ETIC: przd czy po (21)

21.

„Co tak smęcisz?” Ryan klepnął brata po ramieniu, przysiadając się do niego na murku. Akurat skończył swoją zmianę – na szczęście, bo naprawdę zaczynał mieć dosyć tej pracy, kafejka jednak nie była dla niego… a może to wizja popołudniowego spotkania z telefonicznie uzdolnionym pilniczkiem sprawiła, że był naprawdę niecierpliwy i ledwo usiedział tych kilka godzin. Nosiło go.

Napotkał pełne żałości spojrzenie zielonookiego.

„Nie dla mnie szczeniaczek, Alec.” Ryan rzucił sucho „Liz cię jeszcze nie zabiła, nie było żadnego pożaru od temperatury między wami ani nie wpadłeś do lodowatej wody. Co jest?”

„Może nie być żadnego pożaru.” westchnął „To wcale nie był najlepszy pomysł, żeby wysłać ją na zakupy z Nem póki jest w tym buntowniczym nastroju…”

„A to niby czemu? Przynajmniej dopilnuje, żebyś mógł częściej oglądać nóżki Liz.”

„No bo wybrały się do tego samego centrum handlowego, w którym byłem z Liz… i teraz w ogóle jej komórka nie odpowiada.”

Ryan zaśmiał się pod nosem.

„To jeszcze nie powód do zmartwień. No i jest jeszcze Nem.”

„Myślisz, że nie próbowałem? Nie odbiera.”

„Co to ma do pożaru?”

„To, że potem robiłem jeszcze inne zakupy, i jak Liz i Nem chociaż zajrzą na chwilę do tego butiku, to jestem żywcem usmażony przez Liz i zapilniczkowany przez Nem.”

„Hej, to ja podobno zostałem zapilniczkowany!”

„Mało zabawne, Romeo.”

„Julia się znalazła!”

„To co Romeo, mam loczki zapuścić?” Alec walczył z ogromną ochotą wystawienia języka jak jakiś pięciolatek.

„Cóż, niejedno ci zarośnie nim dorwiesz teńsówki.”

„Prędzej przerośnie… poza tym ktoś tu doskonale powinien wiedzieć, że gdybym nie był facetem, ty też nie byłbyś.”

„Ale jęczysz jak baba. Mój ruchliwy pilniczek podreptał na zakupy…” Ryan uśmiechnął się szelmowsko, modląc się w duchu, by rzeczonego pilniczka nie było w pobliżu. Zabiłby za takie komentarze. No i nici z wygrania zakładu, już by go rozłożyła kompletnie na łopatki. „Dobra, Julia, jak się nazywa ten cały butik?”

~ * ~

Nem spojrzała na wyświetlacz z lekko złośliwym uśmieszkiem, po czym mrugnęła do Liz, która właśnie znikała w przymierzalni z całym naręczem rozmaitych plażowych wdzianek. Sprzedawczyni, młoda blondyneczka o miłym uśmiechu nie odstępowała jej na krok niemal od samego początku. Ciekawe, czemu mamy tu takie względy… czyżby któryś z plemników McDowell namieszał?

Ale może się zaraz dowie?

„Masz coś wspólnego z ‚Arianą’? Jesteście może jakimiś udziałowcami tego butiku czy co?” wypaliła od razu bez wstępów. Po drugiej stronie usłyszała tylko pełen rozbawienia śmiech.

„Rany, nie mów mi, że tam byłyście!” nie mógł nadal powstrzymać śmiechu.

„Jesteśmy.”

Po drugiej stronie śmiech tylko się zwiększył.

„Wyjaśnij mi to łaskawie, albo możesz pomarzyć o popołudniu…” zagroziła.

„Dobrze, dobrze…” spoważniał leciutko „Z Aleca… siedzi Julia na murku i biadoli. I loczki zapuszcza.”

„Co??” jej mina musiała być adekwatna do jego rozbawienia.

„Był tam wczoraj z Liz, a potem kupił coś dla niej, kiedy był już sam…” Ryan wyjaśnił i Nem sama musiała powstrzymywać rozbawienie… na spółkę z chęcią wyciągnięcia pilniczka „Czy będziemy mieli morderstwo w afekcie?”

„Nie… nic nie mówiły o wczorajszych zakupach Aleca.”

„Uff… ulżyło mi. Przynajmniej nie dorobię się siostry… Sprzedawczynie skaczą wokół was?”

„Owszem.” odpowiedziała, marszcząc brwi.

„Najwyraźniej musiały go rozpoznać i teraz dopiero rozniesie się fama o dziewczynie Aleca… Jezu, Liz nas wykastruje, jak do niej dotrze, że traktują ją tam ze względu na jej domniemany status.”

„O czym ty mówisz?” dziwiła się.

„McDowell to nazwisko otwierające za wiele drzwi.” Ryan rzucił sucho „Kasy jak lodu, którą umiemy wydawać, teraz nagle przez Miami przechodzi wieść, że jeden z nas ma dziewczynę…”

Nem poczuła na plecach niemiły dreszcz. Nic dziwnego, że nie podobało mu się patrzenie na niego przez pryzmat opinii i stereotypu.

„Liczą, że zdobędą ważnego, nowego klienta na długo nim plotki dotrą do wszystkich. Poszalejcie tam przez chwilę, potem się zmyjcie. Lepiej, żeby jednak Liz nie wkraczała do świata dorosłych za szybko.”

„Prawda… Zobaczymy się później.” mruknęła i rozłączyła się, natychmiast interweniując, kiedy ujrzała drugą sprzedawczynię idącą w stronę przymierzalni z kilkoma wieszakami ewidentnie markowej i cholernie drogiej bielizny.

Liz wyszła w końcu po dziesięciu minutach z sukienką, kostiumem i kilkoma innymi rzeczami, planując już następne zakupy… ale uśmiech zniknął z twarzy Nem. Cała przyjemność zakupów gdzieś wyparowała.

~ * ~

„Hm…uhm… Aaa…” Nem westchnęła miękko, przeciągając się na siedzeniu. Było naprawdę tak niewygodne, czy tylko jej nieustannie spragnione dotyku niebieskoszarookiego blondyna ciało ewidentnie domagało się zrobienia z niego przyjemnego materaca gdzieś na uboczu?

Liz zachichotała pod nosem, nie zerkając przez ramię na tylne siedzenie… ani w lusterko. I tak doskonale wiedziała, jaki widok ją powita. Jakim cudem skrawek papierka mógł tak oszołomić biedną brunetkę, było dla niej kompletnie niepojęte. Ale cóż, wolała żeby tajemnice Ryana jak okręcać sobie dziewczyny wokół palca, pozostały dla niej nieznane…

Co w ogóle było z tym zapachem? Kompletnie nie rozumiała, czemu Nem miała taką fiksację na tym punkcie. Były w drogerii i przypadkowo natknęła się na prezentację… i od tamtej pory wręcz paliła się do powrotu z tym nawiedzonym spojrzeniem, podskakując i niemal siłą zaciągając ją w stronę samochodu, tarmosząc w dłoni skrawek papierka…

A podobno ktoś tu miał stłuczoną kostkę i nie mógł za wiele chodzić…

Nie mogła uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu nie miała pojęcia o plemnikach McDowell, a teraz… jej życie zostało dokumentnie wywrócone do góry nogami przez owych przedstawicieli płci brzydkiej.

Byli jak huragan Katrina.

Niszczyli wszystko na swojej drodze, ale i mobilizowali niewiarygodne siły, żeby zbudować coś na miejscu zniszczeń. I wszyscy ochoczo zabrali się do pracy, nawet Nem przyklasnęła pomysłowi.

Jeszcze bardziej nie mogła uwierzyć, że zgodziła się na ten cały szalony plan. Ha! To była jakaś konspiracja, prawda? Inaczej tego nie można było nazwać… Czemu nagle Ryan, Alec i Nem uwzięli się, żeby ją wyedukować? Szczególnie w tak delikatnej kwestii!

Nie znali się praktycznie wcześniej, więc nie wiedzieli za wiele o jej sytuacji w Roswell. Nawet jeśli miała wrażenie, że opowiedziała wcześniej po pijanemu Alecowi co nieco, to przecież nie znaczyło, że znał ją od dziecka i należał do tej plotkującej zgrai. Wręcz przeciwnie, o nim plotkowano może nawet więcej niż o niej w rodzinnym miasteczku.

Nie bardzo wiedziała, co ma myśleć o plotce na temat jej i Aleca, ale z drugiej strony… jeśli naprawdę popełniała kompletnie idiotyczne błędy… Częściowo sama była sobie winna, bo nie chciała długo dorosnąć, ale były sprawy, o których pojęcia nie miała zawsze i nigdy się o nich nie nauczyła niczego oprócz tego, że istnieją. Sama myśl, że praktycznie bezboleśnie mogłaby się dowiedzieć naprawdę mnóstwa spraw… przecież i tak ‚załatwiła sobie’ opinię przez tamto zalanie się… to było niewiarygodnie kuszące… niewiarygodnie… nawet jeśli Max pozostałby poza jej zasięgiem już na zawsze. Musiała iść do przodu, obojętnie jak bardzo nienawidziła tej myśli.

Z drugiej strony nie wiedziała nawet jak zamierzają ją edukować i nie była pewna, czy nawet chce wiedzieć…

Nagła myśl przeszyła ją jak błyskawica. A może… może nawet w odtrącaniu Maxa popełniała elementarne błędy? I przez to cały Antar mógł cierpieć, że on nie podążał za swoim przeznaczeniem i nie chciał zapomnieć o niej? Może nieświadomie dawała mu nadzieję, kiedy usta i rozum twierdziły coś odwrotnego? W końcu naukowcy dowiedli już dawno, że język niewerbalny był podstawą komunikacji międzyludzkiej…

Westchnęła miękko, parkując samochód na podjeździe domu cioci. Alec i Ryan siedzieli sobie na schodkach prowadzących do frontowych drzwi. To naprawdę zadziwiało jak dwójka bliźniąt, niepodobnych do siebie prawie wcale, mogła stanowić ten sam typ i to wyjątkowo pociągający typ. Coś kiedyś trenowali, więc nawet tylko na genetykę zwalać winy za ich wygląd nie mogła… byli jacy byli, bo sobie na to zasłużyli, wykorzystując to, co dała im natura i rodzice.

Wysiadła powoli, podczas gdy Nem prawie wyskoczyła w podskokach i nim ktokolwiek się zdołał zorientować, dopadła starszego z bliźniaków… aż się przewrócił na trawnik, pociągając ją ze sobą.

„A tym co?” Alec spytał konspiracyjnie, wyciągając zakupy z przedniego i tylnego siedzenia. Nie potrzebował jednak odpowiedzi, kiedy znalazł pewną próbkę, porzuconą na tylnym siedzeniu i ulotkę z drogerii. No tak.

„Nie pytaj mnie…” westchnęła, otwierając przed nim drzwi do domu „W którymś momencie po prostu zwariowała.”

„Nie wiesz?” zdziwił się, stawiając torby na kuchennym stole „Zapach.”

„Nie. Nie wiem.” usiadła na wysokim stołku i patrzyła na niego żałośnie „Czy ja jestem taka głupia? Że nie rozumiem czegoś, co dla innych jest elementarne?”

Teraz przyszła jego kolej na wydawanie ciężkich westchnień. Obszedł stół i przysiadł się na sąsiednim stołku. Zakupy zostały na chwilę zapomniane, nawet jeśli widział tam logo Ariany…

„Niektórych rzeczy nie możesz nauczyć się od innych, tylko poprzez własne doświadczenia.” podrapał się po głowie „To była woda, której używa Ryan.”

„I niby co z nią?”

„Lubisz kakao?” spytał nieoczekiwanie.

„Taa.”

„Czemu?”

Wzruszyła ramionami.

„Niech zgadnę: kojarzy ci się ze szczęśliwymi chwilami w dzieciństwie, kiedy zajmowała się tobą mama i nauczyła cię pić kakao?”

„Może. Nie wiem.”

„Kod. Pewne rzeczy kojarzą się nam, wywołując określone reakcje. Psychologowie nazywają to kodem, schematem zachowania, ciała, i tak dalej. Bodziec – reakcja. Nem zapach Ryana kojarzył się.. hm, seksualnie.”

Śliczny rumieniec, naprawdę śliczny…

„Więc dlatego tak na niego napadła?” spytała w końcu niedowierzająco.

„Może… podstawowa rzecz jednak w tym, że pozwoliła samej sobie się nakręcić. Ale to już wyższa filozofia, nie zamierzam ci tłumaczyć gierek damsko-męskich.”

„Uch… więc zrezygnowaliście.” nie wiedziała czemu czuje tak wielkie rozczarowanie. Czego się spodziewałaś, osiołku? Że zmienią dziecko w kobietę? Nie udało się to Maxowi, więc czemu komuś obcemu by miało?

Chrząknął.

„Niee. Mam tylko jeden warunek.”

Uniosła ciekawie brew.

„Przyjmiesz, że też jestem człowiekiem… i też popełniam błędy.”

„Co?” parsknęła śmiechem.

Milczał przez chwilę, najwyraźniej czekając na zupełnie inny rodzaj reakcji.

„W porządku. Umowa stoi. Masz prawo czasem dać plamę do spółki ze mną.”

Mam prawo? Stłumił uśmieszek, wstając ze stołka.

„W porządku, dziecko.” chwycił za torby i szybko zerknął przez ramię, w którym kierunku są schody „Chodźmy przebrać cię za kobietkę.”

Potem już tylko ścigało go pomstowanie na arogancję i bezczelność plemników McDowell.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *