Deja vu (16)

Rozdział szesnasty: Deja vu

Moje dni na Antarze zaczynają zlewać się w jedno. Głównie dzięki stanowi, który na Ziemi nazwałabym traktowaniem rozpieszczonej maskotki. Tak się czuję, dlatego dni zlewają się w jedność. Hm, nawet w moich myślach panuje masło maślane…

Nie opuszczam zupełnie królewskiego domu, praktycznie nie wychodzę poza apartament Khavara, a w ogóle na świeżym powietrzu to byłam może w sumie ze trzy razy. Oczywiście w towarzystwie naszego pana… nic nie odbywa się teraz bez jego zazwyczaj osobistego nadzoru. Przysięgam, niedługo to zabronią mi nawet kichać bez jego pozwolenia.

Wieje nudą, muszę przyznać. Oczekiwałabym, że życie na obcej planecie będzie się mocno różnić od ziemskiego, albo przynajmniej będzie tyle nauki dla mnie, że będę zbyt zmęczona by myśleć. Ale niestety nie ma tak dobrze. Mam za dużo czasu na myślenie, co w moim wypadku nigdy nie daje zbyt pozytywnych rezultatów. I co z tego, że Khavarowi udało się zablokować najpaskudniejsze wspomnienia z życia Laiah, zaczynam sobie układać listę rzeczy do znielubienia na zawsze już w tym? Uwięzienie w pałacu, na które rezydentka aż tak bardzo nie narzekała, chociażby. Chciałabym czasem o wiele lepiej pamiętać swoje poprzednie życie, może przynajmniej byłabym zdolna do paru rzeczy. Może wymykanie się z pałacu, by spotkać się z Tanem do takowych by nie należało, odkąd naprawdę nie pamiętam, jak mogę go spotkać poza pałacem. Bycie jednak złotym ptaszkiem w klatce wcale mi nie odpowiada, zwłaszcza bycie złotym ptaszkiem, który nawet nie jest tam dla ozdoby. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czemu Khavar mnie tu trzyma, w królewskim domu, w swoim apartamencie. Konflikt z wysokimi rodami zbytnio mnie w tej kwestii nie przekonuje. Mimo wszystko on ma naprawdę potężne możliwości; a nawet jeśli, zwyczajnie mógłby mnie umieścić gdziekolwiek w swoim domu, i niekoniecznie we własnym apartamencie.

Przechadzam się po posadzce. Jest fioletowo-czarna, matowa, bez najmniejszego śladu połysku. Tłumi wszelkie kroki, podejrzewam, że jak większość urządzenia pałacu wszystko w apartamencie do najmniejszej śrubki jest czysto antariańskie i nie wytworzone przez technologię Przybyszów. Duma Antarian nie pozwoliłaby im na to, o nie.

Materie wirują lekko, co znaczy, że całkiem sporo Strażniczek jest na zewnątrz. Jeszcze pół godziny wcześniej było spokojniej, prawdopodobnie Khavar wrócił do pałacu, gdziekolwiek był wcześniej i niedługo będzie u siebie. Przynajmniej jakaś odmiana…

Porzucam jedną z książek, które inni obcy przywieźli dla mnie z Ziemi. Zdecydowanie to nie był ktoś, kto chociaż raz był w mojej sypialni nad Crashdown; inaczej chociażby po jednym spojrzeniu nigdy nie wybrałby takiego szmirowatego dzieła. Bohaterowie pobrali się w trzecim rozdziale i mówiąc szczerze, to chyba jedyne w miarę rozkręcające całą akcję wydarzenie. Ktoś powinien był powiedzieć autorce, że skończyła historię na trzecim rozdziale…

Siadam na łóżku, nadal sfrustrowana własnym więzieniem. Pomyślałby ktoś, że bycie własnością pana naszej rasy powinno być nieco bardziej emocjonujące lub obfitujące w intrygi i różne takie aspekty życia w królewskim domu. Pewnie dla innych to oznacza, dla mnie zdecydowanie nie…

Psiakrew, on nawet nie wykazuje najmniejszej chęci dotknięcia mnie. Czy rodząc się na nowo zupełnie straciłam chociaż ten rodzaj wpływu na mnie…? Niekoniecznie chcę usłyszeć potwierdzenie moich obaw…

Ktoś inny postukałby się w głowę nad takim myśleniem zapewne. Tylko, że razem z frustracją i mnóstwem czasu na rozmyślania, przychodzi więcej strachu. Oprócz uporu i satysfakcji z dokopania przeciwnikowi, do czego ja właściwie jestem mu potrzebna?

Wcześniej, na Ziemi, myślałam, że jeszcze przynajmniej pragnie mnie fizycznie, ale najwyraźniej własnym zachowaniem to zniszczyłam. Jak długo wierzył, że jestem Laiah, tak długo mnie chciał… jako Liz, ta nowa, dziwna dla niego osoba, nie jestem mu praktycznie potrzebna.

I na litość boską, raczej celibatu przez tych pięć lat nie przestrzegał. Dlaczego miałby…? Może nie Sati, ale z pewnością są tysiące innych kobiet, które sprzedałyby swoje życie, by znaleźć się w jego sypialni. Nie dochował wierności Laiah, dlaczego miałby się krygować po jej śmierci… ba, nawet nie ma co mówić o wierności. Wierność zakłada, że należałby tylko do niej, a przecież nie należał. Pretensje to mogła mieć wyłącznie do swojej naiwności.

Nawet nie mogę zobaczyć się z Tanem… nic nie mogę. Frustrujące piekielnie. Jeśli Khavar szukałby czegoś innego, co by mnie bardziej podjudziło i zdenerwowało, to lepiej trafić by nie mógł. Jeśli ktokolwiek byłby w stanie zrozumieć tutaj mój stan ducha, to mój brat. Nieprawdaż?

Nie widziałam nawet Kyle’a… mam nadzieję, że u nich gra o wiele lepiej niż u mnie.

Bycie rezydentką nie jest takie zajmujące nawet w jednej dziesiątej, jak pamiętam. Ale z drugiej strony ja nie mam tych problemów, co Laiah. Nie mam niewinnego życia do ochrony, myślę nagle pełna winy.

Chyba nie mam za bardzo powodów do narzekań… ale chyba odziedziczyłam nagle i wykorzystuję na maksa zdolność do niezadowolenia Laiah. A ta była nienasycona.

Pomiędzy materiami widzę nagle kobietę. Mrugam kilkakrotnie, żeby upewnić się, że nie jest ona żadnym złudzeniem. Ale nie, wciąż stoi nie aż tak daleko ode mnie i wydaje się czekać. I mam to dziwaczne uczucie, jakby nie czekała na mnie.

Kobieta nie patrzy się na mnie. W ogóle. Czy czuję się zignorowana? Niee, wcale nie.

Po minucie lub dwóch, mnie samej zaczynają puszczać nerwy. Cierpliwość do moich cnót się nie zalicza, ani tym bardziej nie cechowała Laiah. Z wysiłkiem zwalczam przeogromną chęć do tupania stopami niczym małe dziecko. Gorzej idzie mi z nagłą ochotą machania dłońmi przed oczami tej kobiety, graniem na nosie albo pokazywaniem języka. Ręce mi się trzęsą.

Czuję charakterystyczne mrowienie pod skórą. Zawsze zwiastuje Khavara. Ilekroć jestem w królewskim apartamencie, to się zawsze powtarza… jakbym była jakimś dziwnym przewodnikiem! Dosyć irytujące, ale w sumie reaguję tak tylko na jego obecność, więc nie jest to jakaś straszna katastrofa. Przynajmniej mam coś w rodzaju alarmu, kiedy pan wraca. Nawet jeśli poruszenie wśród strażniczek nie powiedziałoby mi za każdym razem, kiedy on wraca…

A oto i pan we własnej osobie. Odwracam się mimowolnie w jego stronę, niemalże oczekując, żeby zganił mnie za szwędanie się po pałacu. Ale nie, on też wydaje się mnie nie zauważać.

Nie podoba mi się to uczucie, bardzo nie podoba, dochodzę szybko do wniosku. I dopiero teraz zaczynam się przyglądać kobiecie w królewskim apartamencie.

Nawet przez zniechęcenie i uczucie zignorowania muszę przyznać, jest po prostu piękna. Nie tylko przez fizyczną urodę. Jest w niej coś takiego, co zapiera dech. No nie wiem nawet jak to określić, po prostu jest. Coś niemalże królewskiego. Na pewno jest wysokiego rodu, świetnie pasuje do królewskiego domu, myślę niewesoło… i zazdrośnie.

Rozmawiają ze sobą cicho, a ja znów znajduję się na krawędzi. Nie rozumiem antarskiego, kompletnie. Coś czasem mi mignie, coś czasem zapamiętam, ale prawdę mówiąc to bardziej złudzenie zrozumienia niż coś prawdziwego. I nie kumam kompletnie co Khavar mówi do tej kobiety. Nie wydają się spokojni, prędzej zdenerwowani. Ale ja oczywiście nie jestem dopuszczona do sekretów.

Bardzo niemiłe uczucie. Izolujące samo w sobie, tyle mogę stwierdzić bez wkładu cudownego geniuszu Laiah w psuciu mojego życia.

Nagle jednak ta kobieta odwraca się i patrzy się bezpośrednio na mnie. We mnie. Mam wrażenie, że przewierca mnie na wylot. Nie jest to nieprzyjemne uczucie, ale cholernie przeraża. Tak jakby wyciągała ze mnie każdą cząsteczkę mnie, oglądała pod mikroskopem i zwracała nietkniętą. A wszystko to w tym samym momencie, kiedy na mnie spogląda. Włoski podnoszą mi się na karku.

Antar jest dziwnym, w większości niezrozumiałym światem. Ale to… nie sądzę, bym miała jakiekolwiek wspomnienie jako Laiah, będące chociaż odrobinę podobne do tego momentu.

Zadziwiające, ale kobieta nieco przypomina Tana. Ma rdzawe włosy, jak arystokratki naprawdę wysokiej krwi. I błękitnostalowe oczy ze złotymi plamkami. Naprawdę śliczne. Ale nie chciałabym, żeby patrzyły na mnie z niechęcią. Widzi mnie, ale jednocześnie jakby nie widzi.

Nie widzi. Czuje, uświadamiam sobie. I sięga do mnie energią.

Jest niczym czyste deja vu, ale ja nie potrafię go zidentyfikować. Jest to uporczywe, naprawdę uporczywe uczucie we mnie, że się znamy, ale ja nie umiem jej jednocześnie zidentyfikować. Czuję, że to bardzo ważne, żebym zrozumiała, ale nie umiem. Zalewa mnie złość na siebie samą. Skup się, na litość boską!

Wpatruję się w kobietę, usiłując zrozumieć, ale nie wychodzi mi kompletnie. Wątpię, by tym bardziej Laiah zrozumiała. Ona wiecznie była niczym żelazna dziewica zabarykadowana w wieży, kompletnie odcinała się od wszystkiego. To niepojęte, jak ktoś tak żył. Przecież ona tak prawdę mówiąc, to nawet Tana do niczego nie dopuszczała. Kochała brata, ale nie dopuszczała. Zapłaciła straszliwą cenę. Gdyby wcześniej uciekła albo powiedziała Khavarowi o ciąży… Wszystko wydaje mi się teraz lepsze od scenariusza, jaki mi przedstawiają. Teraz wobec słów Khavara nie wydaje mi się, by po prostu nie sprawdzili kto był ojcem dziecka Laiah.

Mógł być tylko jeden chłopiec, jedno dziecko. Aż coś we mnie mrozi się na samą myśl. Jak tak można?

Jak w ogóle można wymordować całe pokolenie dzieci? No, prawie całe, za wyjątkiem trójki, która ocalała dzięki mojej mamie, Karen i kilkorgu innym Strażniczkom. Siepacze Przybyszów urządzili nam straszliwą rzeź.

Dziwne, że Laiah nigdy nie pytała. Nie zadawała pytań, na które z chęcią ziejące nienawiścią do Przybyszów Strażniczki powinny odpowiadać wręcz śpiewająco. Być może nie chciały… to przecież dla nich była straszna tragedia.

Odwracam się powoli na pięcie i ignorując przemożną ochotę zostania i tupania nogą tak długo, aż Khavar mnie zauważy, wędruję w stronę sypialni i kładę się na łóżku. Obojętnie co, nie ruszam się stąd do powrotu Khavara.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *