Deja vu (3)

Rozdział trzeci: Na głębokich wodach

Przez zamroczenie bólem słyszę jakieś głosy. Kilka głosów, właściwie. Są dziwne, brzmią w nich wysokie tony gniewu, rozczarowania, oskarżenia. Mimowolnie kulę się w sobie, kiedy te głosy podchodzą bliżej mnie.

Zostawcie mnie w spokoju.

Chociaż ból jest równie okropny co na początku, moje ciało zdaje się do niego przyzwyczajać. Jak mawiają, co cię nie zabije… nawet nie wiem, czy to coś mnie nie zabije. Lecz powoli, powolutku, podczas niekończących się godzin – a może to były minuty, nie wiem, czas dla mnie niewiarygodnie się wydłużył – świadomość wracała do mojej zmaltretowanej osoby. Myślenie wciąż przypomina powolne mielenie zębami przez studwudziestoletniego staruszka lecz i tak jest lepiej niż wcześniej.

Znów wracam pamięcią do ostatniego wieczoru z moich wspomnień. Wiem, że zostałam porwana, ale zupełnie nie wiem dlaczego. Przez obcych. Nie powinnam być, nieprawdaż?

Może pomylili mnie z Tess. Może uznali, że ja to ona… no i to obco brzmiące imię, bynajmniej nie jest moje… a wówczas cała Czwórka znajduje się w niebezpieczeństwie…

Coś ściska mnie mocno w żołądku. Dziwnie przypomina… rozczarowanie? Na litość boską, nie powinnam być, jednak myśl, że zostałam porwana przez omyłkę, niemal wysysa cały tlen z moich płuc. I zostaje rozczarowanie, gniew, smutek. To jestem aż tak marnym stworzeniem, że nawet porwać mnie dla mnie samej nikt nie mógł? Wiem, irracjonalne, ale w tej chwili wcale nie czuję się na siłach myślenia rozsądnie, logicznie i z regułami. No a poza tym skupienie się na własnej niedoli, chociaż przez chwilę, odciąga moje myśli od innych, o wiele poważniejszych zmartwień.

Jak chociażby powrót tej dłoni. Nie wiem czemu, ale dotyk tych gorących opuszków wywołuje zwariowane mrowienie w całym ciele. Przedtem to był zaledwie początek, wstęp do znacznie cięższej fali nieprzyjemności, bólu, który rozrywał moje ciało niemal na strzępy. Tym razem jest inaczej, ten dotyk jest pocieszający, jakby tylko upewniał się, że jestem tam, gdzie powinnam być.

Dziwne uczucie.

W końcu moje ciało słucha mnie na tyle, że jestem w stanie unieść powieki i to na kilka sekund. Światło w pokoju jest przytłumione, ale i tak nadal za ostre, ale mimo wszystko znoszę obronną reakcję, usiłując dostrzec coś wokół siebie. W nosie kręci zapach czegoś, co musi być lekami. Może jestem w szpitalu? Tylko jakoś nie widzę zielonych ścian, a o mojej piżamie mogę jedynie pomarzyć w skrytości ducha. Ergo, nadal naga i obolała, leżę na jakimś posłaniu, tym razem przykryta kilkoma warstwami prześcieradeł i koców. Przynajmniej jest mi ciepło.

Coś się porusza w cieniach, ale jestem zbyt zmęczona i wyczerpana, żeby dostrzec co lub kto to. Zaraz też okazuje się, że to on, mówi coś kompletnie niezrozumiale, przynajmniej dla mnie to kakofonia niezrozumiałych dźwięków albo też wszystko zlewa się w jedno. Co za różnica, i tak nie kumam. Człowiek chyba jest lekarzem, bo chwilę później delikatnie unosi moje powieki i świeci mi brutalnie prosto w oczy, mamrocząc coś do siebie.

Już go nie lubię.

Walczę z ochotą pokazania mu języka, ale wątpię by to mi w czymkolwiek pomogło. No i wymagałoby znacznie większego wysiłku, niż ten, na jaki mnie właśnie stać.

Znów zalewa mnie potok dziwacznych słów i zalewa to łagodna nazwa na tę kakofonię dźwięków, które niemal przewiercają mój mózg. Jeśli pojedyncza głoska to kropelka, to ja właśnie chyba tonę na środku jakiegoś przeklętego oceanu, wcale nie umiejąc pływać!

Kto do cholery wyrzucił mnie za burtę?

Potrząsam w myślach głową nad irracjonalnością mojego myślenia. Cokolwiek czy ktokolwiek jest przy mnie, miewa w mojej głowie. Jak Tess zmienia innym pamięci, Isabel wchodzi w podświadomość, tak samo musi teraz być ze mną. Ktoś wciska te dziwne sny w moją głowę, ktoś sprawia, że wszystko mnie boli i ktoś maltretował moich bliskich. I ten ktoś teraz robi obce hokus pokus z moją głową i ciałem, z wiadomych sobie powodów, które jednak w tej chwili naprawdę mało mnie obchodzą. Chcę odpłynąć w nicość… i szybko się tak dzieje. Uspokojona zupełnie logicznym wnioskiem, który telepie się niczym mantra w mojej głowie, oddaje się w objęcia Morfeusza, ignorując mało przyjemny wrzask protestu domniemanego ‚lekarza’.

~ * ~

Nie wiem, co za idiota wymyślił tekst w jednej z ksiąg, którą czytałam kiedyś jako dziecko w domu moich rodziców. Ujmując najkrócej, mówi on, że mężczyźni są równie terytorialni co zwierzęta.

Tego raczej nie napisała kobieta. Z drugiej strony naprawdę niewiele Strażniczek pisze jakiekolwiek księgi, a ich wiedza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie w sposób, który budzi najczystszy wstręt naszych najeźdźców i nawet chęć poznania naszych najświętszych tajemnic i sekretów nie skłania ich do wejścia w telepatyczny związek. Ich przeraża bycie jednością z kimkolwiek innym, nawet z własną partnerką, partnerem… aż dziw, że w ogóle się rozmnażają, skoro nawet fizyczną jedność uważają za coś brudnego, nieczystego i nienaturalnego.

Oni chyba tylko swoje statki uważają za ‚naturalne’.

Ale to raczej pełna złośliwości myśl, nie konkluzja nad tą piekielną rasą najeźdźców. To, że ich nie lubię z przyczyn i osobistych, i patriotycznych, nie znaczy, że mam jakiekolwiek prawo oceniać i potępiać ich kulturę. Z czegoś ona wynikła i nie można ot tak wyrzucać w błoto doświadczeń pokoleń dlatego, że coś mi się nie podoba w ich wnioskach.

I kto to mówi… Surinah czasem wyśmiewa bezlitośnie nasze wychowanie pośród członków wysokich rodów i mogę nawet ją zrozumieć. Te skostniałe zasady… albo sposób kojarzenia małżeństw. Sama myśl, iż mogłabym go nie znać, budzi we mnie strach. Ale tak samo myśl, że po mnie są inne w jego życiu, a często nawet przede mną. Obserwując nasze życia, moje, jego, naprawdę dziwi mnie to, co wypisują w księgach, co jest oficjalną wersją. Tą społecznie akceptowaną. Mężczyźni nie są terytorialni jak zwierzęta. Pierwszorzędna bzdura dla naiwnych debiutantek, które należy zmusić do zachowania seksualnej niewinności do czasu zamążpójścia. Co i tak jest nielichym zadaniem, biorąc pod uwagę naszą fizyczność.

Obserwuję życie na dworze, widzę relacje Khivar – Księżniczka… Ten babsztyl jest naprawdę, naprawdę paskudny. Jej rasa uważa ją za piękność… no, może po godzinach spędzonych u źródeł, jej szara skóra z lekka nabiera gładkości, a łysa czaszka lśni jak pochodnie w mroku… no dobrze, może jestem z lekka zazdrosna o jej powodzenie albo miejsce w życiu Khivara. Która z rezydentek nie jest? Nawet Surinah, która jak doskonale dzisiaj wiem, pozostaje od lat w bardzo nieformalnym, ale szczęśliwym związku, nadal gra rolę kochanki naszego pana tylko po to, by wkurzyć tego babsztyla. Całkiem skutecznie, poza oficjalnym stanowiskiem uchodzi za straszną furiatkę. Nigdy wcześniej się z nią nie zetknęłam osobiście, ale historie które krążą wśród służby nie należą do najprzyjemniejszych. I otrzymałam wizytę od każdej rezydentki, a każda traktowała przez godziny tylko i wyłącznie o tym, jak uniknąć Księżniczki. Nie tylko dla bezpieczeństwa dworu i aktualnych stosunków, ale przede wszystkim dla własnego, osobistego. Surinah ma naprawdę paskudny ślad po ranie zadanej przez tą nadętą, wredną sukę. Najprawdopodobniej jedynie tylko moc naszego pana utrzymała ją przy życiu.

Co i tak niestety nie zmienia jej oficjalnych przywilejów. Wiem, że jakiś czas temu Khivar coś zrobił, co bardzo się nie spodobało Księżniczce i naprawdę bardzo wkurzona zaprzestała odwiedzin u Źródeł… Szczęśliwie dla mnie przybyłam na dwór w tym okresie. Ale wiem, że ona wraca, słudzy szemrają o tym po kątach. Dotarły do niej jakieś plotki, nie wiem jakie, jedyne co udało mi się wywiedzieć, tak naprawdę podsłuchałam. Nikt nie chce ze mną o tym mówić, nawet Surinah zaciska wymownie usta z dezaprobatą i odsyła do apartamentów.

I czuję się znów jak wtedy, kiedy tu przybyłam, przestraszona młoda dziewczyna… nie mającą większego pojęcia o sprawach dorosłych. Ale Surinah jest tutaj teraz jedyną osobą nade mną, której władza nad naszym panem przewyższa tą, którą Khivar podarował mi częstotliwością zaprosin do jego sypialni. Nie wynika z dzielenia łoża, bo wiem, że nigdy go nie dzielili. Skądś ona wypływa, z czegoś, czego nigdy nie odkryłam. Wiem, że Surinah jest chroniona zaraz po Khivarze. I długo, długo potem ja. Zastanawia mnie to, powiedziałabym nawet, że jestem zazdrosna. Nie o jej pozycję na dworze, ale w jego życiu. Jej słucha po pierwsze, mnie prawie wcale… To boli. Niemal tak samo kłuje myśl o powracającej Księżniczce. Prawdopodobnie następne dni nie zostanę wezwana przez niego i sama myśl o tym przywodzi łzy do moich oczu. Dlatego zaprawdę nie wiem, kto napisał, że mężczyźni są terytorialni… to nic w porównaniu z uczuciami kobiety, która wie, że znaczy mniej niż jedna z tysięcy czarek ciepłej wody ze Źródła, którą kiedyś została obmyta.

~ * ~

Drzwi zamykają się za mną. Przestrzeń zalewa mnóstwo światła, zupełnie jakby słońca były w zenicie. A przecież wiem, że teraz mamy zaćmienie.

Mojego umysły także… Serce telepie mi się jak zwariowane w piersi, strach wcale się nie zmniejsza. „Lecz jeśli nie zdołasz uchwycić jego spojrzenia…” Wzdrygam się nieznacznie. Słowa Surinah wydają mi się teraz nader złowieszcze. Opuściłam rodzinny dom na długo przed chwilą, kiedy młode kobiety wtajemnicza się w odpowiednie sekrety świata dorosłych. Chociaż życie na Łąkach nauczyło mnie wielu spraw, których dzieci istnienia nawet nie podejrzewają, nie było tam jednak nic o spojrzeniach. Co najwyżej takich, których należy się wystrzegać, szczególnie mężczyzn je noszących, skupionych na tobie.

Och, w tej chwili pojmuję dokładnie, jakże naiwna i powierzchowna jest moja wiedza o męskim zachowaniu. A przecież jeśli nie spodobam się dzisiaj mojemu panu… to nie jest jakiś mężczyzna,  tym bardziej nie mój narzeczony, ale osoba o wiele, wiele ważniejsza. Nasz pan! I zostałam pozostawiona sama sobie, z tym trudnym zadaniem, kiedy wszystko to, co wiem o stosunkach męsko-damskich odrzuciłam już w chwili przekraczania progów Królewskiego Domu.

Materie wirują wokół mnie, kiedy niepewnie zdążam przed siebie do wnętrza komnat. Wreszcie rozstępują się, ukazując nie tak wielką, pogrążoną w półmroku  przestrzeń. Jest coś dziwnego w tym, jak materie zamykają się za mną, uwalniając mnie od siebie. Czuję się, jakby odgradzały mnie nie tylko od reszty pałacu, ale przede wszystkim od całej energii wokół. Nie czuję nawet innych żyć w pobliżu, chociaż wiem, że komnat strzeże co najmniej tuzin Strażniczek w najbezpieczniejszych czasach. A teraz? Kilkakrotnie więcej czuwa za dnia, kiedy komnaty są puste, a pan dogląda nas troskliwym okiem.

Podążam do środka, na wymalowane dawne symbole królewskiego rodu, tak, jak wcześniej poinstruowała mnie Surinah… opadam nagle w przestrzeń, w dół. Kiedy ciemność wokół mnie zanika, pierwsze, co rejestrują moje zmysły wokół, to znudzony męski głos. Jest podszyty irytacją, ale przede wszystkim brzmi w nim zmęczenie.

„Nie no, kogo znów przysyła mi tu kochana Suri?”

Nerwowo rozglądam się wokół, przynajmniej na ile pozwala mi mój ubiór i formy. Rezydentka mogłaby to zrobić bez najmniejszego problemu, ale ja jestem ledwie kandydatką na nią. I ciemność wokół rozstępuje się powoli i jedyne, co widzę to dziwne, zamazane kontury. Nie słyszę kroków, raczej czuję, że ktoś się zbliża. Energia, którą roztacza ta osoba jest po prostu tak przeogromna, że dreszcze przerażenia wędrują wzdłuż mojego kręgosłupa i paraliżują moje ruchy.

Coś od tyłu zrywa mi kaptur z głowy. Nie podnoszę wzroku, i tak byłoby to daremne, ponieważ przede mną nie ma nikogo. Za to za mną… Przełykam nerwowo, a dłonie dziwnie drżą. Strach zmienia się w dziwne uczucie obserwacji, jakby jego wzrok przenikał przez materię, wędrując i doceniając każdy szczególik mojej sylwetki.

„To ty…” ten sam mężczyzna mówi ze zdumieniem, ale i z prawdziwym rozbawieniem brzmiącym w głosie, które powoli… nie, wyjątkowo szybko zamienia się w gardłowy pomruk, wywołujący nerwowy skręt moich wszystkich dziewiczych wnętrzności „Aaaa.”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *