Deja vu (2)

Rozdział drugi: Pomocna dłoń

Ciepło. Otacza mnie ze wszystkich stron, ogrzewa, oddala zimno wypełzające z mojego wnętrza.

Boję się.

Zimno jest strachem.

Czy strach tkwił we mnie? Syczy, kurczy się, swędzi… coś od środka usiłuje się przedrzeć na światło dzienne. Dziwne, niesamowite. Ogromnie niepokojące.

Ciepło znów powraca i tym razem jest silniejsze. Naprawdę rozgrzewa. Jęczę bezwiednie, kiedy moje ciało zaczyna reagować na nie. Tysiące mrówek nagle pełza pod moją skórą i wszystko, włącznie z tym dziwnym uczuciem strachu, gwałtownie znika wobec bolesnego skrętu moich kończyn.

To jest prawie nie do wytrzymania. Chcę wrzeszczeć, ale nie mogę. Nic nie wydostaje się z mojego gardła.

Wtedy wszystko wraca. Dziwna noc. Błysk światła. Święcące istoty w moim domu.

Tata.

Nie, nie tata. Nie wiem, który z nich był tatą. Co się z nim stało. Co z mamą? Gdzie są? gdzie jestem ja?

Przerażające ‚mrówki’ są coraz intensywniejsze. Usiłuję się szarpnąć, poruszyć, zrobić cokolwiek, co zatrzyma tę straszliwą torturę. W końcu jednak ból odchodzi… a ja czuję jak coś chłodnego otula moje ciało. Wyczerpanie jest silniejsze niż moja wola, niż chęć uniesienia ciężkich niczym ołów powiek.

Szsz… Laiah.

Gdybym mogła, zmarszczyłabym brwi. Znów ten dziwny szept… ale w następnej sekundzie czuję, że odpływam w zapomnienie. Znów.

~ * ~

Moje ręce gwałtownie drżą, unosząc po raz kolejny naczynie z wodą i wylewając jego zawartość na równie drżące ciało. Boję się. Straszliwie. Trzęsę się w środku, w moim umyśle tak, że dociera to nawet do mojego ciała.

Jak często zostajesz kochanką samego Khavara?

No dobrze, jeszcze nie jestem. Ale będę. Wkrótce. Moje dłonie trzęsą się tak mocno, że naczynie po raz kolejny wypełnione ciepłą wodą Wielkiego Źródła, osuwa się spomiędzy palców i z cichym brzękiem upada na granit pod moimi stopami.

„Laiah… pozwól…”

Czyjś miękki, uspokajający głos wyrywa mnie z oszołomienia i bezmyślnego gapienia się na porzucone naczynie. To źle wróży. Bardzo źle. Co mówią legendy jeśli podczas przygotowań dziewicy upadnie naczynie? Im bliżej pierwszej nocy, tym gorzej to wróży.

Wzdrygam się. Nigdy za bardzo nie wierzyłam w legendy, uznając, że to po prostu kolejna forma kontroli przybyszów nad nami, rdzennymi Antarianami. Że legendy są jakąś formą wymuszenia na nas uznania ich wierzeń, historii i pretensji do naszych ziem. Ale teraz… gapię się w przerażeniu na naczynie, czując jak niemiły dreszcz pełznie wzdłuż mojego kręgosłupa. Nie mogę pozbyć się straszliwego przeczucia. To po prostu tkwi we mnie jak dziecinny strach przed rodzicami i starszymi.

Trudno oddalić to od siebie. Nawet Strażniczki podobno się z tym borykają.

Czuję, jak woda ponownie spływa po moim ciele. Ponad tysiąckroć, jak żąda tego prawo, muszę zostać obmyta ciepłymi wodami Wielkiego Źródła. Prawo jednak ustanowiono w zupełnie innych czasach, a mimo to jest przestrzegane… tylko, że mi dotąd nie towarzyszył nikt. Zostałam sama. Cóż, mogę sobie wyobrazić, co dotychczasowe rezydentki muszą myśleć. I złościć się niepomiernie. Moje przybycie jest jak ciosem prosto w twarz i serce, że nie wystarczają swojemu panu.

Uczciwie zapytawszy, jakim typem mężczyzny musi być Khavar, skoro ma trzy nałożnice, Księżniczkę Vilandrę na swoje usługi i jeszcze żąda następnej kobiety w swoim łożu?

Ale nie ważne, jakim mężczyzną jest, ważne, że jest naszym najlepszym liderem od pokoleń. Tak mi niegdyś mama powtarzała… nie ma jej ze mną, by znów udzieliła mi jakiejś porady. Czegokolwiek. Albo chociaż aby była obok mnie. Najbardziej prawdopodobne, że nie spodobałoby się jej to, co robię… ergo, co zamierzam zrobić…starałaby się mnie odwieźć od tego… ale byłaby przy mnie, obojętnie co.

Zaciskam oczy, by powstrzymać łzy. Nie tyle pora na rozczulanie, woda by je ukryła, ale przede wszystkim niedopuszczalnym jest, żeby Khavar ujrzał moją opuchniętą od płaczu twarz. Mogłabym stracić wszystko na starcie.

Ciepła woda uśmierza powoli mój strach, łzy jakoś zostają zapomniane. Zaprawdę powiadają, że wody Wielkiego Źródła mogą zdziałać cuda.

Naczynie z brzękiem zostaje odstawione. Unoszę wzrok. Obok mnie czeka ta kobieta. Przyglądam się jej ciekawie. Nie wygląda na rezydentkę, o nie. Ma bardzo rzadki u nas rdzawy odcień włosów, zupełnie jak ja. Jej oczy są spuszczone, najwyraźniej czeka na rozkazy.

Która z dotychczasowych nałożnic ją wysłała? Oto jest pytanie.

W kompletnym milczeniu pomaga mi osuszyć się i ubrać. Maluje moje ręce i twarz, splata włosy. To wszystko zajmuje godziny, wiem o tym nie śledząc upływającego czasu ani cieni na ścianach ciemnych jaskiń. Zawsze tyle zajmuje. Każda dziewczynka to wie. Ja też wiedziałam. Ale pod ciepłymi, zręcznymi palcami tej kobiety czas zdaje się umykać.

Wreszcie, następuje ten czas, kiedy wychodzę do świata. Do nich. Innych rezydentek czekających na rozkazy naszego pana. Nie mogę powstrzymać delikatnego dreszczu strachu.

Dla pozostałych jestem zagrożeniem. Ciosem w ich dotychczasową pozycję. Nie przyjmą mnie miło. W najlepszym wypadku…

Szata dźwięczy lekko przy każdym moim ruchu. Siadam na krawędzi podestu otaczającego zakole dużego pomieszczenia. Zapewne panuje tu co dzień gwar. Kilkanaście ciekawych głów lustruje mnie naprawdę uważnie, zastanawiając się, co takiego zobaczył we mnie ich pan.

Rdzawowłosa kobieta przechodzi obok mnie, aż wreszcie spoczywa na poduszkach. Z zaskoczeniem spoglądam na jej wcale niemłodą twarz, kiedy ściąga wreszcie kaptur z głowy. Nie ma tradycyjnego uczesania, dziesiątki drobnych warkoczyków, które widziałam wcześniej na brzegu szaty, spływają teraz swobodnie wzdłuż całej postaci. Jej oczy są tak intensywnie niebieskie, iż prawie nierealne. Prawdopodobnie pochodzi z bardzo wysokiego rodu, jak ja, ale w odróżnieniu od niej, po mnie tego nie widać.

Nagle drzwi obok otwierają się i mój żołądek zaciska się w bolesnym przewidywaniu. Mimo to i tak jestem zaskoczona, słysząc swoje imię. Posłusznie wstaję, chociaż moje kolana drżą tak bardzo, iż cudem jest moje utrzymywanie się w pozycji pionowej. Odwracam się w stronę właściwego wyjścia.

„Laiah?”

Zatrzymuje mnie głos tamtej kobiety.

„Jeśli spojrzysz w jego oczy, nie masz się czego obawiać. Nic nie będzie dla ciebie bolesne.”

Kompletnie zaskoczona odwracam się w jej stronę. W jej błękitnych oczach widzę powagę i odrobinę życzliwości, w całkowitym przeciwieństwie do dwóch kobiet za nią, które mierzą mnie z czystą niechęcią i zawiścią. A więc ona jest rezydentką…

„Lecz jeśli nie zdołasz uchwycić jego spojrzenia…”

Powoli kiwam głową. Nie spodziewałabym się nigdy życzliwości ze strony którejkolwiek z dotychczasowych rezydentek.

„Znasz moje imię, nie znam twojego…” odważam się wyszemrać. To wbrew wszelkim regułom, młodszej nie wolno o to pytać starszej. Ale cała ta sytuacja jest trochę surrealistyczna. Ta noc może być ostatnią w moim życiu, chcę przynajmniej znać imię tej, która okazała mi odrobinę ciepła, nawet jeśli jej powody mogą być niejasne i nieszczere.

„Surinah.”

„Dziękuję, Surinah.” mruczę cicho, bowiem Strażnik ponagla mnie niecierpliwym gestem. Wzdycham wewnętrznie. No tak. Dla niego nic nie znaczę. Jedyna moja nadzieja w tym, że tej jednej jedynej nocy spodobam się Khavarowi. Wszystko od tego zależy, tymczasem jedyne, co się kołacze w mojej głowie, to strach i obawy.

~ * ~

Ciepło.

Sunie po mojej ręce, wywołując przyjemny dreszcz w całym ciele. Nie ma żadnego bólu, żadnej sztywności. Po prostu powoli cała władza nad moją zmaltretowaną osobą wraca do mnie.

Przeciągam się powoli, a ciepło przy mnie ogniskuje się i przybiera jakiś nieokreślony kształt przy mnie. Pomrukując przysuwam się bliżej tego ciepła. Jest miłe. Wręcz… przyjemne. Uśmiecham się do siebie. Coś ciepłego sunie po mojej ręce, zupełnie jakby chciało się upewnić, że wszystko w porządku. Całe ciało budzi się do życia, a ja nie mogę pozbyć się tego głupiego poczucia zadowolenia i szczęścia, które przynosi ta gorąca, pieszcząca moje ramię…

…DŁOŃ?

Wstrząśnięta otwieram oczy i pierwsze, co widzę, to mięśnie igrające pod gładką skórą. Mrugam oszołomiona. Dłoń wcale nie przerywa swojej wędrówki. Sunie sobie tam i z powrotem po moim… Boże, nagim… ramieniu… Nie nawet ułamek sekundy zajmuje mi zrozumienie, że leżę na jakimś łóżku, zupełnie naga, przykryta jakimś bardzo lekkim i chłodnym materiałem. Usiłuję powstrzymać rumieniec, ale marnie mi to wychodzi.

Jeszcze gorzej jeśli chodzi o poruszenie się. Nawet nie mogę podnieść głowy, żeby spojrzeć, kto to… czy też co to. Pomijając już kompletnie ten fakt, że nie znam żadnego faceta o takim ciele. Ale kto to mówi… liczbę chłopców bez koszulki, których widziałam w życiu, mogłabym policzyć na palcach jednej dłoni.

… dłoń. Ta myśl sprowadza mnie znów do rzeczywistości. Teraz wędruje sobie spokojnie po mojej szyi, odgarnia cierpliwie każdy kosmyk włosów, jakby miała prawo do robienia ze mną czegokolwiek, co zechce. Nie chcę. Moje oczy już są pełne łez. Mrugam desperacko, chcąc je powstrzymać. Dopiero miałby triumf…

W końcu jednak coś w moim zamrożonym systemie nerwowym jednak drga, bo udaje mi się podnieść głowę na parę centymetrów. I napotykam uważne, stalowe spojrzenie. Nie jest wrogie, ale przepełnione jakąś dziwaczną mieszaniną podekscytowania, oczekiwania i ciekawości, jakby tylko odliczał sekundy do czegoś z mojej strony i cieszył się na to jednocześnie. Palące, słone łzy suną już swobodnie po policzkach. Nie wiem, czy to z ulgi, czy z wcale nie niknącego strachu. Nie mogę ich powstrzymać. Jestem bezradna, a ten… ten… ktoś robi, co mu się żywnie podoba. Aktualnie wodzi kciukiem po linii mojego podbródka. Nie potrafię powstrzymać drżenia. Psiakrew, mrowienie znów wraca.

Zaciskam powieki, spodziewając się ponownej fali nieprzyjemnego, ostrego bólu. Mrowienie pod skórą nasila się. Chcę krzyczeć, usta nawet otwierają się do krzyku, ale żaden dźwięk nie wydostaje się z moich ust. Tylko kolejne łzy spływają po policzku. Już nawet nie wiem, czy palą, czy są słone… cała moja skóra staje w bolesnym ogniu, dręcząc, niemal odbierając świadomość.

Szsz… Laiah.

Znów ten szept, ale nawet nie mogę się go uchwycić, bo moje gardło gwałtownie rozdziera wrzask bólu. Nie wiem, jakim cudem. Nie pytajcie. To nie ma sensu. Jest tak silne, że praktycznie moje struny głosowe zdzierają się, płuca wrzeszczą o tlen, ale histeria i ból wcale przez to nie odchodzą. Ja nie chcę. Nie chcę. Zostawcie mnie w spokoju. Jestem Liz. Nie jestem nią. I nigdy nie byłam.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *