Deja vu (4)

Rozdział czwarty: Przebudzenie

Ciemność wreszcie ustępuje, chociaż strach i niepewność pozostają. Rozglądam się ciekawie po pomieszczeniu, za wszelką cenę starając się uniknąć spoglądania w stronę mężczyzny za moimi plecami. Wiem doskonale, że on tam stoi, wyczuwam jego obecność. Jego wzrok pali, nawet jeśli oddzielają mnie od niego warstwy materiału. A może jego zdolności umożliwiają patrzenie mimo materiału?

Wzdrygam się. Frustrująca myśl.

Nerwowo dotykam naszyjnika, ściśle przylegającego do szyi. Właściwie to całe moje ubranie rozpoczyna i kończy się na nim, jest jego jednością. Metry delikatnej, zwiewnej tkaniny, niemal przezroczystej, a jednocześnie dziwnie dźwięczącej otulają moje ciało niemal jak kokon. To coś w rodzaju sukni, przylegającej we wszystkich właściwych miejscach, zakrywające wszystko co właściwe, a jednocześnie bardzo kobiecy ubiór. Nie wiem, kto to wymyślił, ale był pomysłowy. Mimo niej, czuję się jednak niemal jak naga.

Setki metrów innych zwiewnych tkanin wibruje wokół, zasłaniając resztę pomieszczenia od mojego wzroku. Powoli przechodzę dalej, odgarniając dłońmi. I spotyka mnie rozczarowanie, bo poza tym materiałem nie ma dalej niczego tylko puste, gładkie ściany. Zupełnie jakbyśmy byli w środku, na dnie jakiegoś przeogromnego walca.

Hm, z drugiej strony statki obcych to latające spodki. Spodki też bywają walcami…

Odganiam niemal natychmiast tą przerażającą myśl. Nie! Nie ma mowy, nie jestem na żadnym statku, a to wszystko po prostu mi się śni, otoczenie jest zbyt podobne do tego ze snu.

Odważam się wreszcie zerknąć niepewnie na mężczyznę. Teraz stoi z boku, przyglądając mi się w poważnym milczeniu. Nie wiem, co myśli, czy mnie bada, raczej… obserwuje? Nie ma w nim wcześniejszego gniewu tego dziwnego lekarza, ale z całej sylwetki niemal promieniuje powaga, jakby dopiero sobie z czegoś niezmiernie ważnego zdał sprawę, po części bolejąc nad tym, po części po prostu przyjmując jako rzeczywistość.

Obcy wysyłają naprawdę dziwaczne fale. Albo wibracje, przynajmniej według słownika DeLuca.

Kiedy się obudziłam leżąc na łóżku w tej dziwnej szacie, był w tym samym pomieszczeniu. Stał oparty o ścianę i przyglądał mi się, może wówczas z większa dozą ciekawości niż powagi. Nie powiedział ani słowa, a ja byłam zbyt zmieszana tym wszystkim i zbyt przestraszona, by się odezwać.

Kichać na to wszystko, mam tylko siedemnaście lat! Myśl przychodzi tak nagle, niespodziewanie, że wywołuje uśmiech na moich wargach, pomimo faktu, iż właściwie mogę być nawet na Antarze. Albo oszalałam.

Zerkam na niego po raz drugi. Nie jest tak wysoki jak tata czy Michael… ale nadal dość dużo wyższy niż ja. Za jasno tu nie jest, ani ja nie gapię się na niego otwarcie, więc łapię ledwie kilka szczegółów. Jest blondynem, ma krótkie, ale pofalowane włosy. W gruncie rzeczy jest… przystojny.

Co do diabła jest z obcymi, że zawsze tworzą miły dla oka obrazek? skarżę się w duchu. Jakby nie dosyć, że jestem czyimś dziwnym więźniem i nie mam pojęcia, co się stanie za sekundę, to jeszcze bardziej muszą mieszać mi w głowie, bo uważam, że nadzorca porywaczy jest przystojnym chłopakiem! Stres i strach wyczyniają dziwne rzeczy z moją głową.

Muszę jednak przyznać, że obcy mają niezłe pojęcie o gustach Ziemianek…

„Laiah…”

Dopiero po chwili orientuję się, że mówi do mnie.

„Liz.” poprawiam. Krzywi się nieznacznie, a ja ze zdumieniem stwierdzam, że nie podoba mi się jego skrzywiona mina. Co się dzieje z moją głową? Co oni mi zrobili?

„Co pamiętasz od tamtej nocy?”

Mrużę oczy. Tamta noc najwyraźniej znaczy, że minęła chociaż jedna następna. Ból był jednak dla mnie zbyt wielki, ja zbyt zmieszana, żeby mieć jakieś pojęcie o upływającym czasie. Równie dobrze może być nawet kilka miesięcy później…i nikt w Roswell za mną nie zatęskni.

„Ból.” odpowiadam mimo wszystko. Przynajmniej nikt mnie nie bije, a oni zadają pytania, zamiast wyciągać je siłą z mojej głowy.

„Wiesz, kim jesteś i dlaczego tu jesteś?”

Co to za pytanie w ogóle?

„Nie.”

„Doprawdy? Jakoś imię Laiah nie wydaje ci się obce.”

„To prawda, jest znajome.” mrużę oczy. Ten blondyn zna moje sny? Ma jakieś zdolności podobne do tych Isabel? A może on je włożył do mojej głowy? „Nie wiem jednak, skąd ty miałbyś je znać.”

Chłopak… mężczyzna… wzdycha jedynie. Unosi dłoń i nagle znów robi się wokół nas ciemno. Zadziwiające jednak, że cały czas widzę jego sylwetkę, jakby ta ciemność skupiała wokół niego każdą drobinę światła w okolicy. Kiedy niedługo potem ustępuje, znajdujemy się w zwyczajnym, ziemskim pokoju i w głębi ducha oddycham z naprawdę głęboką ulgą. Jednak tak źle nie może być… przynajmniej jestem na Ziemi albo moi porywacze usiłują mnie uspokoić.

„Zapewne masz wiele pytań. Na niektóre możemy ci odpowiedzieć, ale twoje zachowanie… to, że nie poznajesz ani mnie ani tych, których przywiozłem ze sobą, budzi… niepokój, łagodnie to ujmując. Oczekiwaliśmy nie tylko czegoś innego… wręcz kogoś innego. Nie jesteś taka, jak nam obiecano.”

Zduszam nagłe uczucie nieodpowiedniość i rozczarowania, ale uczucia niepokoju pojawieniem się ich nie jestem w stanie zignorować. Czemu jego słowa budzą we mnie tak głębokie emocje? Oni coś robią z moją głową, ale przecież nie są w stanie wpłynąć na uczucia… nieprawdaż?

„Chodź, L… Liz.”

Z jakiegoś powodu wymówienie mojego imienia sprawie mu trudność, a mnie jest niemal żal tego. Potrząsam głową w irytacji.

„Nie? No dobrze, oni mogą przyjść do ciebie…” blondyn zauważa spokojnie, ale i z rozbawieniem. Oddycham głęboko.

„Niee. Po prostu myślałam o czymś.” mamroczę w zakłopotaniu, co wywołuje jego jeszcze większą wesołość „Co jest takiego zabawnego w moim upokorzeniu i więzieniu tutaj w niewiedzy?”

„Nie jesteś więziona… raczej chroniona.” poważnieje „I ze wszystkich scenariuszy naszego ponownego spotkania… nigdy mi na myśl nie przeszło, że tak to się odbędzie… nie brałem nawet pod uwagę możliwości, że nie pamiętasz. Chyba byłem cholernie zarozumiały.”

Patrzę na niego jak na świra. Porywacze tak nie mówią, prawda? I o ile mnie pamięć nie myli, tak bezczelnego blond typka to jeszcze w swoim życiu nie spotkałam!

„Wydawało mi się, że mnie nie można zapomnieć. Cóż, każdy kiedyś spada z piedestału.” blondyn niemal śmieje się sam z siebie i w tej chwili przypomina rozbawionego chłopca. Nie wiem, ile ma lat, wydaje się jednak w jednej chwili strasznie młody, a w następnej, kiedy poważnieje, mam wrażenie, że to stuletni staruszek. A może… równie dobrze może być zmiennokształtnym. Przynajmniej według słów Nasedo, żyli o wiele dłużej niż ludzie… co to dla nich 50 lat na obcej planecie….

Te myśli przywracają mnie do rzeczywistości. Blondyn wskazuje dłonią, że mam za nim iść i tym razem bez żadnej siły ani protestów z mojej strony, drepczę niepewnie za nim. Coś mi bowiem mówi, że logicznie i chłodno, bez histerii i paniki otrzymam o wiele więcej odpowiedzi, niż będę w stanie przyjąć.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *