ETIC: przd czy po (14)

14.

Mhrrau… jak brzmi punkt pierwszy w rozdziale pierwszym Podręcznika Obsługi Irlandczyka?

A należy dodać, iż rozdział pierwszy zatytułowano „Jak w ogóle umówić się z Irlandczykiem czyli tajemnica odwiecznego zagadnienia: pionowo czy poziomo”.

Tak więc, punkt pierwszy brzmi, zrobić z siebie kompletną idiotkę.

Ale już maluczkim drukiem punkt 1a głosi, iż należy oddać inicjatywę rzeczonemu Irlandczykowi w celu zrobienia z siebie idiotki.

Nem co prawda ów cel obecnie zupełnie nie przyświecał, jakoby już zdążyła przerobić rozdział pierwszy tej fascynującej lektury, ale z połową maluczkiego druku mogła się zgodzić. Zdecydowanie… hm…

Usiłowała się skupić na Bradzie i Harrisonie, tak świetnie wyglądających na ekranie telewizora, ale psiakrew, Ryana najwyraźniej o wiele mniej interesowały rozterki głównego bohatera, bo postanowił mieć albo swoją własną rozrywkę tego wieczora albo postanowił doprowadzić ją na skraj granicy wytrzymałości. Zdecydowanie skraj… wygięła się z przyjemnością, kiedy jego dłoń ponownie zanurkowała pod bluzką.

Akhhmmm… cenzura przez parę stron… potem następnych… i następnych… i przechodzimy do rozdziału siódmego zatytułowanego „Scena kanapowa czyli kajdanki pilnie niezbędne”.

O tak, kajdanki przydałyby się jak najbardziej… żeby przykuć uśmiechającego się jak kot nad miseczką tłustej śmietanki Ryana i poznęcać się nad nim. Wcale nie czuła się jak tłusta śmietanka, mająca zostać posiłkiem kotka. Już prędzej jak wylizana do absolutnej przesadności miseczka. Miseczka, która wyglądała dla kotka równie smakowicie co śmietanka. Albo kotek nadal był głodny, chociaż robił przez ostatnie pół godziny absolutnie wszystko, żeby nie ominąć ani kropelki, pftu, skrawka wystawionej skóry. Dziękowała w duchu opatrzności, że założyła spodnie. Wolała się nie dowiadywać do czego kotek był zdolny.

Tylko to spojrzenie spod oka zapowiadało, że drapieżnik dopiero się zbudził. I planował dłuższe, dogłębnie smakowitsze danie…

Uhh, zdecydowanie nigdy więcej podwójnej dawki Irlandczyków. Jeden na ekranie wystarczająco ją zazwyczaj nakręcał, ale co gorsza, miała obok siebie najprawdziwszego, najbardziej realnego Irlandczyka, przy którym Brad Pitt wyglądał jak nieopierzony żółtodziób. Uch, kurczak. Co jej do diaska po głowie łaziło!

Zdecydowanie, demoralizujący wpływ pewnego bardzo z siebie teraz zadowolonego Irlandczyka.

„Jak film?” wymruczał jej do ucha. Przy okazji całując wrażliwą, delikatną skórę za uchem, skubiąc zębami płatek, czy wodząc językiem po pulsującej hiperwrażliwej w tej chwili skórze.

„Nie dajesz mi obejrzeć.” udało jej się w końcu wysapać. Uśmiechnął się szelmowsko.

„Jest mnóstwo innych przyjemności z Irlandczykami w rolach głównych.” mrugnął sugestywnie „Pomagających zapomnieć o bólu…”

„Niemożliwe…” wysapała w końcu, kiedy jego zwinne paluszki przestały bawić się na chwilę jej odsłoniętym brzuchem.

Gdzie do cholery są te kajdanki?

~ * ~

Ryan przeciągnął się leniwie. Właściwie to przez nagromadzone w ciele napięcie przypominało to bardziej rozprostowanie kości po złamaniu. Był sztywny niczym zakurzony szkielet w pracowni biologicznej. Zdecydowanie potrzebował jakiejś porządnej aktywności, jego znudzone mięśnie domagały się szybkiej i dogłębnej interwencji. I zwinnych rączek ślizgających się po skórze… Hm…

Nem usnęła, wyczerpana lekami… i jego interwencją. Kompletnie nie podobało mu się, że mając pod nosem żywego Irlandczyka, ślini się do tego na ekranie. O nie! Kiedy zaczęła… hm… delektować się lodami, po prostu nie wytrzymał.

Nie wiedział, jak Alec był w stanie wytrzymać historię z tostami, skoro dla niego sam widok Nem zlizującej każdą kropelkę sosu z łyżeczki był nie do wytrzymania… to było niepojęte! Był facetem, nie nieporuszonym głazem. Ten zwinny języczek, migający co chwilę między rozchylonymi ustami…

Jęknął na samo wspomnienie.

I diablica miała jeszcze to niewinne zdumienie w oczkach, kiedy wyrwał jej pucharek, łyżeczkę i sam zaczął się delektować… nią, nie lodami.

Och, ale z całą pewnością planowała swoją małą zemstę. Mieli tydzień. Tyle powiedział lekarz, ale nie był pewien kto prędzej skapituluje. W tych brązowych oczkach widział wyraźne wyzwanie. Tydzień? Hm… z całą pewnością nie będą już oglądali Irlandczyków na ekranie, ani też jedli razem lodów sami w pokoju, bo był gotów sam się zapilniczkować. Oooch, już widział ten uśmieszek Aleca i błysk w oku mówiący ‚A nie mówiłem?’…

Osioł. Oj, tak, był osłem, który dał się zapilniczkować do małej brunetki o ciętym… i och, jakże przyjemnie malagowym… języczku. Przewidywania Aleca odnośnie Nem na pewno się sprawdzą, ale nie tak, jak rozbawiony wróżył. Owszem, zamierzał zrobić z tego coś dłuższego, ale bynajmniej nie z powodów sugerowanych przez swoją młodszą wersję. Będzie dręczył ją całymi dniami i tygodniami, aż kompletnie skapituluje… będzie błagać… a ten słodki języczek będzie oblizywać spierzchnięte i wyschnięte z braku tlenu usta…

„A wam co?”

Drgnął i podniósł głowę. Alec stał oparty o framugę i przyglądał im się z rozbawieniem. Tym piekielnym rozbawieniem, jakby był w posiadaniu jakiejś tajemnej wiedzy, której on, Ryan McDowell, nigdy nie posiądzie. Zmarszczył groźnie brwi.

„Nem stłukła kostkę.” wyjaśnił z niewinną miną.

„Byliście u lekarza?”

„Jasne.”

I przyprawiliście o zawał serca kilka pielęgniarek… Och, już to sobie wyobrażam, jakie szoku musiały doznać… dumał Alec, obejmując spojrzeniem ochronnie zawinięte wokół postaci brunetki ramiona brata. Och, biedak, jeszcze nie wiedział, co się święci. Uśmiechnął się.

„A ty co tak zęby szczerzysz?”

‚Spotkałem Liz.”

„No jasne.” starszy McDowell jęknął wymownie „Ostatnio całe twoje życie sprowadza się do tego, czy natknąłeś się na chochlika czy nie… Jezu, wyluzuj.”

„Wzorem ciebie?” z głosu młodszego ciekło kpiną. Ryan bywał egoistyczny, ale szczerze wątpił by spał z kimś, kogo myśli zajmowała zamiast niego obolała kostka… miał jeszcze po Agnes te cholerne odruchy, że nienawidził, kiedy uwaga dziewczyny była na innym facecie przy nim. W życiu by się do tego oczywiście nie przyznał. Jak na plemnika McDowellów przystało… „Była na zakupach… więc jej chwilę potowarzyszyłem.”

Nie wspomniał, że Liz usiłowała kupić coś wybitnie nastoletniego… wybitnie seksownego… wybitnie przyśpieszającego bicie męskich serc. Co prawda szczerze wątpił w to, by od razu wcisnęła się w te ciuszki i buciki, ale pomarzyć mógł zawsze. Co prawda przez ostatni miesiąc ograniczało się to do tych na odległość, tym razem jednak miał aż nadto materiału do podziwiania. I nie uszedł jego uwadze ten lekki błysk aprobaty co do niektórych akcesoriów w jednym z wieloasortymentowych butików, do których ją zaciągnął niemal siłą.

Tylko sprzedawczyni wyszczerzyła do niego zęby w porozumiewawczym uśmieszku, kiedy później wrócił po ten koronkowy, czarno-czerwony drobiazg. Miał cichą nadzieję, że się to nie rozniesie, bo inaczej chyba Liz pożyczy niepotrzebny już Nem pilniczek…

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *