Deja vu (17)

Rozdział siedemnasty: U Źródła

Co jak co, ale do widoku Khavara rozłożonego na łóżku – moim łóżku – powinnam dawno przywyknąć. Jakoś nie potrafię i widok ten wywołuje dziwne harce w moim żołądku. Jeszcze nie zdecydowałam, czy dobre czy złe, czy w ogóle jakieś inne. Po prostu reakcja tam jest i dodatkowo irytuje mnie, że nie potrafię się zdecydować, czy to dobrze czy to źle.

Wcześniejsze postanowienie porozmawiania o ważnych sprawach pierzcha gdzieś w cienie królewskich komnat, kiedy tylko jego stalowe spojrzenie spoczywa na mnie i Khavar uśmiecha się. Trudno nie odwzajemnić tego uśmiechu. Jestem tylko nastolatką, i to w ziemskim nastoletnim wieku. Według antarskich rachub nawet nie wyszłam z wieku dziecięcego.

To mi przypomina efekty własnej pracy. Lubię szczegóły, rozkładać je na części pierwsze i analizować pod każdym możliwym kątem. Pewnie dlatego w ziemskim życiu tak marzyła mi się praca naukowca. Idealnie coś dla mnie i mojej natury.

„Cóż za uśmiech.” Khavar obejmuje mnie od razu, jak tylko siadam na łóżku. Czy też formie łoża, bo ja nawet nie wiem czym są antarskie meble. Niewiele mają wspólnego z ziemskimi.

Niesamowite, jak bardzo wszystko może zmienić nastawienie. Kiedyś w jego pytaniu widziałabym samo zło, chęć kontrolowania co najmniej. Tymczasem on nawet nie jest towarzyskim typem i często nie ma pojęcia co powiedzieć (tym bardziej co powiedzieć by mnie nie denerwować). Zadziwiające, nie wiem czy ja to wiem bo byłam Laiah czy wiem dlatego, że dzień w dzień i noc w nocy jestem rezydentką królewskich komnat. Nie mam swoich osobnych pokoi jak w poprzednim życiu. Naprawdę, ktoś tu nie zamierza spuszczać mnie z oczu.

Od kiedy więc wszystkie te złe rzeczy przestały dręczyć nadmiernie moją głowę, zmieniło się też moje nastawienie i postrzeganie otoczenia. Trochę z większym dystansem traktuję życie Laiah. Wiem już, że to przeszłość, obojętnie jak bolesna. Muszę tylko wyciągnąć odpowiednie wnioski. Gdyby tylko o Khavara i jego wygodę chodziło, Tan nigdy nie wrzuciłby z powrotem do mojej głowy wszystkich tych wspomnień. Bez nich byłoby mi zapewne łatwiej, gdyby tylko o to chodziło. Nie, to wszystko było z innego powodu. Z mojego i jego.

Tan nie tylko był moim ziemskim tatą, ale przede wszystkim był moją rodziną. Moim starszym bratem, może nie nadopiekuńczym niczym rodem z ziemskich bajeczek dla niewinnych panienek, ale ostoją. Dzięki odnalezieniu jego po latach rozłąki, tyle czasu wytrzymałam w pałacu będąc rezydentką. A potem dzięki naszemu młodszemu rodzeństwu. Dobrze mieć rodzinę i swoje miejsce na świecie, nawet jeśli jest się dzieciakiem nie radzącym sobie zbyt dobrze z intryganckim światem królewskiego domu.

Chociaż chyba nie dzieciakiem. Nie wiem dokładnie teraz przez to zamieszanie we wspomnieniach, ile mam dokładnie lat i ile miałam w swoich wspomnieniach, ale na pewno musiałam mieć ich wiele. Tan jest ode mnie starszy o prawie trzy dekady, ale nasze przyrodnie rodzeństwo ode mnie dzieli znacznie większą, co najmniej dwukrotna przepaść wiekowa.

„Wspominałam Tana.” wyjaśniam i ignoruję pochmurniejące spojrzenie swojego władcy. Naprawdę, dawno powinien wyleczyć się z tej zazdrości o niego. Na litość boską, to był mój brat (co pewnie dawno temu wyszło w badaniach genetycznych po mojej śmierci) i przybrany ojciec. Łączyły nas więzi zupełnie innego rodzaju niż te, o które miałby podstawy być zazdrosny. Chociaż może jest zazdrosny o samą więź, zrozumienie, zaufanie… mimo że teraz panuje dobra, neutralna atmosfera, to jeszcze nie tak dawno skakaliśmy sobie do gardeł.   Sami sobie winni, i ja i on. Tan ma to, o czym on sam marzył, bez zbytniego wysiłku i obecności obok. Nie tylko przez naście lat opieki nade mną i zaufania, wynikające z roli rodzica. Ale może nawet to jest przedmiotem zazdrości Khavara, naście spokojnych lat bez problemów i ataków ze strony innych…

Biedak nie wie, że Laiah nawet jeśli była do kogoś przywiązana i kochała szczerze, nie dopuszczała do końca nikogo. I skończyło się to tragicznie. Gdyby tylko zaufała temu, któremu powinna na początku…

Cóż, nigdy nie mogło być zbyt późno na pewne rzeczy. Wyciągnąć rękę jest znacznie łatwiej, jeśli druga strona też to robiła.

„Kiedy będę mogła go zobaczyć?”

Khavar mruga groźnie, dziwne jak żyjąc obok można dostrzec pewne szczegóły. Zawsze to robi, kiedy dzieje się coś co mu się nie podoba. Nic innego go nie zdradza, ale gest jest wyjątkowo charakterystyczny.

„Mamę od razu też?” dodaję po chwili, kiedy nic nie odpowiada. Pytanie jest strzałem w dziesiątkę, furtką dla zaskoczenia i wręczenia gałązki oliwnej.

„A ty skąd wiesz?” mruży swoje szare oczęta „Kto sypnął? Miałaś nie wiedzieć.”

„Ty…” śmieję się niemal nos w nos, ale w odruchu cofam się nieznacznie. Żart jakoś przestaje mi wychodzić nagle, a atmosfera robi się ciężka.

Khavar bez słowa wraca do zabawy moimi włosami, a ja mam ochotę palnąć się w łeb. Nie dziwne, że Kahavr nie znosił Sati i chciał nowej rezydentki. Była nastawiona tylko na niego, wszystko kręciło się wokół jego woli i upodobań. Zero własnego zdania.

Gdyby mi podsunięto kogoś tak bezwolnego, nie wytrzymałabym godziny. Khavar ma cierpliwość, muszę mu to przyznać. Do mnie również. Wprawdzie nie marudzę już co krok, lecz aniołkiem na pewno nie jestem i nie będę.

Ściany królewskiego apartamentu zaczynają mnie przyduszać. Dawniej mogłam swobodnie poruszać się między poszczególnymi pomieszczeniami, teraz co najwyżej mogę o tym śnić. Zignorowałaby rozkazy Khavara, gdybym tylko wiedziała jak się poruszać… i wrócić do jego sypialni.

Niewiele wspomnień do mnie wraca, przynajmniej z tych użytecznych. Uzupełniają się luki w mojej pamięci i całkiem nowe tematy – lecz żaden jakoś nie wpływa na to, co potrafię. Pewnie wspomnienia nie wystarczą, muszę nauczyć się tego od nowa. Długa droga przede mną…

~  * ~

Budzę się pewnego wieczora, nawet nie wiem dlaczego. Khavara nie ma w pobliżu, mam jednak dziwne przeczucie że jest w komnatach. Nie ze względu na obecność strażniczek wokół tej przestrzeni, coś po prostu w środku mnie jest głęboko przekonane – jest w pobliżu.

Wstaję. Moja całkiem ziemska piżama nie jest królewskim strojem, ale należy do moich ulubionych. Jako rezydentka dostawałam mnóstwo pięknych szat, ale większości ich nawet nie przymierzałam. Jak cały system planety, opierały się na energii. Nie umiałam ich założyć w zeszłym życiu, i nie mądrzejsza jestem w tym. Ze dwie rzeczy na krzyż potrafię wdziać, głównie to co nosiłam podczas podróży. Leżąc uziemiona na tym dziwnym czymś niewiele strojów potrzebowałam…

Czasem Khavar coś że tak nazwę, narzuca na mnie, ot pstryk palców i nagle jestem spowita w coś z szafy rezydentki. Nie wiem czy to stare czy to nowe, nie jestem w stanie odróżnić. Mam wtedy dziwne wrażenie otoczenia przez energię, które zanika jak tylko szata się materializuje na mnie. Podobnie czuję się teraz. Khavar robi coś, co mnie jakoś dotyczy. Przebłyski są delikatne, ledwo wyczuwalne, ale są. Kieruję się więc do źródła.

Wchodzę do pomieszczenia, które słabo pamiętam ze swoich snów. Rozpoznanie przychodzi powoli, głównie po pewnych szczegółach i wrażeniu wszechobecności wody.

Tutaj obmywała mnie Suri przed pierwszym spotkaniem z Khavarem. Uśmiecham się mimowolnie na wspomnienie spanikowanych szaleństw przemykających mi wtedy po głowie. Cóż, Khavar nie tylko nie miał tych wszystkich kobiet w swojej sypialni, ale długo nie miał nawet Sati. Każde jej działanie zmierzające do powrotu do jego sypialni było sabotażowane przez Suri i jeszcze kogoś, kogo nie pamiętam. Czwartą rezydentkę. To dziwne, że nikt o niej nie wspomina ani ja nic nie pamiętam. Nie pierwsza i nie ostatnia zagadka.

Sati jest spokojniejsza w moim obecnym życiu – mimo dawki wredoty, to nie jest jednak nawet jedna dziesiąta jej dawnego poziomu. Nigdy nie przeszła rytuału przynależności, zresztą wątpię by którąkolwiek z nas oprócz Suri do tego zmuszano za rządów Khavara, bo rytuał wywiera w nim strasznie negatywne odczucia. Być może w końcu poznała kogoś z zewnątrz, kto dorówna jej złośliwemu humorowi i da radę odszyfrować jak krętymi ścieżkami wędrują jej myśli.

Niestety ja nie jestem spokojniejsza niż kiedyś, targają mną tylko inne emocje. Uwodzicielka ze mnie żadna, i starannie unikam w rozmowach jakichkolwiek nawiązań do mojego byłego związku z Khavarem.

Ale skoro wylądował tutaj, a ja za nim, chyba nie uda mi się unikać tematu w nieskończoność…

Unosi się na plecach w głębszej niecce. Ku mojemu utrapieniu nie ma niczego na sobie, starcza rzut oka by to stwierdzić. Uparcie koncentruję się na najbardziej znanych mi anatomicznych częściach. Nie jest łatwo. Przewrotna, damska ciekawość hula sobie we mnie w najlepsze.

Podchodzę cicho do brzegu niecki i siadam koło brzegu. Khavar odwraca się, najwyraźniej zaskoczony moją obecnością. Podpływa do brzegu i przewrotnie posyła w moim kierunku parę kropel.

„Przyszłaś obmyć się w wodach Źródła?” mruga do mnie szelmowsko, doskonale wiem co ma na myśli. Ponownie, jak przed laty nagle wszystkie moje kobiece wnętrzności zaciskają się w panice. Nic przecież nie wiem. Czy między Antarianami a Ziemianami były jakieś istotne różnice w pożyciu?

Ha! Jakbym za wiele wiedziała o ziemskim pożyciu. Co najwyżej jakąś teorię. Z praktyką u mnie żałośnie kiepsko, jeszcze gorzej z zastosowaniem teorii w praktyce…

„Ma to jakieś ukryte znaczenie?” unoszę pytająco brew, chociaż mam ochotę utopić go w tej sadzawce byleby tylko nie patrzył na mnie jak głodny na schabowy.

„Jesteś beznadziejna.” jęczy z udawanym oburzeniem, ale w szarych oczach iskierki rozbawienia nie pozostawiają złudzeń co do „ciężkości” tematu. Żartujący Khavar to nie częsty przypadek. Odwzajemniam się uśmiechem.

„Tu mnie przyprowadzono zanim… zanim zaprowadzili mnie po raz pierwszy do ciebie, prawda?” rozglądam się niby z zainteresowaniem, chociaż pomieszczenie  w ogóle mnie nie interesuje. Jakoś trzeba rozładować to napięcie, które nagle gromadzi się między nami. Niemal czuję na skórze tą energię. Postanawiam szybko zmienić temat, to okazja jakich mało…

„Z pierwszego roku niewiele pamiętam, ale pamiętam słowa którymi powitałeś mnie na swoim terenie. Znudzone pytanie, kogo ci znowu Suri przysyła i dziwną reakcję aaaaa kiedy ściągnąłeś mi kaptur.”

Teraz to Khavar jest zaskoczony i wcale tego nie ukrywa.

„Pamiętasz to… całkiem dokładnie. A co było dalej?”

„Na tym się urywa.” kręcę głową zaprzeczając „Pamiętam trochę zanim mnie do ciebie przyprowadzili, co myślałam… po raz pierwszy spotkałam Surinah, ale na początku nie wiedziałam, kim jest. Dopiero kiedy dołączyła do innych w oczekiwaniu, zrozumiałam że to rezydentka.”

„W oczekiwaniu?” najwyraźniej moja super skrócona wersja tamtych wydarzeń go ciekawi.

„Hm. Takie myśli czy odczucia są w tym wspomnieniu. One zgromadziły się, by oczekiwać. Przedtem myślałam, że oczekują wezwania, ale najwyraźniej to nie było to.”

„Niech to…” Khavar kręci głową „Suri zawsze miała polityczny talent, przewyższała mnie w nim niepomiernie. Ona powinna być panią planety, wszyscy lepiej byśmy na tym wyszli.” prawie kpi lekkimi żartami, ale czuję że w jego słowach jest więcej własnego osądu niż ktokolwiek z obcych by się spodziewał „Więc… ciekawa?”

Kiwam głową w niemym potwierdzeniu. Jakoś brakuje mi słów, by powiedzieć „ogromnie”.

„Zobaczyłem cię kiedyś na Łąkach… nie pamiętasz tego, to nazwa jednego z wybrzeży na wielkich jeziorach. Wspinałaś się ze śmiechem po skale, jakby woda cię goniła. Może tak i było, ale zwróciło to moją uwagę. Nasi współplemieńcy nie zawracają sobie głowy wodą, ani tym bardziej z nią się nie komunikują ani bawią. Zachowywałaś się inaczej, spodobało mi się to. To był pierwszy raz, gdy cię widziałem. Wracałem kilkakrotnie tam, nie zwracałaś na mnie uwagi, jakbym był elementem krajobrazu. Większe zainteresowanie budziły w tobie strażniczki na wybrzeżu…”

„Nie czułeś się ignorowany? Jak powietrze? Postanowiłeś zrobić na przekór, bym cię zauważyła? Okazała zainteresowanie.”

„Nie.” Khavar się śmieje, jakbym powiedziała coś wyjątkowo zabawnego „Zupełnie nie… nawet nie widziałem z początku kim jesteś, jak wyglądasz. Byłaś po prostu energią, jak wszyscy dla mnie wokół. Kształtu nabrałaś później…” uśmiecha się, najwyraźniej na przyjemne wspomnienie „Postanowiłem powtórzyć twoje igraszki z wodą, ale obojętnie czego próbowałem, nie działało. W końcu wpadłem pod wodę. Oczywiście utopić się nie mogę, strażniczki nie reagowały na moje wygłupy… wypłynąłem na powierzchnię koło skały, siedziałaś tam i patrzyłaś na mnie tymi swoimi oczkami, zaciekawiona co próbuję zrobić. W końcu włożyłaś rękę do wody i ona sama zaczęła mnie gonić. Ot, tak. Życzliwy gest od mieszkańca Łąk wobec gościa, niczym nie podyktowany. Nie wiedziałaś, kim jestem. Wyczuwam niestety takie rzeczy…” dodaje z nutą goryczy „Po ponad dwustu latach to było niczym czysta radość, otrzymać coś po prostu od kogoś, dla mnie samego.”

„Postanowiłeś mnie mieć.” kiwam głową, teraz nasza historia ma sens. Bardzo dużo sensu! „Chciałeś mnie dla siebie samego, nie kolejnej rezydentki.”

Szare oczy na chwilę ciemnieją.

„I to i to. Jestem panem życia, gdyby nie było koło mnie rezydentki, wysokie rody zmusiłyby mnie do zawarcia małżeństwa. Rezydentka musiała być. Nie spodziewałem się jednak zupełnie, że Suri spełniła moją prośbę aż nazbyt trafnie… Nie wiem, gdzie cię spotkała, ale w międzyczasie wybrała ciebie na rezydentkę i sprowadziła do pałacu, zanim zdążyłem jej oznajmić że sam znalazłem kandydatkę. Mały przerażony kłębek nerwów. Jednej nocy Suri wysyła do mnie kolejną kandydatkę na rezydentkę, a tu okazuje się, że to ty…”

„Wiele ich było?” jak zwykle moja zazdrosna część natury musi wyrwać się z niemądrym pytaniem.

„Parę…” Khavar reflektuje się „Dziwne, byłaś pierwszą, którą Suri wybrała. Wszystkie inne były podsuwane przez wysokie rody, w nadziei że któraś przypadnie mi na tyle do gustu, bym się z nią ożenił i spłodził syna.”

„Straszne były.” podsumowuję z uśmiechem. Co jak co, ale tego przymusu Khavar nienawidził najbardziej w świecie. Było kwintesencją jego walki o jako takie stanowienie o sobie i swoim losie.

„Spodobałaś się nam obojgu.” przytakuje „I wkurzałaś wysokie rody niepomiernie… i nadal to robisz. Najchętniej wpakowaliby cię na statek i wysłali na Ziemię.”

Moja frustracja musiała być im na rękę. Jakkolwiek nie czuję się winna wcześniejszej paranoi, to krzywię się na samą myśl o przemiłej gromadce osobników bardziej jadowitych niż kobra królewska. Zadzierających nosa gorzej niż arystokraci w średniowieczu! Co gorsza oni realnie rządzili i mieli wpływ na nasz świat. I ta grupka wzajemnej adoracji najchętniej wysłałaby mnie na tamten świat. Aż dziw, że Khavar zdołał mnie odtworzyć.

Być może właśnie dlatego wysłano mnie na Ziemię. By trzymać z dala od nich?

„Ale ty to zrobiłeś…” zauważam przytomnie „Z ich powodu.”

„Częściowo.” przyznaje „Obojętnie co, miałaś być bezpieczna daleko stąd. Nawet Przybyszom nie przyszłoby do głowy ścigać cię na Ziemi.”

„Zabawne. Trafiłam od razu na Zana.” waham się czy ciągnąć temat „I Vilandrę.”

Rezerwa w oczach Khavara mówi wyraźnie, że nie ma ochoty podejmować tego tematu. Ja też nie. Nie obejmuję go rozumem i nie zamierzam. Isabela, którą poznałam nijak miała się do mordercy rezydentki i królewskiego syna. Nawet powstało coś na kształt przyjaźni między nami, jak miałam przyrównać ją do osoby odpowiedzialnej za tak straszliwą zbrodnię?

Zbieram się. Nic tu po mnie.

Khavar nagle podnosi się w wodzie, ściągając moją głowę do dzikiego pocałunku. W następnej sekundzie ląduję w wodzie obok niego. Bliżej już nie można. Ups, chyba wpadłam jak śliwka w kompot.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *