Deja vu (14)

Rozdział czternasty: Grunt to wzajemne zrozumienie

Co ja tu do diaska w ogóle robię? Myślę lekko przestraszona, chodząc w tę i z powrotem po przestronnej komnacie. Królewskiej komnacie, by się rzekło… bo to jest królewska komnata, poznaję draperie na ścianach. Co gorsza, czuję się zupełnie jak w tamtym śnie, kiedy po raz pierwszy kompletnie niedoświadczona Laiah udawała, że zaraz nie odbędzie się rzeź niewiniątek… Skręca wszystkie moje wnętrzności. Poważnie!

Ale to śmieszne, mówię sobie w myślach. Nie o tym przecież będzie mowa, tylko o wchodzeniu do czyichś umysłów. Coś jak Isabel robi we śnie… albo zrobiła Maxowi, kiedy został porwany przez Pierce’a i jego ludzi.

Przystaję gwałtownie, czując, jak dziwnie zimny dreszcz strachu wędruje wzdłuż mojego kręgosłupa. Nie jestem aż tak sceptyczna jak Laiah, ale co, jeśli naprawdę Vilandra była odpowiedzialna za moje zejście? I mojego dziecka… Chryste, spędziłam lata obok morderczyni mojego dziecka i nawet ją lubiłam! Kto do cholery wie, ile razy była w moich snach, ile razy i co mogła w nich zrobić – przez lata! Może przez tę sukę dopiero niedawno ‚właściwe’ sny się pojawiły?

Drapię się nerwowo po nosie, chociaż to mój żołądek skręcają mdłości.

„Co się dzieje?” Khavar pojawia się tuż obok mnie dosyć nagle. Potrząsam głową.

„Właśnie sobie uświadomiłam, że spędziłam obok Vilandry ponad dziesięć lat życia, nie mając przeciw niej praktycznie żadnej obrony prócz Tana i Kyle’a. Kto to wie, co mogła mi zrobić…”

„Jeśli ja nie umiem z całą moją mocą wejść w twoją głowę, to tym bardziej ona nie mogłaby.” mówi to z taką pewnością w głosie, że nie mogę się nie uśmiechnąć. Najwyraźniej Laiah do końca życia zachowała swoje sekrety dla siebie. Tylko dlaczego ja mam za to cierpieć? myślę buńczucznie. Nie zasłużyłam na nic z tego, co mnie spotkało, to tylko obronna reakcja! Co ja do diaska mam teraz niby zrobić?

„Więc dlaczego chcecie sprawdzić, czy ktoś po mojej głowie chodził?” pytam się cicho. Khavar chrząka.

„Ostrożności nigdy za wiele…”

„Trochę z późno na to, nie uważasz? A nawet jeśli, ten ktoś pozostał na Ziemi. Według lekarzy nie mam uszkodzeń mózgu.” zauważam wreszcie przytomnie. Wreszcie. Chyba za duże we mnie Laiah, bym mogła normalnie myśleć jak Liz Parker, skoro dopiero teraz uświadamiam sobie pewne rzeczy… „Zależy ci na tym za bardzo… więc prawdopodobnie po prostu chcesz czegoś, co robi się przy sprawdzaniu.”

Khavar patrzy się na mnie długą chwilę.

„Może.” mówi krótko, enigmatycznie.

„A co się robi przy sprawdzaniu?” drążę dalej. To czysty masochizm, naprawdę… Agrrr, jak ciągłe drapania swędzącego miejsca – w końcu robi się ranka i zakażenie. Inaczej mówiąc, głupota. Co ja jestem, Laiah, by tak robić? Ale jakiś przewrotny chochlik w mojej pokręconej główce tylko chce bawić się w to dalej. Źle się to skończy… tylko dla kogo?

„Coś ty taka ciekawa?” Khavar odbija pałeczkę, nie odpowiadając wprost.

„Bo nie wiem. A jak mam się dowiedzieć, nie pytając?” mówię równie cicho „Laiah nie jestem, żeby siedzieć jak mysz pod miotłą i pewnie niejedno jeszcze palnę… Więc?” unoszę ciekawie brwi.

„Coś podobnego, jak usiłowaliśmy wywołać Laiah w tobie…”

Krzywię się z niechęcią, ale jednocześnie muszę zdusić ogromne uczucie rozczarowania. Tylko tyle?

„Nieszczególnie kusząca wizja…”

„Czy ja wiem…” uśmiecha się figlarnie „Przynajmniej miałaś na sobie o wiele mniej…”

Uch, uch. Ok. No może dla niego to było przyjemniejsze… mrużę podejrzliwie oczka i rozglądam się w końcu po pomieszczeniu.

„Zależy jak dla kogo.”

„Tia.” wzrusza ramionami nadal rozbawiony „Było całkiem ok., póki ci się nie włączyły te wszystkie trybiki w przepracowanej główce.”

Rumienię się nieco…

„Kiedy pół spałaś, sprawiało ci to przyjemność. Potem zaczęłaś udawać, że tak nie jest… chociaż widzę drobne oznaki… cech, jakie wykazywała Laiah. Szczęście, że te akurat znam. Ale jak mam wiedzieć, co ci się podoba, a co nie, jeśli to przede mną ukrywasz?”

Patrzę się na niego, jakby nagle wyrosły mu trzy głowy.

„Nie będę z tobą spała.” mamroczę „Nie będę.”

„Nie o to chodziło.” wzdycha z frustracją „To przecież może wyglądać zupełnie inaczej, na razie robimy wszystko standardowo, jak było za czasów Laiah… co tobie chyba nie przypada do gustu. Więc może okażesz nieco dobrej woli?”

O czym on u licha mówi? Co niby mają standardy do spania? To co, standardem było, że Laiah się dąsała, a on uganiał się za nią jak króliczkiem byle z nią spać? Yyy, nie wydaje mi się.

„Może łaskawie coś powiesz? Cokolwiek?” mamrocze, kiedy nie odpowiadam przez kilka minut tylko się na niego patrzę. Patrzę się na niego dalej, oczekując najmniejszej wskazówki, ale nic… zwyczajnie nie rozumiem, o co mu chodzi. Żadna nowość, ale teraz to chyba apogeum.

Kto pyta nie błądzi… Tia. Trzeba jeszcze tak zadać pytanie, by było zrozumiałe. I zrozumieć odpowiedź.

„Co mam odpowiedzieć, jak nie rozumiem, o co pytasz?” mówię wreszcie. Khavar mruga parę razy, chyba zaskoczony… kto go tam wie. Potem nawet drapie się po głowie… hm. Ciekawe, jakie są w dotyku te krótkie kędziorki. Takie jasne, zupełnie inne niż u Maxa…

„Pytałem się, co sprawi, że będziesz zadowolona.”

„Powrót na Ziemię?”

Westchnięcie.

„Bardziej uparta niż Laiah… Co sprawi, że nowe życie ci się spodoba? Tylko chodzisz z wiecznie nadąsaną minką. Więc: co lubisz?”

To jest pytanie…

„Wiem, co lubiłam na Ziemi, jakim cudem mam wiedzieć, co będę lubiła na Antarze?”

„Yyy, żyłaś już raz.”

„Jestem Liz, nie Laiah.” patrzę groźnie „Może tobie trudno to rozróżnić, ale dla mnie jest zasadnicza różnica. Nie jestem nią. Nie będę, bo nie chcę.”

Khavar nagle obejmuje mnie i śmieje się w moje ramię. Sztywnieję nieznacznie. Co on sobie u licha myśli? Że mu wszystko wolno, bo jest Khavarem, władcą naszej rasy?!

„Nie jesteś.” uspokaja się dopiero po chwili „Wierz mi lub nie, widzę różnicę między tobą a Laiah. Ale inni nie będą widzieć, albo nie zechcą. A chyba nie chcesz być jak Laiah?”

„Nieeee…” mamroczę w jego obojczyk. Hm… całkiem miłe uczucie być tak obejmowaną… rozluźniam się. Khavar nie mógł chyba być tyranem w sprawach osobistych, skoro taka „wiecznie na nie” dziewczyna jak Laiah znosiła go khm, dosyć często. „W ogóle nie mam pojęcia, jak z nią wytrzymałeś.” wymyka mi się, nim zdążę ugryźć się w język.

„Miała swoje wady… i zalety.” mruczy, a ja mam to dziwne wrażenie, jakbym miała zostać daniem głównym jego kolacji.

„Hm… ciekawe czy ja jakieś mam.”

„Wady?”

„Nie.” parskam „Zalety.”

„Aaaa. Masz. Nie jesteś nią.”

Przepraszam, ale teraz to ja już kompletnie nie rozumiem. Szczególnie, kiedy Khavar obejmuje mnie mocniej i ostatnie co widzę przed nagłym atakiem ciemności, to jak jego stalowe oczy nagle się rozświetlają.

~ * ~

Hm, o dziwo, kiedy się budzę, żadne pytania egzystencjonalne nie dręczą mojej głowy ani ja nie zadręczam nimi innych osób. Naprawdę dziwne.

Chociaż fakt, że leżę sobie na łóżku w królewskiej komnacie może by wywołać nieco więcej niż parę egzystencjonalnych pytań. Ale jestem sobą już zmęczona. Dla odmiany mam ochotę poczuć się dobrze… i chociaż przez chwilę przestać zadręczać.

Tak dla odmiany, nie dla zasady.

Ech, to zupełnie nie wydaje się logiczne. Ale logika nie wydaje się także moim pierwszeństwem w tej chwili. Mam ochotę dalej czuć to miłe, przyjemne ciepło i uczucie zadowolenia, ogarniające całe ciało. I budzić się ze zwyczajnego snu, nie z koszmaru. Kto by nie chciał?

Otwieram zaspane oczy i pierwsze, co widzę, to oczywiście blond głowa obok. Jakżeby inaczej, myślę nieco ironicznie. Khavar nie wydaje się raczej typem kosmity, który po prostu odpuszcza. Wydaje się wręcz, im więcej trudności i problemów się przed nim piętrzy, tym jest bardziej zadowolony.

I zrozum tu mężczyznę. Laiah nie rozumiała zupełnie Khavara i ja chyba również zupełnie go nie pojmę ani nie poznam. Nie wiem, czy chcę. Niech pozostanie dla mnie po prostu władcą mojej rasy, z którym miałam ciężkie przejścia w poprzednim życiu. Tak jest bezpieczniej. Nie chcę go poznawać, znać jego słabości i mocnych stron, bo to tylko zbliża mnie z każdym mijającym dniem do niego. Powoli uporczywa kropelka drąży sobie gdzieś tam przejście przez mój lodowy pancerz.

Nie wiem, jak to się dzieje… zaczęło się od tamtego… hm, ujmując to najprościej – sprawił, że nikt nie jest w stanie dotrzeć do mnie. Nawet ja sama nie jestem w stanie. Zamiast wyciągać ze mnie Laiah, zasklepił mnie na nowo… Tak samo, jak moja mama zamknęła mnie. Nie emituję energii na zewnątrz własnego ciała, znów nie potrafię rzucać kogoś siłą woli, ale to chyba dobrze dla nerwów mojej straży. Od tamtego ‚sprawdzania’ czy coś lub ktoś siedzi we mnie nie przyśnił mi się żaden sen o poprzednim życiu, nie przypomniałam sobie żadnego wspomnienia. Jasne, nie mogę tak funkcjonować miesiącami, Antar jest tak skrajnie różny od Ziemi, że bez wspomnień Laiah sobie nie znajdę tutaj miejsca. Ale te wszystkie noce, kiedy śpię w miarę spokojnie… Czasem męczą mnie jakieś nieokreślone koszmary, ale to wszystko raczej przetrawianie wydarzeń ostatnich miesięcy w mojej głowie niż konkretne przebicia z poprzedniego życia.

Nauczyłam się nieco mniej emocjonalnie podchodzić do tamtych snów. Sny to sny… nie zawsze muszą mówić prawdę, tak samo jak osoby wokół mnie. Postanowiłam poczekać. Równie dobrze to wszystko może być jakąś iluzją. Skupienie na teraźniejszości, na tym, co ma być… nie zawsze łatwo to robić, kiedy inni kosmici na twój widok reagują nadzwyczaj dziwacznie. Patrzą się na mnie, jakbym no nie wiem, była jakimś obcym gatunkiem, który spadł im na głowę… w sumie niezbyt przyjemne uczucie.

Problem jednak w tym, że ten ‚spokój’ nie działa zawsze. Zazwyczaj nic nie huczy w mojej głowie przy Khavarze. Wycwanił się mądrala. Jak przedtem nie chciałam mieć z nim do czynienia, tak teraz najchętniej człapałabym za nim krok w krok. Bo przy jego fizycznej obecności przy mnie Laiah cichnie. W sumie możnaby rzec, że znalazł wreszcie sposób na to, by osiągnąć to, co tak chciał ode mnie… Tylko czy ja w tej sytuacji kiedykolwiek dowiem się, czy moje dziecko było złudzeniem, mirażem czy rzeczywistym życiem?

I teraz śpi sobie niewinnie jak dziecko, obok mnie. Naprawdę śpi. Sprawdziłam niejednokrotnie, czy tylko udaje czy śpi… nic mi nie robi, nic nie próbuje. Nawet lubię z nim spać. Nie mam koszmarów, a zawsze rano dostaję jakąś krótką historyjkę o Laiah. I bynajmniej nie opowiada ona kłótniach z Sati czy dręczącym strachu. Nieraz nie mogę się nadziwić, jak różnie wszystko wyglądało z jego strony. Ale najwyraźniej punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… Wczorajszego wieczora zaczął mi opowiadać wreszcie historię, którą ja sama znam niejako z tych snów. Historię pokrywającą się faktami w dziwnie bolesny sposób… po raz pierwszy zaczął w ogóle łączyć osobę Laiah z małym dzieckiem… niestety, jak zwykle przerwano nam w najbardziej odpowiednim momencie…

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *