Deja vu (5)

Rozdział piąty:  Syzyfowy trud

Drepczę cichutko za dziwnym blondynem. Wychodzimy na długi korytarz, zalany słonecznym światłem. Jest mnóstwo wysokich okien, z których widzę coś w rodzaju parku i zwyczajnych ludzi w oddali. Widzę nawet jak jakieś dzieci biegają po trawie, w pogoni za małymi dmuchanymi zielonymi ludzikami. Chyba nie jestem tak daleko od Roswell, jak myślałam. Co dziwniejsze, ta myśl nie jest wcale pocieszająca. Raczej mnie irytuje. Tak blisko, a jednocześnie tak daleko do wolności…

Jakoś nie przepadam, za czymś, co jest na wyciągnięcie mojej ręki, co serwuje się tuż przed moim nosem, a nie mogę tego mieć. Nawet z Maxem tak było.

Wzdycham nieznacznie. Moja sukienka wlecze się za mną, ja wlokę się za blondynem. Rzucam mu ostrożne spojrzenie. Hm, całkiem niezły. Potrząsam głową. Porywacze, chociaż najbardziej przystojni, nie powinni wzbudzać takich uczuć. To nie fair!

Otwiera jakieś dwuskrzydłowe drzwi i wprowadza do pomieszczenia, którego nie można nazwać inaczej niż ‚salą’. Muszę pamiętać, żeby nie rozdziawiać ust, bo to… to jest niewiarygodne! Absolutnie!

Moje dziwne sny mogą się schować. I to do ciemnej dziury.

Stoimy na brzegu czegoś z kamienia. Coś jak loża? Nie wiem, jak to nazwać. Kamień jest szary i zimny i surowy w swej formie, natomiast z góry – nie z sufitu, zwisają dosłownie z powietrza lekkie, barwne materie, niewiarygodny kontrast do pozornej surowości. I wszystko zalewa tak niewiarygodnie jasne i ciepłe światło, że muszę mrużyć oczy. Otacza nas ze wszystkich stron, drzwi za mną zamykają się, a mnie ogarnia dziwne ciepło, tak znajome… przypomina to chyba głęboko schowane w podświadomości każdego człowieka wspomnienie z dzieciństwa, pierwszych chwil w ramionach matki, tego poczucia bezpieczeństwa i miłości… i to światło przypomina mi mamę.

„Co zrobiliście z moimi rodzicami?” pytam się nagle przestraszona. To światło dalej kojarzy mi się z mamą, ale tym bardziej martwię się, co oni im zrobili. Tym bardziej jeśli są obcymi i całe to zamieszanie okaże się wielką pomyłką.

Max nieraz wystawiał moją cierpliwość na skraj wytrzymałości ale nigdy tak naprawdę nie żałowałam, że go poznałam, nawet kiedy łamał mi serce. Nigdy. Ale w tej chwili, kiedy uświadamiam sobie swoją niepewną pozycję tutaj, dziwaczne sny i to wszystko, co się dzieje wokół mnie, a na co nie mam zupełnie wpływu, a co dla nas wszystkich może skończyć się tragicznie… o ile już się nie skończyło, myślę coraz bardziej przerażona, przypominając sobie noc porwania.

„Żyją wedle mojej wiedzy.” ton blondyna nie pozostawia wątpliwości co do tego faktu, ale jest w nim też jakaś ostrość, jakby sugestia, że moi rodzice obchodzą go naprawdę niewiele. Kulę się wewnętrznie.

Wskazują mi siedzenie. Z wahaniem przyglądam się szaremu kamieniowi, jakby co najmniej pod spodem było stado jadowitych żmii… Ale siedzenie nie jest nawet twarde, siedzi się całkiem wygodnie i przyjemnie.

Yyy, ja wcale nie mam ochoty czuć się w tej chwili przyjemnie.

Blondyn siada naprzeciwko, ale pozostali w pomieszczeniu nadal stoją. Hm, dziwne. Ale mimo wszystko wolę się nie ruszać, kto to wie, co mnie jeszcze czeka. A o przylutowanie mnie do tego dziwacznego kamienia to nie podejrzewam go o tak prostackie sztuczki. Mimo młodego wieku wydaje się górować zdecydowanie nad pozostałą w pomieszczeniu czwórką.

„Jak konkretne są twoje… sny?” zaczyna w końcu rozmowę, której oczekiwałam, ale i której się piekielnie boję. Oby moje nie bycie kim tam chcą, nie spowodowało tragedii…

„Niewiele.” wzruszam ramionami „Naprawdę niewiele. Coś o jakichś źródłach, przede wszystkim mam wrażenie, jakby narratorem była ta dziewczyna. Głównie jej strach przed panem…”

Blondyn unosi niedowierzająco brew, ale się nie odzywa na szczęście.

„…któremu ma służyć. Nie wiem, kto to…” przełykam nerwowo „Sny dotarły tylko do momentu ich pierwszego spotkania, to znaczy wiem, że się spotkali… żadnych imion ani nic takiego.” drapię się po głowie. Notabene, kto u licha zaplątał moje włosy w te setki warkoczyków? Zabiję go! Będę afro! „Był jeden sen z że tak nazwę, późniejszą datą, ale to były myśli o jakiejś Księżniczce i jej przywilejach… Wszystkie pozostałe dotyczą okresu przed, osób przed.”

„Przybyciem Laiah do mojego domu?” blondyn pyta się spokojnie. Drgam nerwowo. To był on? Nie wydaje mi się dostatecznie stary, ale prawdopodobnie jest zmiennokształtnym. Wzdrygam się z niechęcią. Wizja blondyna zamieniającego się w te szare, czarnookie i z wielką głową chude ciało natychmiast gasi jakiekolwiek wrażenie, które zrobił na mnie wcześniej. „Nie wydajesz się zachwycona wiadomością, że to ja.” stwierdza spokojnie. I chyba jest spokojny, w przeciwieństwie do tych wszystkich wokół. W pomieszczeniu napięcie jest prawie namacalne.

„Moi rodzice są krzywdzeni, ja porwana, okazuje się, że przez faceta, który zsyła na mnie dziwne sny i mam być tym zachwycona? Albo jeszcze żebym zrozumiała, jak to robicie.”

Cień rozbawienia ukazuje się na jego twarzy.

„Zawsze byłaś analitycznym typem i chciałaś wiedzieć, jak wszystko działa.” cień zamienia się w prawdziwy uśmiech i mam dziwne wrażenie, że jest podszyty ogromną dawką ulgi „Gwoli wyjaśnień, nie zsyłam ci tych snów, chociaż jak się mogłaś zorientować są to wspomnienia Laiah. Została przysłana do mojego domu jako kandydatka na rezydentkę…”

Wzdrygam się. Mam już niezłe pojęcie, co oznaczało to pojęcie. Nałożnica na życzenie, bardziej współcześnie po prostu luksusowa prostytutka na wyłączność. Chociaż nie, prostytutka nie jest niczyją własnością, nawet one mają więcej wolności i swobody niż widziałam oczyma tej całej Laiah. Biedaczka. Wspomnienie jej strachu, kiedy była wysyłana do swojego pana po raz pierwszy naprawdę studzi wszelkie miłe odczucia we mnie. Ale i tak jej przemyślenia o ‚terytorialności’ kobiet biją na głowę wszystko… mogła być niewinna i naiwna, ale to co myślała doskonale musiało obrazować jak ciężkie musiało być życie rezydentek. Zwłaszcza po powrocie do łask tej całej Księżniczki. Może i lepiej, że nie śniło mi się nic dalej, wtedy nie siedziałabym tutaj tak spokojnie…

„…ale szybko stała się kimś więcej. Nie tylko dla mnie, ale też i dla innych. Stała się symbolem. Na naszej planecie żyje kilka ras… ale tylko dwie są rdzenne, pozostali to przybysze. Jedni byli wyjątkowo agresywni i wiele wieków temu zostaliśmy zepchnięci do roli ich podnóżków i niewolników.” w jego słowach czai się gniew i przypominam sobie coś słabo na ten temat z pierwszego snu, coś o najeźdźcach?  „Oczywiście nie podobało się nam to, ale powoli rośliśmy w siłę… wojna wisiała już na włosku. Księżniczka, o której śniłaś, była członkinią ich domu panującego. Którejś nocy, kiedy nie było mnie, a w dodatku zabrałem ze sobą większość straży – nic nowego, wdarła się na teren pałacu. Nie wiadomo dokładnie co się stało, ale Laiah została znaleziona martwa.”

Wyczuwam, że chciałby coś jeszcze powiedzieć, że mnóstwo emocji kipi pod jego spokojną relacją i równie spokojnym tonem… Ale coś takiego musiało wywoływać burzę. Czekam więc dalej, i tak powie mi tylko to, co chce.

„Wybuchła wojna… którą wygraliśmy. W trakcie walk jednak odżyła nadzieja na odzyskanie Laiah, jej istota została… skopiowana i wysłana tutaj, do Roswell.”

Unoszę brew. Jego ostatnie słowa dosłownie wydają mi się kopią tych użytych przez matkę Maxa i Isabel.

„Pomiędzy czasem ziemskim a naszym istnieje rozbieżność… chociaż tutaj od 1950 roku minęło pół wieku, u nas było to ledwie pięć lat. Dlatego między innymi została wybrana ta planeta, żeby odtworzenie Laiah nie trwałoby całego naszego pokolenia, poza tym jesteśmy zewnętrznie niezwykle podobni do ludzi.”

Niezwykle? Marszczę brwi. Coś mi się tu nie zgadza.

„Chcesz powiedzieć, że to jak teraz wyglądasz to wyglądasz na co dzień tam?” pytam się niedowierzająco, wizja paskudy-Nasedo nadal świeża w mojej głowie „I tylko środkiem jakoś się różnisz od ludzi?”

„Mniej więcej. Żyjemy też dłużej, mamy wiele umiejętności i zdolności niemal kompletnie niedostępnych dla ludzi. Zasadniczo ujmując sprawę genetycznie, człowiek jest ledwie gatunkiem szympansa. Gdyby szympansowi dano genetycznie możliwość wymawiania zarówno spółgłosek jak i samogłosek, potrafiłby mówić jak człowiek i cała teoria o ludzkiej inteligencji runęłaby w gruzy.” uśmiecha się drwiąco, widać nie ma najmniejszego szacunku czy uznania dla mojej rasy. Drżę. Do mnie więc też. Jak ja się z tego wyplączę?

„Ale wracając do historii…” blondyn kontynuuje „Wysłaliśmy Laiah na Ziemię, wszystko poszło dobrze… ale pięć lat później już nie jest, bo Laiah nie tylko nie pamięta kim jest, zniknęła prawie cała jej straż, wyłączając dwójkę wiernych po grób strażników, ale i jej istota to ledwie echo i jakiekolwiek próby przywrócenia rzeczom właściwego stanu niemal kończą się jej bolesną śmiercią.”

„Więc uważasz, że Laiah to ja.” mówię spokojnie, chociaż w środku chce mi się to wyć to śmiać. I o to było całe to cholerne zamieszanie? Ja nie jestem Laiah… i do diaska, jednak porwano mnie przez pomyłkę.

Ja to mam szczęście do kosmitów w moim życiu, myślę wisielczo. Cały czas jakieś królewskie otoczenie, chyba powinnam zostać pierwszym ambasadorem ziemskim…

„Nie uważam, wiem.” poprawia mnie, a ja się krzywię. Jeszcze lepiej, kolejny obcy fanatyk… „Byliśmy połączeni więzią, wyczuwam jej echo w tobie. To jest niemożliwe do pomylenia. Poza tym…” uśmiecha się pod nosem „Wyglądasz do złudzenia jak człowiek, ale środek masz zupełnie inny.”

„To niemożliwe. Nie jestem nią.” potrząsam uparcie głową.

„Uparta jak zwykle…” wzdycha ciężko „Przekonanie cię do czegoś, co było niezgodne z twoim osądem, było naprawdę syzyfową pracą.”

„A co z moimi rodzicami?” pytam się gorzko.

„Strażnikami.” poprawia mnie niemal odruchowo, a ja w duchu właśnie szykuję mu stos, rąbanie siekierą i wrzący olej, on nie ma prawa odbierać mi rodziców! Mówi o ludziach, którzy mnie wychowali! „Żyją, ale znaleźliśmy tylko jednego.”

„Chcę go zobaczyć.”

„Nie jestem pewny, czy to taki dobry pomysł.” blondyn potrząsa głową w natychmiastowym proteście.

„Świetnie.” mówię zimno „Ja też nie wiem, czy to taki dobry pomysł… próba zrobienia ze mnie kogoś, kim nie jestem.”

Gdybym wiedziała, gdzie za tymi materiami są drzwi, wstałabym i chyba ze złości wyszła. Mimo wszystko wstaję i usiłuję się wydostać z loży, co jest nielicho trudnym zadaniem biorąc pod uwagę te cholernie powłóczystą szatkę.

„Skąd tyle gniewu w tobie?” zatrzymuje mnie jego dłoń. Patrzę się na mój nadgarstek, który zupełnie zniknął w jego dłoni. Silnej, gorącej, mam wrażenie, jakby czymś promieniowała. Osuwam się w dół i ostatnie, co widzę, to jego stalowoszare oczy wpatrzone w moje.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *