Deja vu (7)

Rozdział siódmy: Zdrada

Zatyka mnie. Dosłownie. Skoro dziewczyna ma być niewinna, to znaczy… znaczy, że oni chcą, żeby…

„Mam z tobą spać?” szemrzę przerażona nim się orientuję co robię, o wiele bardziej przerażona niż powinnam, a przynajmniej w okazywaniu tego, bo już się zorientowałam, że wszelki sprzeciw wobec niego działa jak bordo płachta na rozjuszonego byka. „Po to mnie odtworzyliście…? Żebym znów była cholerną prostytutką?”

Przez może sekundę nie ma żadnej reakcji, ale niemal natychmiast… zostaję przyciśnięta do posłania, a jego silna dłoń chwyta mój podbródek, kiedy usiłuję odwrócić twarz.

„Nie jesteś człowiekiem, więc przestań myśleć jak człowiek.” warczy „Tego właśnie nie chcieliśmy, kiedy rozważaliśmy wysłanie cię na tę pieprzoną planetę. Żebyś stała się taka jak oni.”

Jakoś w jego słowach „taka jak oni” brzmi jak najgorsza obelga na świecie.

„Jestem jaka jestem.” mimo wszystko mówię buńczucznie, jak dziecko, które na złość mamie lubi odmrażać sobie uszy.

„Ja też.” przez dłuższą chwilę mierzymy się wzrokiem, zupełnie jak dzieci, które walczą o cukierka. I coś w tym jest. Każde jest głupio uparte i nie chce ustąpić, przekonane o własnych racjach.

Chyba Laiah mimo początkowego strachu musiała być naprawdę w tym dobra, przemyka mi przez myśl. Albo była prawdziwą masochistką, skoro wytrzymywała takie życie.

„Czemu chcesz Laiah z powrotem? Nie rozumiem, czemu przywracać… rezydentkę…” samo słowo z trudem przechodzi mi przez gardło „… do życia, wysyłać na inną planetę, a potem osobiście fatygować się po nią?”

Khavar chrząka i w końcu mnie puszcza. Chyba ‚chrząkanie’ to jego ulubiona odpowiedź na pytania, na które nie lubi odpowiadać.

„Nie rozumiem, czemu się tak uparliście.” siadam na łóżku i obejmuję kolana roztrzęsiona „Byłam tylko jedną z rezydentek. Czwartą. No rozumiem, że Księżniczka poszła w odstawkę, skoro mnie zabiła, uprzednio wtargnąwszy na teren pałacu… przecież jednak mogłeś mieć kolejne rezydentki.”

„Nie zrozumiesz.” mówi wyraźnie zrezygnowany.

Jasne, bo Laiah to tylko głupiutkie dzieciątko, które nie zna się na polityce. Uch, przy nim wyłazi ze mnie Laiah o wiele skuteczniej niż w snach.

„Więc mi pomóż. Wywracacie całe moje życie do góry nogami, krzywdzicie moją rodzinę i oczekujecie, że jeszcze będę wam posłusznie przytakiwać? To nie ma sensu. Albo za bardzo wierzycie w twój urok osobisty…” nie mogę powstrzymać się od sarkazmu „Że nie będę zadawać pytań.”

Patrzy na mnie wyraźnie zły.

„Pytania są nieuniknione, skoro nie pamiętasz. A gdybyś pamiętała, to miałabyś jeszcze więcej.” parska „Traktujesz nas wrogo, a to nie to, czego oczekiwaliśmy wysyłając cię tutaj. Mieliśmy wiele wątpliwości. Ale Surinah uparła się, żeby podarować tobie normalne życie. Zasłużyłaś na nie. Takie, jakiego nie zaznałaś w domu i dopiero wtedy cię sprowadzić.”

Wiedziałam, że jest powód, dla którego Laiah tak kochała Suri.

„Ale okazuje się, że kiedy znów posłuchałem Suri, znów popełniłem błąd. Powinnaś była od początku dorastać w pałacu, nawet jeśli trwałoby to kolejne pokolenie i wtedy zająć przeznaczone ci miejsce.”

Aż mną telepie. No i samo słówko ‚przeznaczenie’ działa na mnie jak sprzeciw na niego.

„Przeznaczone? Więc miałam znów stać się prostytutką?” z jakiegoś powodu sama myśl tym razem wywołuje nie tylko przerażenie, ale i łzy, które wręcz odgrażają się, żeby spłynąć po policzkach. Nie dam im tej satysfakcji… zwłaszcza jemu! Cholerny alfons i klient w jednej osobie.

„Gdybyś wychowała się w domu, nie patrzyłabyś na to tak.” posyła mi wymowne spojrzenie, po czym wstaje z łóżka, zabiera tacę i wychodzi. Powietrze wręcz drży od jego wściekłości. Nie bardzo wiem tylko czyjej.

~ * ~

Nie wiem, ile mija czasu od jego wyjścia, ale szybko wpadam w trans, który nazwać by można tylko a’la Laiah. A więc regularny dołek, poczucie niskiej wartości i poniżenia, i cała ta plejada uczuć, jakie wyzierają z większości snów. Doprawdy, nie wiem, jak ona wytrzymywała takie życie. Z drugiej strony sam fakt, jak bardzo przywiązała się do Surinah i jakim ciosem była ostatecznie jej zdrada, mówi znacznie więcej niż argumenty…

Wow. Stop. Zdrada. Zdrada?

Czemu o tym pomyślałam?

Ciężko mi wyobrazić sobie Suri zdradzającą kogokolwiek, tym bardziej Laiah. Ale skądś ta myśl pojawiła się w moim umyśle. Może przesadzam, może nie. Albo to jest wytłumaczenie tego dziwnego snu, tego w tym niebezpiecznym miejscu. I mam wrażenie, że to wspomnienie było najpóźniejsze. Co gorsza, myślę, że to nie było tak długo przed śmiercią.

Dziwnie myśleć o sobie jak o kimś, kto już umarł i narodził się na nowo. O ile oczywiście to, co mówią jest prawdą.

Ale czemu mieliby kłamać? Nie rozumiem tego. No i sam fakt – co tam się do diaska stało, że aż zdecydowano o moim odtworzeniu? Nie bardzo przemawia do mnie argument, że to ze względu na Laiah i że „stała się kimś więcej”. Tak nie było, przynajmniej moje sny tego nie potwierdzają. Tak długo jak coś się nie potwierdzi, nie uwierzę w nic, co mówią… postanawiam twardo. Mogą chcieć zrobić mi papkę z mózgu, zwłaszcza że najwyraźniej z jakiegoś szalonego powodu Khavar chce znowu mnie na rezydentkę… albo nie mają co ze mną zrobić. W dosłownym znaczeniu. Coś tam znaczyłam, albo to okoliczności właśnie sprawiły, że mnie odtworzono, bo moja śmierć zapoczątkowała wojnę… albo coś takiego… i teraz nie mają co zrobić ze mną, a przynajmniej nie padł żaden w miarę rozsądny pomysł, co ze mną zrobić i jednocześnie mieć nade mną kontrolę… to nie jest specjalnie miłe uczucie. Wiecznie z boku, wiecznie odepchnięta, wiecznie nic nie warta… jak Laiah wytrzymywała to na co dzień, jest dla mnie niepojęte.

Ja mam chociaż przyjaciół, którzy się o mnie martwią… no, może w tej chwili Max nie myśli o mnie za dobrze, ale moje zniknięcie powinni zauważyć. I nawet jeśli Isabel chce mnie spalić żywcem za zranienie jej brata, z całą pewnością nie chciałaby, by któreś z nas wpadło znów w obce ręce, jak to się działo podczas akcji federalnych. Może nawet próbowała wejść do moich snów?

Musiała mieć niezłe widoki… śmieję się w duchu, ale to niewesoły śmiech. Nie czułam obecności Isabel, w ogóle. Czy te sny blokują ją? Bo jeśli tak, mogę być w poważniejszych tarapatach niż myślałam na początku. Ale może jeszcze niczego nie zauważyli… skoro ci obcy wiedzieli, jak podejść mnie i moich rodziców, to raczej i zatroszczyli się o opinię publiczną. Krzywię się. Jeszcze gorsza opcja… ale może w końcu ktoś się zorientuje, to moje jedyne wyjście teraz.

Mogę spróbować ‚wezwać’ ją… ale nie wiem, jak się to robi. Tak jak Laiah, nie umiem korzystać ze swoich mocy. Prawie wcale. Może pod koniec bycia rezydentką potrafiła więcej, ale niewiele przecież pamiętam… hm, musiała jednak umieć więcej, skoro potrafiła wydostać się z tamtego więzienia. Pałac królewski, tyle osób było gotowych, by zabić, by się tam dostać, a ja byłam gotowa się zabić, byleby się wydostać…

Nieruchomieję. Mam wrażenie, jakby dzisiejszego wieczoru w mojej głowie siedziała Laiah i mówiła do mnie moim własnym umysłem. Dziwne uczucie. Ale te zdania… myśli… cokolwiek to jest, wywołuje tak naprawdę moje własne. Jeśli o czymś myślę, pojawiają się myśli Laiah. Albo wspomnienia. Głód, irytacja, Sati… kombinacja tych trzech czynników wywołała sen, z którego obudził mnie Khavar. Czy to znaczy, że mogę pewne elementy wywoływać na żądanie?

Mogłabym spróbować, decyduję się wreszcie. Co innego w końcu mi zostało?

~ * ~

Po godzinie moja głowa po prostu pęka. Jestem zbyt zmęczona, żołądek również przeszkadza w zaśnięciu, a myślenie w kółko o Suri i wymyślanie przyczyn rzekomej zdrady nie sprzyjają błogiej nieświadomości.

Zirytowana wstaję z łóżka i idę do łazienki. Przynajmniej wygląda ludzko. Ochlapuję twarz zimną wodą i wtedy…

Śmieje się.

„Czemu miałbym zmieniać ten stan rzeczy? Spójrzmy prawdzie w oczy, nie masz ani pochodzenia, wykształcenia ani wielu innych cech, które…”

Mrugam wstrząśnięta. Brzmi bardzo jak głos Khavara, ale… jego tu nie ma. Prawda? Jeśli więc to wspomnienie, co je zatem wywołało?

Powoli zanurzam twarz jeszcze raz w zimną wodę… nie pomaga przywrócić tamtego wspomnienia, ale za to moje myśli wędrują do innego snu. Tego na krótko przed moją śmiercią… czy ten głos Khavara to była część rozmowy Laiah, kiedy poprosiła go, żeby zostać pierwszą rezydentką? I wtedy odmówił… a Laiah zaczęła się bać Suri, być zazdrosna o nią. A potem spotkała w tamtych jaskiniach. Razem.

Chociaż niektóre elementy układanki wskakują na swoje miejsce…

„Co za sukinsyn…” mamroczę strząsając z twarzy krople wody. Nie ma ręcznika, a ja nie umiem posługiwać się mocą, którą podobno mam. Cóż, przeżyję. Brak lustra też. Hm, w gruncie rzeczy rozmazany makijaż za ładnie z pewnością nie wygląda, ani te setki warkoczyków na mojej głowie także nie. „Szkoda, że to jego Vilandra nie sprzątnęła zamiast mnie.”

Ale z drugiej strony… przychodzi mi na myśl po dłuższej chwili, kiedy znów leżę bezsennie gapiąc się na sufit… dlaczego Laiah tak nagle chciała zająć miejsce swojej mentorki? I została za to wyśmiana… a przecież było ogromne prawdopodobieństwo tego… dlaczego więc zaryzykowała? Co ją do tego skłoniło? Tan? Ktoś inny? Kolejna katastrofa autorstwa Sati? Czemu się tak bała? Albo kogo?

Nie cierpię setek pytań i ani jednej odpowiedzi. To frustrujące!

Drzwi się otwierają i wsuwa się cicho Sati. Jest inaczej ubrana. Hm, biorąc pod uwagę to co pamiętam, to nic nowego. Ma tym razem splecione blond włosy… przynajmniej już nie wygląda na ślicznego aniołka, bardziej na siebie. Czyli wredną sukę, która dla pozycji zrobi wszystko.

Ignoruję ją. Nawet jeśli obchodzi łóżko i potem z pozorną troskliwością przysiada tak, żeby widzieć moją twarz.

„Laiah…”

„Zostaw mnie.” mówię obojętnie. Guzik mnie obchodzi, co sobie pomyśli. Już nie ma nade mną takiej władzy jak w poprzednim życiu, a teraz mi wisi, czy Khavar ją pieprzy czy nie. Właściwie to lepiej, jeśli tak jest. Przynajmniej nie będzie nalegał, żeby, ja…

„Khavar wezwał mnie na dzisiejszą noc. Coś zrobiłaś źle, musisz się bardziej postarać, wiesz, jaki on jest wybred…”

„Sati.” podnoszę się na posłaniu „Gówno mnie obchodzi, czy cię wezwał czy nie, bylebym to ja nie musiała go pieprzyć. Czy to jasne? Lepiej ty się postaraj, przynajmniej będę miała spokój.”

Po raz pierwszy w życiu chyba widzę coś na kształt zmieszania na jej twarzy. Nieźle. Moje słowa musiały ją zaskoczyć… ale nie na długo, bo zaraz też wraca do swojego poprzedniego myślenia.

„Wiesz, przez ten czas twoja legenda urosła niewiarygodnie… a ty wszystko niszczysz. Nie wolno tak.” mówi łagodnie jak do dziecka „Nawet jeśli lubi wyzwania, to nie możesz przesadzać i…”

„Skończyłaś?” pytam znudzona „Dla mnie naprawdę nie ma znaczenia, jak wiele pamiętam. Pamiętam wystarczająco wiele, by nie chcieć zostać rezydentką po raz drugi. No, ale skoro przez tyle lat nie potrafiłaś zakoptować sobie mojego dotychczasowego miejsca…” mrużę oczka złośliwie, to na pewno ją zaboli „… to nie wiem, na co liczysz tutaj teraz… przecież nie będę udzielać ci rad, co lubi nasz pan.”

Gdyby z uszu obcych mogła dymić się para, to Sati byłaby chyba w tym mistrzynią. Wychodzi ze złośliwym uśmieszkiem na ustach, a ja oddycham z ulgą. Ziemia czy ‚tam’, wszystko jednak wygląda po staremu.

Nie na długo, bo głód znów daje o sobie znać. Zirytowana idę do łazienki, upijam nieco wody. Takiego rwania nie jest w stanie uśmierzyć, ale przynajmniej nie jest to bolesne. Dziwne. Czemu kiedy człowiek jest głodny, robi mu się niedobrze?

Opieram w końcu czoło o chłodne kafelki. Co do diaska sprawiło, że Laiah zapragnęła stanowiska swojej mentorki i jedynego sprzymierzeńca?

Odgarniam wewnętrzne materie w panice, oczywiście nie zachowując należytego bezpieczeństwa i w końcu upadam na posadzkę własnego pokoju, szlochając wcale nie bezgłośnie. Zwijam się w kłębek, obejmując dłońmi płaski jeszcze brzuch. Ale moje dłonie trzęsą się tak bardzo, że nawet tej najprostszej czynności nie jestem w stanie wykonać spokojnie i iskry strzelają z moich palców.

W głowie powtarzają mi się jak zwariowane echo słowa Khavara na równi z tym przerażającym obrazem… Mój spadkobierca, mój spadkobierca… zaciskam powieki, ale obraz dalej tam tkwi, długie włosy Suri rozrzucone na poduszce, tej samej, gdzie zawsze Khavar rozplatał moje z niesłychaną cierpliwością i zachwytem nad ich ciemną, zwyczajną barwą, druga jego dłoń pod jej sercem…

Ból, jaki przeszywa moją czaszkę, otrzeźwia mnie prawie natychmiast. Muszę się uspokoić. Wiem to. Mój własny organizm, jednocześnie największy wróg i największy sprzymierzeniec, przypomina mi o tym bezustannie, niczym memento odlicza ostatnie dni mojego życia…

Jeśli Suri jest w ciąży… z Khavarem… kulę się znów na zimnej posadzce… nikomu do głowy nawet nie przyjdzie upewniać się, czy moje dziecko jest jego. Dla nich jestem nie tylko głupią dziwką, ale i bękartem najniższego pochodzenia, myślę gorzko. Sati miała rację. Reguły genetyczne są żelazne. Pierwsza rezydentka jest wysokiego rodu, ponieważ tylko one mogą urodzić spadkobiercę. I jeśli jedna rezydentka jest w ciąży, druga po prostu nie może. Wszyscy to wiedzą, i tylko Strażniczki zaprzeczają tej regule. Suri nią była kiedyś. Lana tak twierdziła i prawie Khavar ją za to zabił, że to mi wyjawiła. Moje dziecko nie znaczy, że ona nie może być… nie może być matką jego dziecka. To wcale nie znaczy, że nie mogła być jego kochanką…

Jakże naiwne jest myślenie dziecka wpatrzonego w przybraną matkę.

Jej dziecko znaczy tyle, że moje nie ma prawa zaistnieć. Że ja zdradziłam, chociaż nie mam objawów. Ale nie przeszłam całego rytuału, Khavar oszczędził mi go i nigdy potem nie napomknął o nim. Ani razu. No bo po co… tylko głupi bękart z pospólstwa, w żadnym razie niegodny zostać pierwszą rezydentką.

Szlocham na podłodze, aż nie starcza mi łez i moim ciałem wstrząsają rozpaczliwe drgawki. Wiem, że to nie jest dobre dla dziecka, ale nie mogę się powstrzymać. Później będę silna. Później spotkam się z moim bratem, później wymyślimy, jak powstrzymać machinę uruchamianą w przypadku udowodnienia zdrady. Zamordują mnie, zamordują moje dziecko. I będą szukali drugiego winnego… może któraś Strażniczka puści parę z ust i wówczas ktoś dojdzie do tego, że pomagałam niby bez powodu pewnej rodzinie wysokiego rodu i dotrą do mojego jedynego brata…

Krzywię się ironicznie. Jeśli oskarżą Tana i zaczną sprawdzać zgodność genetyczną, przynajmniej dowiedzą się, że nie byłam bękartem, a moje dziecko miało prawo do życia. Jak każde inne.

Ale nie dowiedzą się… postanawiam twardo, wstając na trzęsących się nogach. Jednym ruchem doprowadzam się do porządku, teraz nie czas na łzy. Czas nagli. Khavar nie może się dowiedzieć, ale przecież moje ciało już się tak zmieniło… cud, że się nie zorientował, że nic dotąd nie podejrzewał. Karcę się w duchu za naszą wcześniejszą rozmowę o moim ewentualnym awansie. Teraz będzie obserwował i mnie, i moje otoczenie, by się dowiedzieć kto mi ‚takie bzdury wbijał do głowy’. Muszę być ostrożna. Nie mogę doprowadzić ich do Tana. Teraz to moja jedyna nadzieja. No, nie moja. Mojego dziecka. Mnie dopadną i tak za ucieczkę, ale jeśli Tan zdoła mnie ukryć na tyle długo, żebym urodziła i oddała mu moją małą księżniczkę… nieśmiały uśmiech pojawia się na moich ustach. Każdy inny powiedziałby, że właśnie planuję zdradę. Ale zdrada już została dokonana i to nie przeze mnie. Przez Suri. Trzęsę się. Z każdej strony, tylko nie z jej…

Tak myślałam do tej nocy. Ale tak samo myślałam, że podawana mi antykoncepcja działa jak należy, myślę cierpko, ale zaraz się reflektuję. Mimo wszystko mam moją córeczkę. Moją.

Otwieram oczy, przerażona… leżę na posadzce łazienki, telepie mną jak w tym wspomnieniu, moje dłonie obejmują brzuch… cofam je jak oparzona, czując nadal te pokłady strachu Laiah o dziecko.

„Miłosierny Boże…” mamroczę może po kwadransie, ale nie mogę dojść do siebie, otrząsnąć się. Głód, strach, ból, niewola i niepewność przyszłości, nic nie wydaje się ważne w obliczu tej rewelacji.

Suri miała ‚inne obowiązki’? Oczywiście, że miała. Ich dziecko. Ich dziecka nikt nie zabił.

Moje zabiła Vilandra…

…albo tylko tak twierdzą, myślę w zadumie. Khavar nie tolerowałby zdrady. Za nic w świecie. I kiedyś musiał się zorientować.

Paskudne podejrzenie jest jedynie logicznym wnioskiem. To wcale nie musiała być Vilandra, nie mogła przecież sforsować zabezpieczeń pałacu! To niemożliwe. Ale całkiem możliwe, właściwie najbardziej prawdopodobne było, że to Khavar osobiście ukarał mnie za zdradę i zwalił na Księżniczkę, by się pozbyć jej i mieć tak długo oczekiwany pretekst do wojny.

A jeśli tak… to też tłumaczy jego chęć, żebym znów została rezydentką. Ciąg dalszy kary. Chce udowodnić swoją kontrolę. Zemścić się znów. To tak proste… Żaden facet nie wytrzyma zdrady, to niemal śmiertelny cios dla ich ego. I teraz zależy mu, by mnie kontrolować, kiedy zacznę sobie przypominać. W obliczu mojej śmierci niby z rąk Vilandry nie mógł prowadzić dochodzenia nawet po cichu, z kim niby go zdradziłam… Och, dobry miłosierny Boże…

Łzy kłują i w końcu wylewają się potokiem na policzki. Jak zdradliwym sukinsynem ten palant musi być, żeby zabijać własne dziecko? Własną rezydentkę, żeby mieć pretekst do wyrównania starych porachunków?

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *