Deja vu (15)

Rozdział piętnasty: Opowieść

„O czym myślisz?”

Tia… jedno z najgorszych z możliwych pytań, jakie kobieta może zadać mężczyźnie. To wiedziała na Ziemi nawet niewinna Elizabeth Parker. I raczej nie zamierzała zadawać tego pytania. Ale bynajmniej Khavar Ziemianinem nie był, nie był też kobietą… i zadawał to pytanie mi. Czyli trochę odwrócony ten schemat… ciekawe, jaka jest lista spraw, o które kobieta na Antarze nie powinna pytać? Zwłaszcza mężczyzn.

„O twojej wczorajszej opowieści…”

Właściwie większość czasu od kiedy zaczęły do mnie wracać wspomnienia Laiah, myślałam o tym… może w innej wersji, ale ciągle to gdzieś kłębiło się na dnie mojej nieszczęsnej głowy i nie pozwalało, żeby wszystko było ok. Khavar poprzedniej nocy opowiadał trochę o pierwszym oficjalnym wyjściu poza pałac Laiah… ponad rok, od czasu, kiedy przybyła do pałacu. To samo ‚wyjście’, kiedy obserwowała tłum ludzi i z przerażeniem myślała, że nigdy nie pozwolą jej mieć dzieci… to samo wyjście jednak dało jakieś światełko w tunelu, bo tamtego dnia spotkała Tana. Ale jak zupełnie różnie brzmi to w jego ustach, a wygląda w mojej głowie. I nie chodzi tu o różnice postrzegania między kobietą i mężczyzną.

„Byłaś bardzo zainteresowana, kiedy zacząłem o tym opowiadać…” zauważa stoicko, jakby tylko czekając na zapalenie się jakiejś czerwonej lampki z napisem alarm w mojej głowie „Coś specjalnego ci się z tym kojarzy?”

„Przyznaję się…” wzdycham miękko „To właściwie twoja pierwsza opowieść, która w jakiś sposób pokrywa się z moimi snami.”

„W jakiś sposób?” patrzy na mnie niemal komicznie. Tłumię uśmiech rozbawienia i kładę głowę na poduszce. Khavar swoim zwyczajem, chyba automatycznie zaczyna bawić się moimi włosami.

„Acha. Niby fakty te same, ale podejście, spojrzenie na nie – kompletnie różne.”

„Jakieś konkrety?”

„No dobrze… Laiah wcale zbytnio nie zależało na wyjściu poza pałac. Za każdym takim razem… albo nawet na terenie pałacu…”

„Królewskiego domu…” poprawia mnie odruchowo.

„…bała się. Wiecznie w strachu.” wzdrygam się na wspomnienie „Że zrobi coś, co jest nie do pomyślenia u rezydentki. Bała się, że jej brak umiejętności i często niewiedza zostaną zarzucone jako wina jej rodziców…”

„Laiah straciła rodziców za wcześnie i to zdecydowanie nie ich czy jej wina. Tylko kolejne chore pomysły Przybyszów.” jego głos wydaje się neutralny, ale czuję, że naprawdę wiele emocji kryje się za tymi dwoma niewinnymi zdaniami…

„Więc oczywiście struchlała, kiedy okazało się, że wychodzi… ale w gruncie rzeczy chyba dobrze się stało.” wzruszam ramionami „To była bez wątpienia… pouczająca wycieczka.”

„Co masz na myśli?”

„Chyba właśnie wtedy Laiah zrozumiała, że to dożywocie. Nie wyrzuciłeś nawet kogoś takiego jak Sati, więc na zawsze pozostanie w królewskim domu… i kwestia braku umiejętności przestała być taka ważna – co innego ją przesłoniło. Że nigdy nie będzie miała szansy uzupełnić tych braków. Nie mieć dziecka… patrzyła na każdego małego berbecia i każdy taki obrazek był jak topór złowieszczo wiszący nad jej głową. Coś było o płatkach spadających z nieba, które jej mama nazywała skrawkami dusz czy jakoś tak… To nie było o wolności i pożegnaniu ze światem zewnętrznym, jak mówiłeś. To było raczej o rezygnacji… cokolwiek bym nie robiła, z tobą nie wygram. Nigdy nie będzie w pałacu warunków, żebym odzyskała to, co straciłam przez brak normalnego wychowania…”

„W jakiś sposób…” mruczy ironicznie po chwili, kiedy milknę. Nie mam zielonego pojęcia, co myśli… nawet najmniejszego przypuszczenia, ale wiem, że nie należy to do najweselszych klimatów… „Za każdym razem kiedy patrzyłaś się na te dzieci… a wyglądało to naprawdę obsesyjnie… myślałem, że nienawidzisz mnie coraz bardziej. Nie odzywałaś się do mnie przez kilka dni od tamtych wydarzeń, a wtedy na jarmarku…”

„Hm?”

„Zawsze uważałem, że jedyne, dla którego Laiah by zabiła to dzieci… nie przeszła nigdy procesu przynależności, więc gdyby odeszła z pałacu i związała się z kimś ze swojego statusu mogłaby mieć tyle dzieci, ile by chciała…”

„I tak byś jej nie pozwolił.” ziewam.

„I w tym jest problem… Cały czas mówisz o Laiah jak o posłusznej istocie, która robiła co jej kazano i słuchała innych… nic bardziej błędnego. To była najbardziej uparta istota jaką znałem.”

„Co ty powiesz…” rzucam sucho, ale efekt jest zepsuty przez moje ziewanie. Nie wiedzieć czemu dzisiaj jestem wykończona od kiedy tylko otworzyłam oczy… Coś musi być w powietrzu, bo strażniczki też jakoś dziwnie dzisiaj się zachowywały. Decyduję się zepsuć ten milutki nastrój; ostatnio zbyt często panuje między nami… nie chcę popadać w to emocjonalne uzależnienie od Khavara, w jakim żyła Laiah. „A mi?”

„To znaczy?”

„Odejść, mieć swoje własne normalne życie jakie mają inne anatariańskie kobiety?”

Khavar chwilę waha się nad odpowiedzią.

„Szczerze? Prawdopodobnie w ostatnich tygodniach przed śmiercią, pozwoliłbym Laiah odejść. Układało się nam… katastrofalnie. Nie dopuszczała mnie do siebie, nie dopuszczała nawet Suri… absolutnie nikogo. Mimo, że była właściwie jedynym, co było moje… prawdopodobnie wtedy bym jej pozwolił, nie znając przyszłości oczywiście.”

„Co masz na myśli?”

„Sprawy… poprawiły się. Może nie były idealne czy nawet dobre. Wygrałem ważną walkę z wysokimi rodami i zapowiadało się, że przynajmniej na jedną zimę spory ucichną… winiłem je za sytuację z Laiah. Już wcześniej próbowano różnymi sposobami mi ją odebrać, wykorzystując przy tym nawet Sati. Walka o stanowisko przy moim boku przecież nie mogła być prowadzona byle środkami…” w jego głosie jest tyle goryczy i żalu, że muszę walczyć z instynktowną chęcią objęcia go. Skupiam więc myśli na jego słowach. Na ich znaczeniu.

„Nie o to pytałam, co miałeś myśli ‚jedynym, co było moje…’?” patrzę się na niego zdumiona. Khavar był przecież panem naszej rasy, panem życia i śmierci na tej planecie!

„Mogę być panem życia tutaj, ale to nie znaczy, że akurat mojego.” kładzie nacisk na ostatnie słowo „Tak naprawdę przez trzy ostatnie pokolenia… to była walka o odzyskanie jakiegokolwiek prawa stanowienia o sobie. Mój ojciec to schrzanił, podejrzewaliśmy nawet, że zabił go ktoś z wysokich rodów… ponieważ tak naprawdę rządzą wysokie rody. Nie wtrącam się za wiele do polityki, jeśli nie dotyczy spraw rasy. Nie chodzi też o materialną stronę, o nie. Problemem jest fakt, że przy Przybyszach mógł być tylko jeden następca tronu – chłopiec. Jedno dziecko… więc druga połowa – kim będzie matka, raz na kilka pokoleń wysokich rodów? Możliwość awansowania rodzinki raz na kilkaset lat, średnio nieco ponad cztery pokolenia… Jest jeden pan rasy, nie ma praktycznie krewnych z rodziny królewskiej – jakikolwiek wpływ na niego jest na wagę złota. A już najprawdziwszy koszmar powstawał, jeśli to był ktoś, kto nie ulegał ich naciskom… po kilku miesiącach ‚nie załatwiania’ spraw, o które cię proszono…”

„Coś pamiętam o tym…” mamroczę „Ludzie przychodzili do mnie i prosili o pomoc, ale ja uważałam, że nie umiem cię do czegokolwiek przekonać i w większości nawet nie próbowałam…”

„Nie masz pojęcia, ilu ludzi tak naprawdę widziało w tobie następną wersję Surinah.”

„Nie rozumiem.”

„Surinah ma nieprawdopodobnie wysoki poziom energii, jak na osobę nie urodzoną w królewskim domu. Nie wiadomo dlaczego… podejrzewamy, że planeta – cały system energetyczny – to reguluje. Skoro jest męski odpowiednik kogoś takiego jak ja, to dlaczego nie miałby być żeński? Wciąż potrzeba dwóch rodzajów. Tak czy siak, Surinah drogo przypłaciła nie uleganie presji wysokich rodów, z których zresztą sama się wywodzi. Jest w moim wieku, rzecz niesłychana dla zwyczajnych Anatarian, a nie ma żadnego siwego włosa. No, przynajmniej nie miała do 8 lat wstecz…” zreflektował się „Podejrzewam jednak, że to stres… w końcu się poddała, uznała, że jestem wystarczająco uparty i sprytny, by zapanować samodzielnie nad tą zgrają i po prostu sobie odpuściła. Prawdopodobnie odejdzie za 20-30 lat.”

Wzdrygam się. Nie chcę, żeby Surinah odeszła. Mogę mieć do niej żal, ale nie chcę tracić kolejnej matki, nawet przybranej.

„Chodzi po prostu o to, że Surinah była dla wszystkich barierą nie do pokonania. Była pierwszą rezydentką, której poziom energii przewyższał jakąkolwiek żyjącą kobietę, przeszła rytuał przynależności do pieczęci… była idealną kandydatką na matkę następcy, wszyscy inni przegrywali w przedbiegach. Więcej, wzięła cię pod swoje skrzydła i po pałacu chodziły słuchy, że wzięto cię na służbę według jej woli, pomimo, iż chciałem kogoś zupełnie innego. Byłaś absolutnie nieprzewidywalna i jedyną osobą, która wydawała się nad tobą naprawdę panować, była właśnie Surinah. Gorzej, byłaś chodzącym dowodem na to, co się dzieje z naszą rasą – dziecko sierota, porzucone na Łąkach, bo Przybysze rozrabiają dla własnej przyjemności… było parę innych spraw także, ale pod koniec swojego życia doszło jeszcze jedno niezmiernie ważne. Nie wszystkim podobają się rządy wysokich rodów. Wielu uważało i nadal uważa, że panowanie Przybyszów to wina wysokich rodów… to ich głosami zadecydowano, iż przyjmiemy ich na naszą planetę. I się rozplenili… i wyobraź teraz sobie – ledwie dziecko, a już wykazująca cechy dorosłej Surinah. Co prawda brak jej pewnych cech, nabytych przez doświadczenie, ale z pewnością ma inne zalety. Nawet to, że praktycznie nie wydawałaś pieniędzy, co dopiero szastać nimi – wszystko, co robiłaś za życia zostało niejako podliczone po twojej śmierci. Bezsensownej i okrutnej… na naszej świętej ziemi, w królewskim domu… tysiące stały poza obszarem, patrzyły na materie i ogarniała ich bezsilna złość na widok ich blaknących barw… to zawsze oznacza śmierć jedynej prawdziwej rezydentki, kobiety powiązanej więzią z panem rasy. Śmierć z rąk pieprzonej dziwki z rasy Przybyszów, dla jej własnego widzimisię. Tej nocy, dla uszanowania śmierci, tylko stali. O świcie zaczęła się wojna. W niecałą godzinę opanowali główne miasto. To były krwawe dni… nie obchodziło mnie wtedy zupełnie nic, mogli mordować, rabować – cokolwiek. Mogli robić co chcieli… i ja też. Zażądałem głowy Vilandry od Zana. Nie odmówił, ale to nie powstrzymało już chaosu. I teraz, po pięciu latach, nawet ci przychylni wysokim rodom i mojemu ewentualnemu ślubowi, zastanawiają się co by było z Antarem i nami, gdyby nie ty i twoja śmierć. I tak, w gruncie rzeczy kwestia tego, co moje, wypłynęła na wierzch. Wielu mimo wszystko chce dalszych zmian sytuacji, nie tylko wygnania Przybyszów… chcą wiedzieć, że jest następca, jego brak składali nieraz na ich barki…”

Kulę się wewnętrznie. To chyba jednak za dużo, jak dla mnie.

Czemu myślałam, że to wszystko tak naprawdę dzieje się z powodu mnie? Ja jestem ledwie ziarenkiem w tym wielkim młynie… To dopiero powinno mnie denerwować, nie kwestia, że Khavar po tym wszystkim chce mnie nadal!

„Trochę inaczej to teraz wygląda…” ma dziwną, nieco ironiczną minę. Kiwam głową. Ma rację.

„Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej…” szemrzę.

„Czy by to coś zmieniło? I tak o wielu rzeczach nie chciałbym z tobą mówić. Z nikim nie mówię. Nie masz wpływu Laiah na mnie, nie byłabyś w stanie zmusić mnie do wyjaśnień i przyznania się do błędu… ale chyba też nie zanegujesz tego, że chcę cię zatrzymać. Tę nową osobę, mix Laiah i Liz Parker.”

Z nikim nie mówię…

„Ja też nie potrafię o pewnych sprawach, które pamiętam, mówić…” zamykam oczy, serce szarpnie boleśnie na myśl o dziecku Laiah… być może to ono naprawdę zapoczątkowało gniew, zapoczątkowało wojnę… ale to też by znaczyło, że nie przeżyło. Że Vilandra tak naprawdę chciała zabić następcę tronu, nie rezydentkę. Tylko skąd by wiedziała o dziecku?

Nowe spojrzenie na to wszystko… czuję niemiłe palenie w żołądku. Tylko Tan praktycznie oprócz mnie wiedział o dziecku… tylko my dwoje, według mojej pamięci. Co, jeśli naprawdę nikt inny się nie dowiedział? I śmierć maluszka była moją winą – że zaufałam Tanowi?

Albo z drugiej strony – że wiedzą wszyscy? I nikt nie mówi – że to jest tak naprawdę karta przetargową mojego nowego życia. Matka nowego następcy… nawet jeśli prawdopodobne jest, że nasze dziecko nie żyje, pozostaje faktem, musiało być starsze niż jakiekolwiek urodzone z Surinah i Khavara. Więc to był chłopiec… zabity wraz ze mną.

Dlaczego moja, tak latami chowana wewnątrz mnie i skumulowana przez nieużywanie energia nie pomogła obronić tego niewinnego życia? Myślę przygnębiona. Przecież w Pałacu musiały być wówczas dziesiątki, nie setki Strażniczek. Wystarczyła wyraźna myśl, by były tabuny przy moim boku… tym bardziej, gdyby sygnał o zagrożeniu pochodził z wewnątrz królewskiego apartamentu. Chyba bym wytrzymała z taką ilością energii przez kilka chwil?

Co tak naprawdę się tam stało? Laiah tak przestraszona przez miesiące i zdeterminowana, by dziecko żyło – nie wyobrażam sobie, by nie usiłowała go bronić do ostatniego tchu. Dosłownie i w przenośni. Tak bardzo chciała tego dziecka…

Teraz jednak mogę powiedzieć jedno. Nigdy nie powinnam osądzać nikogo ani niczego, i na litość boską, nie powielać uczuć Laiah. To było ledwie dziecko, przestraszone i niepewne. Swoim własnym sądom trudno wierzyć… zanim kogoś skreślę od początku, powinnam chyba najpierw zrobić poważny rachunek sumienia. I przestać wierzyć w deja vu.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *