EPIT: przed czy po (5)

5.

Przeciągnęła się leniwie, otwierając oczy i patrząc na wirujące lekko od wiatru firanki. Światło słoneczne przez chwilę kłuło w oczy, ale szybko się przyzwyczaiła. Zresztą, jak prawie do wszystkiego na Florydzie. Wszystko było tutaj tak różne niż w domu. Trochę nowe, trochę przerażające i troszeczkę fajne. Nie mogła się zdecydować.

Były dziesiątki różnic jej żyć tu i w Roswell. Fajną rzeczą dla przykładu była woda, olbrzymie miasto, przeogromna biblioteka czy chociażby sama ciocia Mandy. I wolność od bezustannego zapachu jedzenia przenikającego z Crashdown do apartamentu. No i mniej plotek. Nikt nie patrzył na każdy jej kroki, nie wytykał błędów i potknięć. Co to była za ulga…

I nie musiała codziennie oglądać Maxa. Tess. Maxa z Tess. Tak, to była główna zaleta…

Ale tak, jak nie widywała kosmitów, tak samo nie wiedziała pozostałych. Psiakrew, tęskniła nawet za Kyle’m! nie mogła pożartować z Alexem, ani też umówić się na lody z Marią. Pod tym względem pobyt na Florydzie był po prostu do kitu.

Przewróciła się na drugi bok, sięgając po komórkę. Co normalny człowiek robił o ósmej rano w sobotę? Oprócz wiadomej czynności?

Westchnęła… może wstanie i wybierze się do kafejki. Mandy i tak była w delegacji, miała wrócić dopiero w poniedziałek. Chociaż miała cały dom dla siebie, włącznie z telefonem, to jednak zdążyła wyczerpać swój limit rozmów międzystanowych. Rachunek leżał wczoraj w skrzynce, aż drżała na myśl, co powie ciocia…

Ale póki co, do poniedziałku jeszcze dwa dni.

Mogła naprawdę wstać i nikt nie krzywiłby się, że znów będzie na necie zamiast ‚wyjść do ludzi’. Odrzuciła koce, siadając na łóżku i ziewając na całego.

Boso zeszła na parter, włączyła ekspres do kawy i otworzyła lodówkę. Wciąż pełna była jedzenia. Wzdychając wzięła półmisek z sałatką, trochę mandarynek w syropie i puszkę śmietanki. Skoro Mandy chciała ją utuczyć, to może chociaż będzie miała z tego jakąś przyjemność… wrzuciła co trzeba do pojemnika malaksera i włączyła urządzenie.

Pół godziny później siedziała na swoim łóżku, jedną ręką wcinając krem, drugą rozczesując mokre włosy. Coś musiała zrobić z tą strzechą, ale w Miami dobry fryzjer kosztował małą fortunę. A wolała jednak jakiegoś porządnego, ta beznadzieja na jej głowie była wszakże dziełem jednego z ‚mistrzów’ Roswell. Lepiej nie ryzykować ponownie, jeszcze wyłysieje…

Jej komórka znowu rozbrzmiewała melodyjką. Uśmiechnęła się. Maria.

„Lizie, nie uwierzysz, co się stało!” blondynka po drugiej stronie pisnęła bez wstępów „Och, koniecznie musisz to usłyszeć. Szkoda, że cię przy tym nie było… gdzie jesteś?”

Kąciki ust Liz powędrowały natychmiast do góry. Radosna paplanina Marii była zawsze zaraźliwa. Wystarczyło rzucić odpowiedni temat, a potrafiła zagadać na śmierć każdego.

„Łóżko.”

„Szczęściara. Ja dzisiaj pracuję. Ruszaj swój leniwy tyłeczek i siadaj do komputera. Koniecznie musisz to usłyszeć.”

~ * ~

Liz przestępowała niecierpliwie z nogi na nogę, spoglądając na zegarek co chwila. Było już prawie kwadrans po dziewiątej. Jej komórka raz po raz wibrowała w kieszeni. Nawet już nie liczyła, ile Maria wysłała jej strzałek. Dużo. Oberwie się jej.

Niestety, chociaż kafejka powinna być otwarta od kilkunastu minut, to jednak drzwi były starannie zamknięte. Ech. Jak pech to pech.

Wyłączyła komórkę. Zawsze mogła przecież powiedzieć, że bateria się rozładowała. Tymczasem pozostawało jej uzbroić się w cierpliwość, aż któryś z pracowników przypomni sobie o pracy…

Niecałe pięć minut później potargana blond głowa Aleca McDowella pojawiła się przy drzwiach.

„Hej.” posłał jej uśmiech, wpuszczając do środka. Przynajmniej wszystkie stanowiska były wolne i mogła usiąść gdzie chciała. Patrzyła, jak włącza zasilanie i sprzęt. Zdecydowanie wyglądał, jakby ktoś tutaj nieźle zaspał.

„Chyba lubisz leniuchować rano w łóżku, a ja… hm, wstałam o świcie, by skorzystać z waszych usług.”

Alec potknął się, mrucząc coś mało cenzuralnego pod nosem. W końcu usiadł na fotelu, by zalogować się do serwera.

„To dyżur Ryana, ale diabeł jeden wie, gdzie wczoraj zabalował i przeholował…” ziewnął na całego „Ja od wczoraj mam urlop.”

„Widać.” zaśmiała się Włączył czwarte stanowisko, z przyjemnością wsłuchując się w jej śmiech. Nieczęsto się to zdarzało. I pierwszy raz widział ją w tak dobrym humorze.

Już wcześniej była ładniutka, ale psiakrew, teraz zdecydowanie z tą radością na twarzy… sam chciał szczerzyć zęby jak wariat tylko dlatego, że ona się śmiała. Zalazła mu mocno pod skórę, ale też było coś takiego w jej uśmiechu, że dosięgał każdego wokół.

„Poranna ptaszyna z ciebie. I bardzo dziś radosna. Jakaś szczególna okazja?”

Wzruszyła ramionami, logując się do komunikatora. Nie zauważyła Aleca otwarcie zerkającego na klawiaturę i jej poruszające się paluszki.

Bingo, mam cię.

„Mogę cię tu na chwilę zostawić samą?”

Zerknęła na niego zaskoczona.

„Nie narozrabiasz?”

„Lepiej zamknij drzwi…” potrząsnęła głową przecząco.

On i Liz sam na sam, w bardzo zamkniętym pomieszczeniu… aż jęknął cicho. Czemu prawie każdy ranek faceta był istną wariacją na temat?

„No dobrze… w razie czego będę cię ścigał potem.” westchnął, pocierając ściernisko na własnym policzku „Zaraz wracam… rozgość się.”

Alec chyba nigdy w życiu nie wykonał porannej toalety tak szybko. Był z powrotem na dole w mniej niż pięć minut, ale ten czas i tak dłużył mu się niemiłosiernie. I ku swojej niepomiernej złości i rozczarowaniu, zobaczył za kontuarem własnego brata coś wpisującego w grafik.

Zmrużył groźnie oczy, ale odpowiedziała mu niewinna minka.

„Policzymy się.” wyszemrał w jego kierunku, doskonale wiedząc z doświadczenia, że Ryan nie musi słyszeć słów, by zrozumieć ruch jego warg. Ileż to razy krył swojego rozrywkowego braciszka? Nie pamiętał.

Dobra, ile razy Ryan krył go, a potem ciosał kołki na głowie, też nie potrafił zliczyć. Poszedł na zaplecze, włączając dodatkowy komputer z osobnym łączem.  Uruchomił przeglądarkę, wpisał adres. Zalogował się do systemu i otworzył archiwum. Spojrzał na zapisane na serwerze numery i daty. Wszystko się zgadzało. Liz bezustannie rozmawiała z tylko jedną osobą.

Sprawdził numer. Był zapisany na niejaką Marię DeLucę.

Teraz musiał tylko dobrać się do archiwum rozmów. Na serwerze z całą pewnością tego nie było, ale na dysku komputera tak. Przynajmniej archiwum z kilku dni. Wcześniej zbyt często zmieniała stanowiska, a na czwórce wszystkie jej profile były zabezpieczone hasłem. Więc z pewnością coś tam zostawiała. Problem był, jak się do tego dobrać, bez Liz to zauważającej?

~ * ~

Pół godziny później wyszedł z zaplecza, by pogadać z Ryanem. Robił sobie akurat kawę, zapewne nie pierwszą dzisiejszego dnia. Zmęczona twarz i spojrzenie bez wyrazu powiedziały mu wszystko.

„Wyglądasz beznadziejnie.”

„No dzięki.” jego bliźniak parsknął „Sorki za wcześniejsze spóźnienie, jak wszystko wczoraj kopnęło w kalendarz, tak się ciągnęło do samego rana.”

„Hm?” spojrzał podejrzliwie na brata, zajmując jego stanowisko. Może lepiej jak sam wszystko zrobi, nie chciał zresztą, by jego nie święty braciszek poznawał za bardzo prywatne sprawy jego przyszłej dziewczyny. Poza tym Liz akurat wstawała, kierując się do łazienki, miał wymarzoną okazję.

Ale archiwum zawierało niestety tylko dzisiejszą rozmowę i coś sprzed trzech dni. Westchnął w duchu, ale skopiował wszystko i usunął ślady. Zaraz też do jego uszu dotarł odgłos kroków Liz. Spojrzał na nią pospiesznie. Pochylona głowa, włosy zasłaniające twarz… klapnęła ciężko na krzesło, unosząc coś w dłoni do swojego zgrabnego noska…

Płakała?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *