Deja vu (9)

Rozdział dziewiąty:  Nareszcie wolna!

Kiedy tak wokół człowieka dzieje się czasem zbyt wiele, więcej niż jest sobie w stanie przyswoić, w którymś momencie jego percepcja rzeczywistości po prostu się wyłącza. Myślenie staje się po prostu niemożliwie schematyczne, nie jesteś w stanie wymyślić nic nowego. Już biernie przyjmujesz rozwój wypadków.

To chyba dzieje się właśnie ze mną. Jakbym stała za szybą i obserwowała wszystko z dystansu. Nawet dźwięki są przytłumione.

Kyle wychodzi, zostawiając mnie samą. Mam wreszcie to, co chciałam – spokój, samotność i sposobność do ucieczki. Ale jak zwykle… uważaj, o czym marzysz, bo możesz to dostać.

Może po pół godziny słyszę kroki na korytarzu. W otwartych drzwiach stoi Khavar. Jego stalowe oczy po raz pierwszy wyrażają coś na kształt ludzkich emocji: zaskoczenie.

„Co tu robisz?”

„Siedzę?” drapię się po głowie nerwowo. Póki widziałam w nim wyłącznie wroga, wszystko wydawało się dużo prostsze i łatwiejsze. ‚Miły’ Khavar to ktoś, kogo ruchów i intencji nigdy nie potrafiłam odczytać.

„Co tu robisz sama?”

Aaa, no to jesteśmy w domu. I wszystko jasne.

„To, że jestem waszym więźniem, nie znaczy, że znam rozkład wart.” mówię cierpko, ostrzej niż zamierzałam.

Khavar wzdycha ciężko.

„Nie jesteś.”

„Jak powtórzysz to z 10 000 razy, to może sam w to uwierzysz…”

„Jesteś strasznie uparta. Wręcz zawzięta. Laiah taka nie była…”

„Przykro mi, ale sam już słyszałeś. Nie jestem nią w psychicznym sensie. I nie zamierzam.”

„Nie mam nic przeciwko…” Khavar wzrusza ramionami „Przeciwko innym zmianom także. Ale nie chcę, żeby to obracało się na moją niekorzyść. I bez tego nie byliśmy parą ze snów…”

„Łagodnie powiedziane…” wyrywa mi się, zanim zdążam zamknąć usta. Czemu przy nim zawsze muszę coś palnąć? Myślę zrezygnowana, kiedy twarz Khavar ciemnieje.

„Taaa. Co chcesz dziś robić?”

Patrzę na niego jak na wariata.

„Co ja chcę dziś robić?”

Khavarowi z jakiegoś powodu wraca humor.

„Przecież nie jesteś więźniem. Ja wybierałem się na spacer po mieście. Przejdziesz się ze mną?”

„Mogę wychodzić?” niemal się jąkam „Wrócić do domu?”

„Jasne.” chrząka „Jest tylko jeden szkopuł.”

„Jaki?”

„Trafisz sama do wyjścia?” szczerzy zęby, a ja walczę z ogromną ochotą użycia kolanka. Co za strasznie irytujący facet! Nic dziwnego, że ogłoszono Laiah świętą, skoro wytrzymała trzy lata w towarzystwie tego typa!

~ * ~

To naprawdę dziwne, móc wychodzić na zewnątrz. Poważnie. Kiedy tylko wyszliśmy z budynku – jak na ironię, był to dom ledwie kilka posesji od domu Evansów – miałam wrażenie, jakby cała ta Laiah zniknęła, a znów pojawiła się Liz Parker. Co za wspaniałe uczucie! Cudowne! Wspaniałe! Mam wielką ochotę podskakiwać jak pięciolatka, ale obawiam się, że wtedy zamkną mnie w psychiatrycznym i będę miała więcej problemów z wydostaniem się. Jak za dotknięciem magicznej różdżki znikają cienie z moich snów, świadomość, że nie do końca z tego świata jestem – to się nie liczy. Znów jestem małomiasteczkową dziewczyną, którą znają wszyscy i która nosi głupie antenki w pracy. Aaaaach, nigdy nie pomyślałam, że zatęsknię za nimi. Dziwnych rzeczy człowiek się czasem o sobie dowiaduje…

Idziemy chodnikiem – to znaczy my, ja i Khavar – dobre dziesięć minut, zanim zauważam coś dziwnego. Ludzie, którzy nas mijają, rzucają nam naprawdę dziwne spojrzenia. Zerkam niepewnie na Khavara w poszukiwaniu jakichś wyraźnych oznak nieziemskiego statusu, ale nie, on wygląda wprost przerażająco doskonale ludzko… jak nastolatek, a nie ktoś, kto musi mieć co najmniej kilkadziesiąt lat na karku…

Zatrzymuję się nagle i Khavar, który szedł za mną, praktycznie wpada na mnie. Chyba był naprawdę zamyślony, skoro nie zauważył, że się zatrzymuję. Odwracam się twarzą do niego, ale nieco się odsuwam. Nie mam ochoty, żeby mnie dotykał.

„Ile masz lat?” patrzę się na niego ciekawie.

„Ccco?” jąka się najwyraźniej naprawdę zaskoczony. Co z tym facetem jest? W życiu go nie rozgryzę. Jak mam zrozumieć, kim jest, pojąć, jak myśli, skoro co chwila mnie czymś zaskakuje i nie potrafię wlepić mu żadnej nalepki?

„Ile masz lat? Ludzie mają wiek. My chyba też?” przestępuję niecierpliwie z nogi na nogę.

Khavar uśmiecha się z w końcu beztrosko. W tych ciemnych okularkach, podkoszulce i dżinsach wygląda… jak beztroski dzieciak, którego jedynym problemem w świecie jest odprowadzenie dziewczyny do domu, w przeciwnym wypadku oberwie z dubeltówki od troskliwego tatusia. A propos taty – mam nadzieję, że jakoś z Tanem powstrzymamy tego szaleńczego blondyna… jak nie tutaj, to tam, w domu.

„Dwieście siedemdziesiąt trzy lata… naszego czasu. Wg ziemskiego, to urodziłem się gdzieś w okolicach dwa i pół tysiąca latek temu.”

Przysięgam, mój idealny zgryz, którym tak się zachwycali ortodonci, przestał właśnie być taki doskonały po bliskim spotkaniu z chodnikiem.

Khavar delikatnym łukiem zamyka moją rozdziawiona buzię. Z zaskoczeniem stwierdzam, że tym razem nic nie boli… ani nie zdążyłam się wzdrygnąć z obrzydzenia. Psiakrew, psiakrew!

„Najwyżej urodzeni żyją od dwustu do trzystu lat, zwykli obywatele koło stu, stu pięćdziesięciu.”

„A na tronie jesteś?”

„Dwieście trzydzieści dwa.”

Gdyby nie dłoń Khavara, przysięgam,  moja buzia znów przypominałaby otwartą jamę. Chryste, dla ilu obcych musiał być jedynym władcą jakiego znali! Nic dziwnego, że wielu myślało, że jest dobrym panem, włącznie z moją własną mamą!

„Wow.” mamroczę, nie wiedząc co powiedzieć. To znaczy, mam określony pogląd na to, ale lepiej nie mówić tego głośno. Ostatnio co otwieram buzię, to tworzę sobie sama kolejne góry do pokonania. Czasem wręcz nawet nie wiem, że je tworzę i dopiero jest huk, kiedy się o nie rozbijam…

„Nie spytasz, ile ty miałaś?”

Żałuję, że ma na nosie te przeklęte okulary, przynajmniej widziałabym, co myśli.

„Nie, nie zamierzam.”

No właśnie. Jego percepcja mojego wieku z pewnością jest fałszywa, skoro nie wiedział o moim pochodzeniu z wysokich rodów. Żyjemy dłużej, ale i nasze dorastanie jest znacznie dłuższe. Taki ‚hrabia’ dwudziestolatek przypomina czasem naszego siedmio, czasem dziesięciolatka, podczas gdy w zwyczajnych rodzinach rozwój przebiega tak raczej jak u ludzi. Chyba…

„Czemu?”

Wzruszam ramionami.

„Przeciecz umarłam.” stwierdzam, bo to przychodzi mi jako pierwsza wymówka na myśl „Ile będziesz jeszcze żyć?”

„Co najmniej drugie tyle… Jak będę szastał energią na prawo i lewo.”

Drapię się po głowie.

„Więc długość życia zależy od pochodzenia i wydatkowania energii?”

„Rodzimy się z określonym zasobem energii. Większość zużywamy żeby dorosnąć, napędza ona nasze życia i dlatego nie jesteśmy tak zależni od pokarmu. Inaczej najeźdźcy dawno by nas wytępili głodem. Ilość energii, z jaką się rodzisz, to jest właśnie pochodzenie. Pewne rodziny mają dzieci o kilkanaście razy, czasem nawet więcej energii niż inne. Nazywają je wysokimi rodami.”

Nic dziwnego, że panowało przekonanie, że tylko wysokie rody mogły wejść do rodziny królewskiej. Ciało zwykłej dorosłej kobiety po prostu nie miało tyle energii, by wyżywić dziecko władcy. Niezła ironia losu…. Ja pochodziłam z bardzo wysokiego rodu, przez większość mojego życia nie nauczyłam się korzystać z energii, z mocy, więc nawet jak na swoje pochodzenie miałam jej znacznie więcej niż dziewczyna wysokiego rodu. Jakim cudem nikt nigdy tego nie zauważył, to mnie zastanawia… albo przynajmniej ja nic nie wiem.

„Surinah była wysokiego rodu.” mówię niespodziewanie nawet dla samej siebie.

Khavar kiwa głową.

„Pewne rzeczy można zmienić dzięki technologii… albo temu, kim jestem. Daaawno temu nasz ród ogłoszono boskim, ponieważ mieliśmy tysiące razy więcej energii więcej niż ktokolwiek inny… i przede wszystkim, potrafiliśmy nakarmić tą energią innych – czasem ją skierować. Więc mogę uzdrawiać. Tyle historii starożytnej.”

„Ja byłam zasilana energią z jakiejś baterii?” pytam się niepewnie, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę.

„Zostałaś skopiowana, ale przecież nie mieliśmy twojej mamy. Aby dziecko się rozwijało, musi być żywione albo energią rodziców, albo swoją własną. Ewentualnie moją. Kilka miesięcy przeleżałaś w inkubatorze w domu, musieliśmy się upewnić, że to wypali, że przyjmujesz energię i się rozwijasz. Nigdy w życiu nie pomyślałem… nie przewidziałem, że z jakiegokolwiek powodu, zużyjesz nagle cały zapas energii. Gdyby było ciebie razy kilka, powinno było jej starczyć w nadmiarze. No, ale nie przewidziałem, że utworzyli cię… z ostatnich chwil życia, najpóźniej dwa tygodnie. Myślałem, że kopia pochodziła z ostatniej oficjalnej.” ściąga okulary, a ja w duchu zacieram ręce. Nareszcie jakaś reakcja!

Tu cię mam.

„Robiłam ją.” kiwam głową „Przynajmniej ze snów pamiętam, że miałam zamiar ją zrobić.”

„Gdyby nie poszło coś nie tak, powinnaś była żyć po powrocie do domu koło dwustu lat. Nasi naukowcy mnie zapewniali o tym tak usilnie… że niemal sam w to uwierzyłem.” mówi, a ja czuję, że gdzieś tam w tym zapewnieniu są potężne pokłady goryczy „Nie wiem, teraz ile będziesz żyła… jeśli byłaś wygłodzona, to prawdopodobnie nawet o wiele krócej niż miałaś żyć w poprzednim życiu. Niecałe stulecie.”

Wzruszam ramionami.

„Nie zależy mi.”

„Miłe kłamstewko.”

„Sugerujesz, że kłamię?” krzyżuję buntowniczo ramiona „Nikt nie przystawił mi pistoletu do skroni i nie powiedział, żebym myślała jak ty.”

Khavar już otwiera usta, żeby coś odpowiedzieć, ale w tej samej chwili z ogromnym piskiem i wrzaskiem małe, blond coś i bardzo silnych rękach wskakuje na mnie z radością.

„Liiizzzz, o ja, nie mogę uwierzyć… tak szybko się zdecydowałaś? Co za nagła zmiana… och, ale czemu się dziwić porównując ich obu…”

Maria paple coś kompletnie bez składu i ładu, a ja patrzę na nią z coraz mniejszym zrozumieniem. Dopiero po chwili rozumiem, co powiedziała na początku. Wyswobadzam się z jej szalonego uścisku, odwracam na pięcie i pędzę w stronę Crashdown.

Wolna. Masz wybór. Jasssne. A ja nie jestem z wysokich rodów.

~ * ~

„Liz, kochanie?”

Ach, kolejny spiskowiec. Wzdycham, nie odwracając się w stronę mamy, która stoi  w drzwiach, najwyraźniej zaniepokojona moim zachowaniem. Ciekawe, co takiego musiałoby się wydarzyć, żeby przestraszyć moich ‚rodziców’? Ona do licha żyła lata ze świadomością, że wychowuje obcy gatunek, że jest poślubiona do obcego gatunku i nic, co się dzieje, nie przestawia jej życia do góry nogami. Jak ja mam się znaleźć w tej sytuacji? Jak ona może w ogóle oczekiwać ode mnie, że będę grzeczną dziewczynką i pobiegnę zaraz na jej kolana i opowiem głosem kipiącym od entuzjazmu, jakie to wspaniałe plany snuje Khavar wobec mnie?

„Co?” mówię dokładnie takim tonem, jaki mam nastrój.

„Maria już idzie do domu… nie chciałabyś z nią porozmawiać?”

„Nie.”

Maria. Ech. Ciągle nie mogę uwierzyć… jak łatwo wszyscy dali się nabrać. Oni, którzy byli tacy podejrzliwi wobec każdego obcego w mieście, wręcz paranoidalni! I nagle wierzą w bajeczkę, że wyjechałam do kuzynki by odpocząć od Maxa. Marii Kyle powiedział prawdę. Ha! Nawet Maria wiedziała więcej niż ja. Oni już dawno zdecydowali. Wszystko inne jest tylko po to, żeby mnie ugłaskać i zmniejszyć mój sprzeciw. Jak miło z ich strony, że karmią mnie iluzjami… tylko zapominają o jednym. Dzięki mojemu bratu mam dostęp do znacznie szerszego spectrum wspomnień niż podejrzewają. Dzięki Boże za Tana.

Ale te wspomnienia mają też drugą stronę. Jak wszystko. One sprawiają, że mam jakieś pojęcie, co mnie czeka, w co się pcham na łeb, na szyję, obojętnie czy tego chcę czy nie. Byłoby mi o wiele łatwiej, gdybym tego wszystkiego nie wiedziała. Błogosławiona jest niewiedza.  Odseparują mnie od wszystkiego, co znałam, co kochałam tutaj na Ziemi. A w domu, tam daleko… zacznie się ten sam koszmar. Boję się tego. Jakich środków Khavar użyje by wymusić moje posłuszeństwo? Przejdę w końcu cały proces przynależności i stanę się zimną suką niezdolną do uczuć? Albo coś jeszcze gorszego? Co się stanie, jeśli znów zajdę w ciążę? Albo moje pokrewieństwo z Tanem wyjdzie na jaw… Albo czy teraz on też leci? Czy będzie nas dzielić kosmos? On na innej planecie, gdzie czas biegnie tak szybko, a ja znów niewolnicą bez żadnych praw  w świecie, gzie zupełnie nie potrafiła sobie poradzić Laiah, co dopiero ja?

Uhhhhh…. Za dużo myślę, stwierdzam obejmując ramionami głowę. Zaczyna boleć i nic dziwnego. Tak się w niej kotłuje od ponuractwa, że zupełnie jest dziwne, że jeszcze nie spuchła. Haha. Ciekawe, czy wtedy Khavar zostawiłby mnie w spokoju…

Zupełnie nie wiem co teraz. Co robić. Och, zapewne pan blond mądrala i pewny siebie, mogę się o to założyć, już dawno przygotował plany dla mnie. Miał na to ładnych parę lat. I nawet jeśli nie wszystko było ze mną tak, jak sobie wyobrażał, to na pewno już zdążył te plany zmodyfikować. Ciekawe, jaką rolę mi wyznaczył… a może i nie. Nie chcę wiedzieć.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *