Deja vu (8)

Rozdział ósmy:  Czyli żegnajcie moje nadzieje…

Noc spędzam bezsennie, podobnie jak poranek. Okno w mojej sypialni jest niewielkie i wychodzi na ogród, więc przynajmniej rozpoznaję pory. Niewielka pociecha. Uświadamia mi to tylko, jak długo już mnie nie ma w domu. Rodzi pytania, co się stało z tatą i mamą czy ukarali ich za to, jaka jestem i jaka nie jestem? Całkiem możliwe. I czy pozostali zauważyli, że mnie nie ma… zastanawiam się, może Kyle coś zauważył? Bo chociaż na początku pomógł bez pytań, no, za wyjątkiem tych o bokserki, to jednak po widoku Maxa coś jednak więcej mu się nie zgadzało. Ach, Kyle bądź choć raz teraz wścibskim eks, błagam w duchu. Tylko ten raz!

Drzwi otwierają się gdzieś koło południa, kiedy mój żołądek to chyba już śpiewa symfonie na cześć jakiegokolwiek pożywienia. Ale ku mojemu zdumieniu widzę nie żadną Sati, żadnego innego cholernego obcego, tylko ni mniej ni więcej, tylko właśnie… Kyle’a Valentiego.

Czyli żegnajcie moje nadzieje, myślę niemrawo.

„Cześć.” mamroczę „Zakładam, że też pochowałeś antenki gdzieś w ciemnej dziurze?”

„No nie w ciemnej…” mruga do mnie sugestywnie, a ja walczę z chęcią wzniesienia błagalnie oczek ku niebiosom „Ale fakt, też mam zielono za uszami i jestem tym właśnie drugim pilnie poszukiwanym Strażnikiem, który przeżył naszą katastrofę i pilnował cię z dala.”

„Nieźle, to mamy nawet naszą własną katastrofę.” kpię, chociaż nie jest mi wesoło. Wcale!

„Właściwie to nasza spowodowała całe to zamieszanie.” uśmiecha się rozbrajająco „Ale nie przywitasz się jak należy?”

Patrzę się na niego zmieszana zupełnie, póki Kyle z ciężkim westchnieniem sam nie podchodzi do mnie i nie przytula mocno przez dłuższą chwilę. To nawet całkiem… miłe!

„Rany boskie, wyglądasz jakby piorun w ciebie strzelił.” mówi, odsuwając mnie na długość ramion „Wrzeszczą na nas, że nie umieliśmy się zająć tobą odpowiednio, a tymczasem sami tego nie potrafią.” prycha z pogardą „I co za idiota cię tak ubrał?”

„Sati?” mój ton mimo moich szczerych wysiłków mówi aż za bardzo, co myślę o tej suce… Kyle rechocze.

„To życie czy tamto, pewne rzeczy pozostaną zawsze niezmienne.” mówi sentencjonalnie. Odchodzi na kilka kroków, macha dłonią… robi mi się ciepło i znów wyglądam jak ja, Liz Parker… z tym drobnym wyjątkiem, że na głowie mam masę warkoczyków. Wcale mi się to nie podoba! Ani trochę.

„Możesz jeszcze zmienić to!” wskazuję palcem na ten wątpliwej urody ozdobnik, ale Valenti kręci głową przecząco.

„Przepraszam, mała, ale jeśli ruszę twoje włosy, w następnej sekundzie będę wąchał kwiatki od korzonków. To oznaka rezydencji.”

„No dzięki, noszę na głowie coś, co mówi, że niby jestem prostytutką? Gdzie ten przeklęty babsztyl?” warczę. Głód wzmaga irytację, coś o tym już wiem. Liczenie do dziesięciu czy głębokie oddechy można zaś wcisnąć między bajeczki dla dzieciaczków.

„Byłaś, nie jesteś rezydentką.” Kyla podkreśla z naciskiem czasowniki i jestem teraz mu za to gotowa nieba przychylić „Nie darzysz tego stanowiska szczególną sympatią, dla mnie to nie nowość, ani zaskoczenie, ale dla tego na samej górze – szok nie lada.”

„Fakt, nigdy nie umiał słuchać.” mówię z goryczą „Wypuszczą mnie?”

„Żartujesz? Nie ma mowy, nie w obecnym stanie.”

„Czego oni ode mnie chcą właściwie?”

„Żebyś wróciła z nimi do domu…”

„I?”

„Cała reszta nie przypadnie ci do gustu.”

„Tak myślałam…” wzdycham ciężko „Zmuszą mnie czy co? Spaczą umysł?”

„Niee, nie można zmusić ciebie do niczego, to zawsze dawało odwrotny efekt od oczekiwanego.” Kyle śmieje się, najwyraźniej czymś nader ubawiony „Jedyne, na co nie masz akurat najmniejszego wpływu, to sam fakt, że wracamy do domu z tobą. Reszta zależy od ciebie.”

„Jak wielka reszta?” mrużę podejrzliwie oczy.

„Ty decydujesz, kim zostaniesz po powrocie… mówiąc po ludzku, nikt cię nie zmusza do ponownego wejścia do łóżka Khavara.”

Gdyby ktoś ogłosił nagle, że jest Gwiazdka, a ja dostanę wszystko o czym zamarzyłam, nie cieszyłabym się chyba bardziej. Ale to wydaje się zbyt dobre, by było prawdziwe.

„Gdzie jest haczyk?” pytam po pięciu minutach, kiedy wydaje się, że Kyle czeka, aż oswoję się z tą informacją.

„Niezależnie od tego, jak niewiele o nim pamiętasz, zdajesz sobie sprawę z jego uporu.”

„I?”

„Nie myślisz chyba, że podda się bez walki. Nie może cię zmusić, ale spróbuje przekonać, żebyś została w pałacu, i to raczej nie na krótki czas. Poprzednio miał ciebie ponad trzy lata i jak wieść niesie, nigdy nie miał dosyć.”

Bardzo szkarłatny rumieniec wypełza na moje policzki. Hm, moja szyja też przypomina raka po ugotowaniu…

„Z tego co wiem, to wiele się zmieniło w domu… naprawdę wiele. W zaistniałej sytuacji, nie wiem, czym byś mogła się zająć po powrocie. Niewiele masz opcji. Nawet jeśli nie zdecydujesz się wrócić do Khavara, bo mimo wszystko to ciężki żywot, postaraj się wyciągnąć maksimum korzyści z tego, że on teraz stanie na głowie, żeby cię przekonać, pozyskać ciebie. Trudno ci to sobie zapewne nawet wyobrazić, nieprawdaż?”

Kiwam smętnie głową.

„No dobrze, a teraz idziemy doprowadzić do zawału tych wszystkich pseudo ważniaków, którzy myślą, że zbiją karierę na twoim powrocie…”

„Yyy?”

„Ach, tylko taki drobny szkopuł… nie powiedziałem im, dlaczego tak niewiele pamiętasz, niczego ci nie powiedzieliśmy… mina im zrzednie, zobaczysz.” Kyle mruga do mnie i podaje dłoń. Niepewnie ją chwytam. Nie jestem pewna, co tam knuje Valenti, ale zapowiada się niezłe przedstawienie.

~ * ~

‚Niezłe przedstawienie’ obejmuje tym razem kompletnie zwyczajny, kompletnie nudny i kompletnie roswellowski pokój konferencyjny. Stół, krzesła wokół, wykładzina, grube ściany, jakieś dodatki, ewentualnie media – nic nadzwyczajnego. Zero jakichkolwiek dowodów obecności obcych na Ziemi. Nie wiem, czego oczekiwałam, ale z pewnością nie tego…

Kyle kiwa głową jedynie Khavarowi, który siedzi rozwalony – a jakże – na krześle u szczytu stołu, co z kolei nie podoba się zupełnie innym obecnym. Wilkiem patrzą także na to, że sadza mnie koło siebie. Odgradza… albo chce podkreślić, że bez niego nie dotrą do mnie.

Hm, ciekawa konkluzja.

Khavar wodzi wzrokiem po mojej sylwetce i chyba nie podoba mu się, że jestem ubrana w dżinsy i zwykłą bluzeczkę. Wchodzi cicho Sati, przysiada gdzieś z boku. No jasne, woli lalunie w tunice, blondynkę co ślini się na moją pozycję. w myślach posyłam jej parę gromów, ale koniec końców nie pozwolę, by ktokolwiek odczuł moją irytację. Nie dam im tej satysfakcji!

Usadawiam się wygodniej na krześle. Kyle zaczyna w sekundzie, w której przestaję się wiercić.

„Mieliśmy problem podczas lotu. Laiah nie wspominała, niewiele z tego pamięta, ale się rozbiliśmy. Nasza katastrofa spowodowała cały ten cyrk w mieście, później wylądowała reszta ekipy. Szczęśliwie, naszej trójce udało się przeżyć.”

„Inkubator był uszkodzony?” Khavar jest czymś bardzo zaniepokojony.

„Nie, nie inkubator. W połowie lotu z hibernacji zbudził mnie system awaryjny, nasze baterie były prawie na zero po osiągnięciu celu. Dziwne, że nie spłonęliśmy w atmosferze, że zachowaliśmy resztki sterowności.”

Chyba po raz pierwszy w tym życiu widzę, jak absolutna furia wrze w Khavarze i jednocześnie nie pozwala, żeby przejęła nad nim kontrolę. No, nie widzę, czuję właściwie, jak narasta w nim coś naprawdę ciemnego, pełnego wściekłości. Zerkam niepewnie na innych, wydają się nie zauważać tego, tylko Kyle rzuca mi spojrzenie w zamierzeniu uspokajające.

„Co ciekawe, Laiah nie ściągała energii z całego statku, baterie Tana zostały prawie nie ruszone. Udało mi się go zbudzić, przelecieliśmy i żywiliśmy Laiah na jego baterii. Niestety, z jakiegoś powodu, albo obliczenia tych mądrali, którzy wszystko projektowali, były nieprawidłowe albo ze zwykłej przewrotności losu…”

Wśród co najmniej trzech facetów przy stole wrze złość i upokorzenie, ale żaden się przezornie nie odzywa. Chyba wiedzą, że nie mają teraz jak uderzyć…

„…Laiah potrzebowała o wiele więcej energii niż byliśmy w stanie jej dać. Kiedy się obudziłem, jej mózg był prawie martwy. Niemniej udało nam się z Tanem zachować część wspomnień… i życie.”

„Tylko tyle?” Khavar robi dziwny gest, chyba zdradzający jego bezsilną złość. Opiera łokcie na stole, a palce zanurza we włosach. Wygląda zupełnie jak młody chłopiec, który stoi przed problemem przekraczającym nawet jego szczere chęci…przystojny chłopiec, niestety…

„Raczej aż.” ton Kyle’a nie pozostawia wątpliwości, że sprawa jest poważna „Spójrz na to z drugiej strony; gdyby nie udało mi się obudzić Tana, odłączyłbym go od baterii i tak, zabierał przecież energię potrzebną nam tak desperacko…”

„…może udałoby się zachować więcej istoty Laiah!” jeden z ‚mądrali’ nie wytrzymuje i niemal skacze do gardła Kyle’owi przez stół. Nie wiem, co jest ze mną… albo czy może coś się odblokowało… ale nagle, niczym we śnie, podnoszę ręce i… facet wylatuje przez okno!

„Ktoś jeszcze chce kwestionować poświęcenie Kyle’a i Tana? Albo ich lojalność?” pytam się ironicznie. Z satysfakcją zauważam, że Sati gapi się na wyrwane kinetyczną siłą okno. Nie wygląda zbyt mądrze ani ładnie. Dobrze jej tak!

„Dzięki.” Kyle chrząka „O czym to mówiłem… ach, dobre strony, że Tana jednak zachowałem. Przez resztę lotu, na niemal absolutnym głodzie, stąd właśnie jego tak widoczne postarzenie się, poskładał we właściwej kolejności rozbity kod genetyczny Laiah, więc inkubator…”

„…nie potrzebował tyle energii na następne lata rozwoju, zasadniczo uratował jej zdrowie i przyspieszył inkubację, więc Laiah nie jest dzieckiem tylko młodą kobietą. Mogła wyjść zdeformowanym kawałkiem życia bez tego.” Khavar zupełnie prawie zielony na twarzy uzupełnia.

Kyle kiwa głową. Miło, że rozmawiają o mnie jakby mnie tu nie było…

„W życiu nie widziałem czegoś takiego, obecny wzór zgadza się niemal dokładnie z matrycą…” Valenti ciągnie, gapiąc się na stół; ani nie na mnie ani nie na Khavara „Brak energii mógł zaprzepaścić odtworzenie samej istoty Laiah, utratę większości zarejestrowanych wspomnień… ale Liz i tak jest jak Laiah, w genetycznym sensie. Powiedzmy że to co by wyrosło z Laiah, gdyby nie została sierotą, nie trafiła nad jeziora i nie trafiła do pałacu…”

„Nie powiem, żeby nam się to za bardzo podobało.” Khavar mówi sucho „Genetyka to nie emocje, uczucia, doświadczenia. Ale przynajmniej jest zdrowa, coś pamięta… a więź jest tam gdzieś wciąż.”

Kyle unosi zaskoczony głowę, ale po chwili potrząsa nią w zaprzeczeniu.

„Poważnie? Hm… to musi być ewidentnie robota Tana… ale matryca była tworzona rok przed… Dziwne. Nie słyszałem, żeby komuś udało się to, co nam. A propos, coście do licha zrobili z Tanem?”

„Zamknęliśmy go, śpi.” Khavar wzdycha i wstaje.

„Co teraz?” odważam się odezwać.

„Teraz… wracamy do domu.” mówi stanowczo. Ale przerażenie na mojej twarzy to raczej nie to, co chciałby zobaczyć, bo krzywi się wymownie, odwraca i wychodzi z pokoju. A za nim reszta świty, z Sati drepcząca przy jego prawym boku i dumnie wywieszonym językiem spanielki…

Ups, złośliwa jestem… Laiah chyba taka nie była. Zostajemy jednak w efekcie sami z Kyle’m w pokoju. I drzwi są nadal otwarte, żadnej straży ani nic. Normalnie cud!

„Uff, był za bardzo wściekły i rozżalony.” Kyle kładzie głowę na oparciu krzesła.

„Na co?” pytam się zdumiona.

„Żeby zwrócić uwagę na drobne medyczno-techniczne szczególiki. Widzisz… jeśli Khavar wciąż wyczuwa więź w tobie, a nie przeszłaś całego procesu przynależności i nie zaprzeczaj, obserwowałem jak bardzo powoli rośniesz w inkubatorze, zbyt wolno nawet na pierwszą rezydentkę… jeśli on ją w tobie wyczuwa, mimo, że nie przeszłaś tego procesu, Tan musiał cię złożyć do stanu najpóźniej półtora tygodnia przed śmiercią… ”

„Nie rozumiem.”

„Bez procesu przynależności więź cichnie mniej więcej po dwóch tygodniach. Gratulacje, mała, najwyraźniej ktoś tutaj wywinął niejeden numer pod czujnym okiem wielkiego pana i władcy.”

„Nie wiem o czym mówisz…”

Kyle prycha.

„Możesz bajerować ich, nie mnie, księżniczko. Ja byłem za opcją a’la Nasedo i Tess. Taaa… cała ta ich bajeczka – oni są drugą ekipą. Dla ścisłości, Zan, jego siostra Vilandra, zastępca Rath i świeżo poślubiona żona Ava… Był rzeczywiście ukochanym liderem, królem-pacyfistą…”

Krzywię się przypominając niektóre określenia Nasedo.

„…ale jego matka mówiła raczej o konflikcie z nami, o prawdziwym jarzmie nienawiści. Zan zawsze opowiadał się za przegraną politycznie opcją, ale najlepszym rozwiązaniem na przyszłości – aby zwrócić nam nasz świat, ale poprosić nas o użycie granilithu i stworzyć im ich własną, jedyną czasoprzestrzeń, która byłaby ich światem i mogliby rządzić tam sobie do woli, nie przeszkodzeni przez nikogo. Ale oczywiście nawet taka wizja nie przeszła, zbyt wielu zbyt podobało się wyzyskiwanie nas i kilku innych ras… Khavar zabił Vilandrę w odwecie za zamordowanie ciebie. Zana zamordowali jego właśni poplecznicy, że dopuścił do wojny, która mogła ich zepchnąć do tego właśnie specjalnego podświata. Za życia się tego nie doczekał, ale po śmierci jego marzenie się spełniło. Za to wszystko, co zrobił za życia Khavar zdecydował się wysłać ich za nami… ale ktoś puścił parę z ust, poplecznicy zmiennokształtnych się dowiedzieli i zamiast trójki, zrobiono także na nowo Vilandrę… niestety drugi ze zmiennokształtnych odseparował Zana, Vilandrę i Ratha, długo ich szukaliśmy, ale to ty znalazłaś ich dla nas… Co za paradoks. Tak więc Tan… przeszedłem tą samą szkołę co Nasedo, który pracuje i pracował dla nas. Bezpieczeństwo twoje było dla mnie ważniejsze, obaj byliśmy żołnierzami i on widział to tak samo, jak zrobił z Tess. Wiesz, o co chodzi… Ale Tan uparł się za opcją Surinah – żeby stworzyć ci tutaj drugie życie. Zupełnie od nowa, z pełną rodziną, przyjaciółmi, zwyczajne, nawet do tego się ożenił, po prostu, żebyś mogła chociaż raz je przeżyć. Ciągle mówił, że to jest szansa, której nie możemy przegapić, ale nie wiem na co szansa… to jasne, że się znaliście na Antarze, ale on nigdy ani słowem nie potwierdził tego. Chyba za bardzo się bał. Pytanie, czego. Jak do diaska nawiązaliście kontakt?”

Patrzę się, nagle zmęczona tymi wszystkimi tajemnicami i sekretami. Królewskie życie to nie bajka.

„Tan dał mi nadzieję, kiedy się zupełnie załamałam. Nie wiem, co myśleli o mnie i moim życiu w pałacu inni, ale to był jeden pieprzony koszmar. Dopóki nie spotkałam Tana, dał mi wtedy nadzieję. Jasne, że nie mogłam należeć do niego, Khavar nie pozwoliłby mi odejść.” nie potrafię ukryć goryczy w moim głosie „Tan znał prawdziwą Laiah, tą z całkiem zwyczajnymi marzeniami, marzącą, marząca… o zwykłym życiu i zapomnieniu o Khavarze, rezydencji, a pod koniec nawet i Surinah. I dostałam to.”

„Brzmi cholernie poważnie.” Kyle mówi, ale chyba tak naprawdę z zaskoczenia zupełnie nie wie, co powiedzieć.

„Nie powiem wam niczego, nie chcę, żeby został ukarany w sytuacji, kiedy czując się wobec mnie zobowiązany, usiłował zwrócić część długu i zrealizować moje marzenia.”

„Dług?” jest ciekawy.

„I tak nikt mi nie uwierzy. Nigdy mi nie wierzyliście.”

„Zabawne.” Kyle drapie się po głowie „Tan powiedział dokładnie to samo.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *