musi znaleźć jakieś ujście…” jego oczy pociemniały do pirytu „Gdzie twój tragarz?”

„Może jest tak malutka, że nie starcza nawet na silenie się na uprzejmości wobec mnie?” parsknęła. Wzruszył obojętnie ramionami.

„Nie, nie wobec ciebie.” przechylił się na krześle i spoglądał na coś przez chwilę… na jej nogi? „Naprawdę lepiej uważaj, cholernie łatwo o uraz kiedy myśli się, że jest już prawie ok.”

Zmieszana spojrzała za nim, kiedy wychodził z kuchni na spotkanie Liz. W cudownie prostej jasnej sukience i oczkami jak dwie gwiazdy wyglądała powalająco. Przez chwilę Nem poczuła delikatne ukłucie zazdrości. Paradoksalnie nie o świetny wygląd koleżanki, ale przez nagły, dziwny żal, że Ryan nie ma w sobie tego nieegoistycznego rysu dorosłości, jakim zdawał się emanować w ostatnich dniach Alec. Stłumiła westchnienie, kiedy zwyczajnie, po przyjacielsku objął Liz, a uśmieszek, zdawałoby się nieodłączny atrybut McDowellów, zamienił się w ciepły uśmiech.

Jak w ogóle mogła sądzić na początku, że zdoła skusić Aleca? Chyba upadła na głowę.

„Hej, wesoły nosek, co spuszczasz na kwintę?” gorący oddech Ryana owiał jej odsłonięty przez letnią bluzeczkę kark. Drgnęła.

„Wesoły nosek?” sapnęła oburzona.

„Chyba nie chcesz, bym nazywał cię wesołe łapki?” spytał niewinnie i w ostatniej chwili uchylił się przed skutkami jej żądzy mordu.

„Ty i twoja cholerna plemnikowa wyobraźnia!” syknęła wściekła.

„Niewiele z niej poznałaś, niewiele…” mruknął sugestywnie i tym razem przy wtórze śmiechów Liz i Aleca salwował się ucieczką… na trawnik.

W końcu schodki przy obolałej kostce były wysoce niewskazane.

~ * ~

Ryan jęknął w proteście, kiedy zwinny języczek Nem nagle wycofał się od jego, ale zaraz chrząknął w aprobacie, kiedy ciepła wilgotność zetknęła się ze skórą jego szyi. Wessała się w wyczuwalny, szaleńczy puls, imitując przez chwilę jego rytm szybkimi dotknięciami koniuszka języka i lekkimi napierającymi ruchami bioder. Warknął sfrustrowany. A podobno to ja jestem tym bardziej doświadczonym. Kto ją tego nauczył? Na pewno nie ja! Czuł się jak jagnię prowadzone na ofiarną rzeź. Tak samo jak  jedynym pragnieniem ofiary było uwolnić się z więzów i czmychnąć gdzieś daleko, tak jedyne co przepełniało go w tej chwili, to chęć dociśnięcia zgrabnego ciałka do posłania i nieprzytomnego pieprzenia aż nie zostanie na jej ustach nic prócz jęku jego imienia. Tortura sugestywnych ruchów brunetki była tak cholernie przyjemna, że aż wizja przerwania ich chociażby na kilka sekund zdzierania z niej ubrania wywoływała gwałtowną falę protestów w całym stającym w ogniu ciele. Był tak blisko… kalejdoskopowe wizje były niemal na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło lekko przytrzymać jeszcze jej biodra, psiakrew, nawet nie musiał, w tym stanie jeszcze chwila, a ulegnie słodkiej, bezmyślnej potrzebie… i przegra wszystko.

Ta niespodziewana myśl była jednak jak kubeł lodowatej wody. Ostrożnie zanurzył palce w jej włosach, lekko odciągając jej głowę i z nieznacznym drżeniem wpatrując się w pociemniałe oczy Nem. Jej ciało działało niemal bez jej woli, biodra coraz silniej domagały się odpowiedniej uwagi, a małe rączki błądziły to tu, to tam i w tej chwili miał ochotę zamordować jej rodziców za stworzenie tej części małego ciałka.

„Nie chcesz chyba przegrać?” mruknął z baaardzo aroganckim uśmieszkiem, sugestywnie wodząc wzrokiem po jej zarumienionej twarzy i rozchylonych jakże kusząco ustach. Jezu… miękkie, wilgotne, lekko obrzęknięte od wcześniejszych pocałunków… nic, tylko pochylić się i torturować ją dalej… Albo ona mnie… a najlepiej, żeby ten zwinny, ciepły języczek znalazł jeszcze lepsze użycie… o wiele, wiele lepsze. Jęknął w duchu na wizję tej słodkiej tortury. Niemal go skusiła, niemal, żeby wrócić do tego, co przed chwilą zaczęli. Na nieszczęście jednak dla niego, pilniczek mogła podskakiwać jak kózka, hm, i to nawet bardzo, szybko i radośnie, ale jej kostka nie nadawała się na czynny udział w tym przedsięwzięciu. Po swoich własnych kontuzjach wiedział jak iluzorycznie dobrze może się goić stłuczenie.

Tymczasem Nem prychnęła z oburzeniem i dźgnęła go w pierś.

„Nie mam najmniejszego zamiaru. To ty przerywasz… wymiękasz?”

„Ja?” spytał z autentycznym zdumieniem, dociskając ją szybko do posłania, żeby doskonale poczuła coś absolutnie przeciwnego. Te smukłe, rozchylone nogi… tak rozkosznie…

Chryste, już nienawidził zakładu jak niczego ostatnio.

„Nie cierpię przerywać…” chrząknięcie Aleca i spokojny głos Liz wyratowały go od ponownego zatonięcia w tym ciemnym odmęcie „Ale wychodzimy. Wy też.”

„Co?”

„Co?” spojrzeli oboje zdumieni na małą brunetkę. Potem niepewnie na siebie. Ryan nie pamiętał, żeby na dzisiejsze popołudnie planowana była jakakolwiek lekcja. Widział nieme pytanie w oczach Nem i potrząsnął przecząco głową. Odetchnęła z ulgą, najwyraźniej również nie przypominając sobie niczego istotnego w swoim kalendarzu.

Liz pstryknęła palcami.

„Rozejrzyjcie się.”

Rozejrzeli się. Yyy, co niby takiego było niezwykłego w tym pokoju? Nic. Zupełnie nic. Oprócz faktu, że ktoś całkiem miło urządził dzienny pokój w rozmaitych odcieniach zieleni, a ogromne okna serwowały fantastyczny widok na ocean.

„Jesteście w domu mojej cioci.” Liz mruknęła z lekką irytacją, kiedy po minucie kompletnego niezrozumienia u rozrabiaków nie doczekała się nawet dźwięku odpowiedzi „Przypominam, że miałam wyjechać po nią na lotnisko, odebrać ją. Ergo, wychodzę z domu, zamykam drzwi na klucz i włączam alarmy, a was ma tu nie być do tego czasu!” tupnęła nóżką. Rozkoszną nóżką, skonstatował Alec przyglądając się najnowszemu obuwniczemu nabytkowi Liz. Lekki obcasik, naprawdę niewielki, jak cała ona, jasne kolory kontrastujące z kawową skórą i te cholerne rzemyki owinięte wokół kostki… delikatnej, szczupłej, aż palce świerzbiły by sprawdzić czy skóra w tym miejscu jest tak gładka i jedwabista, na jaką wygląda…

„Alec?” Liz klasnęła przed oczyma blondyna, kiedy też nie odpowiedział na pytanie, kiedy wychodzą. Ku wielkiej uciesze Nem i Ryana, którzy wyglądali jak po ogromnej dawce Monty Pytona. „Boże, co się z wami dzisiaj dzieje?”

„Nic.” Ryan zarechotał „Tylko temperatura nieco się tu podniosła.”

„Co ma pogoda z tym wspólnego?” mała brunetka spytała podejrzliwie, wodząc wzrokiem od blondyna po brunetkę w jego objęciach, nieświadomie dając czas innemu rozrabiace nieco… narozrabiać. Nem zaczęła chichotać i nawet uciszający pocałunek Ryana nie na wiele się zdał. Przynajmniej do czasu, aż oboje dostali po główkach od śpieszącej się Liz.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *