Deja vu (13)

Rozdział trzynasty: W tył zwrot

Przegięłam.

Nie muszą mnie nawet karnie przykuwać do tego dziwnego posłania, i tak to wiem. Ten kompletny szok na twarzach pozostałych… no i tym razem żaden gest Khavara mnie nie uratował. Zrobiłam naprawdę piorunujące wrażenie.

„Domyślam się, że nie powiedzieliście załodze, że nie jestem dokładnie kopią Laiah?” mówię sucho do Talana, jednego z tych, który byli w Roswell. Wcześniej tylko mi mignął gdzieś, teraz jednak okazało się, że jest nawigatorem przestrzeni. Cokolwiek to znaczy. To posłanie musi mieć coś wspólnego z kilkuwymiarowością naszej planety, bo Talan grzebie coś w ściance, przez co moje ciało robi się dziwnie ciężkie. Nie zasypiam, o nie… ale nie mogę się ruszyć. Jedynie wywracać oczami i mówić.

Ktoś tu chyba obawia się o ciąg dalszy królewskiej dynastii… ale niestety wiem ze wspomnień Laiah, że Khavar już ma dziedzica. Paskudna szpila wbija się w moją głowę. Ale to nie moje dziecko, nie mój synek. Teraz jego młodszy, przyrodni brat rządzi. Czy ktokolwiek poza mną i Khavarem w ogóle był świadom, że to małe istnienie miało przyjść na świat? Myślę, czując jak wszelka ironia i dobry nastrój mnie opuszczają. Mój dziecko to chyba jedyny naprawdę realny dla mnie element poprzedniego życia. Wszystko inne jest praktycznie wyblakłe, kiedy myślę o moim… Laiah, nienarodzonym dziecku. Niewinnej ofierze cholernej pozycji Khavara. Jednej z wielu. Ja też byłam, ale to przecież nic w porównaniu. Moja pamięć, świadomość, uczucia, wszystko to straciłam.

Są jednak sprawy których się nie zapomina, bez względu na wszystko co cię potem spotka… jak w ogóle móc się pogodzić z utratą dziecka, które miało się w poprzednim życiu? To dla mnie niewyobrażalne. I jeszcze wokół ta przeklęta zmowa milczenia. Nie wierzę chyba zbytnio w to, że nikt poza Khavarem i mną nie wiedział. To niemożliwe. Dlaczego więc milczą? Zwłaszcza w sprawie okoliczności mojej śmierci. Mój synek umarł razem ze mną. Był zdecydowanie zbyt małą istotką pod moim sercem, by zdołał przeżyć poza moim ciałem.

I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno opłakiwałam ból zadany Maxowi i jego utratę. Teraz wydaje mi się to śmiesznie dziecinne… a jednak wolałabym wrócić do tego czasu, nie być świadomym, nie pamiętać, kogo utraciłam.

Marzę, żeby zwinąć się w kłębek i zapomnieć, odlecieć w nawet najgorszy koszmar senny, byleby więcej o tym nie myśleć, ale to przeklęte łóżko mi nie pozwala na to! W tej chwili żałuję naprawdę, że uderzyłam Khavara… przynajmniej może mogłabym gdzieś się schować. Wzdycham z rezygnacją. Ja zawsze coś takiego muszę zrobić, że albo wymyka mi się to spod kontroli, albo pogarszam sytuację katastrofalnie. I ja narzekałam na problemy Maxa z kontrolowaniem sytuacji.

Do pomieszczenia ktoś wchodzi, po brzęku sukni poznaję, że Sati. Teraz dopiero będzie gorzej. Wiem to nie tylko instynktownie, wszystko, co wiem o tej kobiecie, przyprawia mnie o niepokój. Ona nie spocznie, zanim nie wbije potężnej szpili we mnie. A najchętniej to by się mnie pozbyła raz na zawsze.

Talan natychmiast wychodzi, co wcale nie wróży zbyt dobrze tej konwersacji…

~ * ~

Płatki kwiatów są wszędzie. Wirują w powietrzu, zupełnie jakby opadały z nieba, unoszą się na straganach, przedmiotach, fragmentach budynków i skał, szatach i postaciach innych osób. Patrzę zdumiona na to. Mgliście pamiętam, że kiedyś byłam w takim miejscu z mamą, ale nigdy nie było płatków kwiatów. I skąd one w ogóle pochodzą?

Marszczę brwi, kiedy zauważam, że Sati znów przygląda mi się z pogardą. Biorąc jednak pod uwagę, że tym razem chociaż Surinah zadbała, by nic w moim wyglądzie nie uchybiało regułom, nie ma się do czego doczepić… albo to też jej przeszkadza. Tej kobiecie nigdy nic nie pasuje. Życie z nią musiało być niezłą udręką…

Patrzę zafascynowana, jak płatki kwiatów wirują w powietrzu. Śliczne. Są takie leciutkie i jasne, zupełnie jak kawałki duszy, jak zwykła mawiać mama… płatki unoszące się przy Purpurowej Zatoce nazywała kawałkami dusz. Ciekawe, dlaczego?

Wzdycham, kiedy kolejne dziecko przebiega radośnie obok. To całe wyjście z pałacu nie było jednak dobrym pomysłem. Gdziekolwiek się nie odwrócę, tam wszystko przypomina mi przeszłość, zanim znaleziono zakrwawione dziecko na brzegu Łąk, zanim mama i Karen poświęciły życie… każde dziecko, szczęśliwe i roześmiane, które przebiega obok mnie jest ciosem prosto w serce. Jakby mogło wyglądać moje życie, gdyby siepacze nas wtedy nie zaatakowali, szukając jakiegoś dziecka… Chyba nawet konkretnego, bo przecież Strażniczki rozbiły pieczęci trzem ocalałym. Ciekawe, czyje życie było aż tyle przelanej krwi warte – na tyle, by ocalić nawet pod osłoną bezimienności… kimkolwiek było to dziecko, mam nadzieję, że przynajmniej nie musiało oglądać śmierci swoich bliskich… albo że było młodsze niż ja i nie pamięta nawet strzępów tamtego koszmaru.

Otrząsam się, kiedy łapię dziwny wzrok Khavara i uśmiecham się nieśmiało. Może to dziwne, ale jakoś nauczyłam się pewnych rzeczy, które myślałam, na zawsze będą dla mnie abstrakcją. Przede wszystkim chyba oszukiwanie naszego pana… niejedno kłamstwo grubą nicią jest podszyte, ale on bierze to za dobrą monetę… nigdy nie zrozumiem facetów, ani nie chcę być jednym z nim. Czasem bywają tak omamieni przez damskie wdzięki! To nawet zabawne, kiedy myśli się, że silny, władczy mężczyzna przewodzący innym potrafi stanąć na głowie, by przypodobać się własnej kochance, ale kiedy dociera do ciebie, że ty jesteś tą kochanką, a mężczyzna panem twojej rasy, robi ci się zimno z przerażenia.

I nie rozumiem, dlaczego Sati i inne kobiety mi zazdroszczą. To nic przyjemnego, być ciągle narażonym na ich niechęć… Sati jak zwykle najwytrwalsza. Odbija sobie niewzywanie do królewskiej sypialni wydając pieniądze garściami. Wstyd mi, szczególnie, że ci przeklęci najeźdźcy wydają się mieć wszystkiego w bród, podczas gdy u nas nawet wysokie rody cierpią głód. I Sati kupuje na potęgę, nie rozumiem co ona chce tym udowodnić. Swoją głupotę? Niewątpliwą złośliwość i pychę? Kompletne niezrozumienie, że w ten sposób tylko niszczy jakiekolwiek marne resztki szansy wrócenia do sypialni naszego pana?

Jakaś Strażniczka kiwa głową na mnie, a ja w duchu się krzywię. Co ja jestem, ich służąca? Udaję, że nie zauważam i odwracam głowę w inną stronę. Patrzę uważniej w kłębiący się wokół tłum, na stragany, na wodę i na płatki kwiatów.

To wszystko nie jest już dla mnie… rozumiem w nagłym przypływie przerażenia. Khavar mnie nie wypuści… on nie wypuścił nawet Sati, która łagodnie ujmując, jest zaprawdę paskudną suką! Cokolwiek bym nie zrobiła, kimkolwiek bym się nie stała, on nie zrezygnuje… przełykam ciężko. Ta perspektywa zupełnie mnie nie pociesza.

~ * ~

Nie muszę przypominać nikomu, że każda akcja ma swoją reakcję. Na moją akcję przeciwko Khavarowi złożyła się reakcja w postaci dotkliwej kary – leżę na tym posłaniu i nikt się do mnie nie odzywa. Zupełnie. Nie jestem głodna, żadnych potrzeb fizjologicznych – no kompletnie nic! Nawet mięśnie nie protestują przeciwko ustawicznie jednej pozycji… Miałabym chociaż na co narzekać. A tak mam tylko moją własną głupotę, mnóstwo niewesołych myśli… psiakrew, jestem praktycznie ich bezbronną ofiarą.

Jeśli o to im chodziło – to jak najbardziej dopięli swego. Ale wątpię, chodziło im przecież o mój pozytywny stosunek do Khavara, a tym tego wszakże nie osiągną… skutek jest odwrotny. Im dłużej nad tym wszystkim myślę, tym gorzej jest ze mną.

Pierwszego dnia nie było jeszcze tak źle. To i tamto sobie poukładałam, poprzypominałam fakty i słowa… znalazłam parę nieścisłości w moich wspomnieniach… jak dla przykładu płeć mojego dzieciaczka. Myśl, że nawet nie pamiętam, czy jednak to była dziewczynka – jak na początku myślałam – czy też chłopiec, jak myślałam pod koniec… wyrywa ogromną dziurę w mojej głowie. Serca już nie mam, nie ma co dziurawić… Czasem mam wrażenie – tak leżąc na tym dziwnym posłaniu – że ta Laiah to już nie ja, jakby obca osoba zamieszkała w moim ciele i sterowała nie tylko jego ruchami, słowami, ale przede wszystkim środkiem. Nie poznaję zupełnie siebie. Zupełnie. Nie czuję się najlepiej w mojej własnej skórze, ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam pojęcia, jak to zmienić. Może nie tyle, jak wrócić do dawnej Liz, co sposobu w jaki Laiah postrzega świat wokół, rzeczywistość… czy ona u licha nigdy nie widziała czegoś w pozytywnym świetle? Nie była do czegoś z góry dobrze nastawiona? Wszystko na nie, wszystkich podejrzewała o najgorsze…

A najcięższy rachunek sumienia przychodzi jak zwykle bezgłośnie, bezlitośnie… przychodzi jak najstraszniejszy ciężar. Im dłużej leżę na tym posłaniu, tym więcej czasu mam na myślenie i analizowanie. A w tym Elizabeth Parker celowała, nie rezydentka Laiah. Elizabeth Parker zadaje sobie bardzo bolesne pytanie… przerażające. Żadna ilość truskawek z bitą śmietaną i pocieszeń Tana nie pomoże wobec prawdopodobnej odpowiedzi – czy to wszystko by się wydarzyło, śmierć dziecka Laiah i jej samej, wojna, klonowanie, wysłanie Zana i pozostałych na Ziemię – czy wszystkie te tragedie miałyby miejsce, gdyby Laiah inaczej patrzyłaby na świat i chociaż raz zaufała tym, którzy ją otaczali? Chociaż Khavarowi… nie wydaje mi się, by mężczyzna, który nie wyrzucił z domu kobiety takiej jak Sati chciał pozbyć się kogoś, z kim był przez trzy lata i w dodatku miał pewność co do jej wierności, wobec faktu, że nagle jest w ciąży… Przecież dziecko było małym cudem, cudem istnienia. Dlaczego nie odmieniło Laiah we ‚właściwą’ stronę? Chociaż na sekundę… no, parę. I nawet jeśli jakiś dureń by mi powiedział, że tamta tragedia przyniosła kilka pozytywów – koniec z wrednymi najeźdźcami nękającymi nas od pokoleń i głodzącymi nasze dzieci – nikt mi nie zdoła wmówić, że cokolwiek było warte śmierci tego niewinnego maleństwa.

Jak bardzo sama Laiah była temu winna… może bardziej niż Vilandra i wszyscy najeźdźcy razem wzięci. Winna śmierci własnego dziecka i tych wszystkich, którzy zginęli ochraniając ją… i innych, o których nie wiedziała w swoim uporze… których nie chciała widzieć, o których nie chciała wiedzieć.

Chciałoby się powiedzieć, jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz… Że Laiah sama była winna tej całej sytuacji. Była, ale inni swoje też dołożyli. Jeśli cokolwiek ma być teraz innego w moim życiu, innego w sensie różnego niż życie Laiah, to ja sama muszę się o to na poważnie postarać. Pozostali może nie są tak źli, jak myślała Laiah, ale w końcu naprawianie świata powinno się zaczynać od siebie samego. Łatwe to nie będzie, myślę wisielczo, wyczuwając ruch za sobą. Nie wiem, kto to jest, nie mogę ruszać niczym oprócz oczu i ust, ale wszystkie włoski podnoszą mi się na karku. Oddycham głęboko. Pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy…

~ * ~

Nie zostaję zwolniona z mojego dziwnego więzienia, ale chyba na okoliczność tego spotkania dostaję nieco więcej swobody. Mogę nawet ruszyć głową po dłuższej chwili. Hm… próbuję z resztą ciała. Nic. Wzdycham. Musi wystarczyć.

Obracam się na wszystkie strony, ale nie widzę nikogo ani niczego. Mimo to wszystkie moje zmysły są na maksymalnym alarmie, wręcz czuję, że ktoś tu jest.

Gdybym mogła, podskoczyłabym w miejscu, ale ograniczam się jedynie do krótkiego sapnięcia zaskoczenia. Khavar siedzi sobie jak gdyby nic na brzegu posłania i przygląda mi się z ciekawością. Nie mam ochoty zwracać jego spojrzenia, ale jakaś reakcja chyba jest ode mnie oczekiwana… Ech, Laiah nigdy nie była dobra w odgadywaniu tego, czego od niej chcieli inni, a ja mam jeszcze mniejsze szanse na to. I jak tu wybrnąć z tej pułapki, którą sama sobie zgotowałam? Syzyfowa praca…

„Czy coś się stało?” pytam w końcu nerwowo.

„Mógłbym zadać ci to samo pytanie.” patrzy nadal tym dziwnym, ciekawym wzrokiem… jakby badał coś pod mikroskopem, rozkładając na cząsteczki pierwsze „Twoje zachowanie na Ziemi było absolutnie zaskakujące, ale tutaj… przekroczyłaś wszelkie granice.”

„Wiem, przepraszam.” mamroczę zakłopotana „Nie powinnam była się tak rzucać na ciebie…”

„Nie powiem, byłoby miło, gdybyś się rzuciła…” wzdycha filozoficznie „Nie o to mi chodzi. Sam fakt, że się obudziłaś na długo przed twoją zaplanowaną przez naszych najlepszych lekarzy pobudką… sprawdziliśmy obliczenia, Tana… twoje dorastanie na Ziemi nie zmieniło twojej filozofii. Nawet twoja waga zgadza się niemal do setnych gramów z matrycą. Coś musiało cię obudzić.”

Marszczę brwi. Teraz to ja już nic nie rozumiem. Czy świat wokół mógłby w końcu przestać uprawiać rajdową jazdę? Nie nadążam i ciągle wypadam z obiegu…

„Więc zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nikt nie siedzi w twojej głowie.”

„Oprócz Laiah?” nie mogę powstrzymać ironicznego parsknięcia „Bycie dwiema osobami naraz jest wystarczająco stresujące. Serdeczne dzięki za taką wizję… Poza tym ze wszystkich wspomnień o Laiah i poprzednim życiu, wywnioskowałam, że miałam naturalne niewiarygodnie silne bariery, wzmocnione po utracie matki. A na Ziemi one nie zanikły, skoro tyle problemów przysporzyło ‚budzenie’ Laiah we mnie…”

„To właśnie nas ciekawi… nie powinien przetrwać nawet ślad tych barier, skoro według Tana jesteś tylko genetyczną kopią.”

„No coś tam czasem od Laiah przebija…” krzywię się z niechęcią „Może nie jestem nią samą, ale też jakimś dziwnym klonem nie mającym o niczym pojęcia też nie.”

„Nieszczególnie podoba ci się wizja bycia Laiah…” zauważa nadzwyczaj spokojnie.

„Nie wydaje mi się być szczęśliwą osobą.” mówię ostrożnie. Khavar jest jakiś inny… może ten cały cios z kolanka sprawił, że wreszcie krew zawędrowała do właściwej głowy i zaczął myśleć logicznie. „Nie mówiąc, że kompletnie różną. Z charakteru, podejścia do życia, postrzegania innych – wątpię, by kiedyś była tak naprawdę wolna od podejrzeń, wiecznie w zagrożeniu… No i straciła swoją rodzinę, przyszłość, tożsamość… coś, co jako Liz Parker mam na pstryknięcie palca. Czy też miałam…” wzdycham „Tan też. Chyba nie byłoby dla was tak wiele, żeby zabrać Nancy?”

Khavar milczy przez chwilę, po czym wstaje i zaczyna krążyć po pomieszczeniu.

„Nie planowaliśmy tak szybkiego odlotu… jeden z moich podwładnych popełnił błąd i mieliśmy tamtej nocy poważne starcie z byłymi agentami Wydziału Specjalnego.”

Czemu czuję, jak moje serce powoli zamienia się w lodową bryłę?

„Pognałaś bez myślenia po Tana i Nancy. Nie wiemy, co się stało, ale najwyraźniej nagle użyłaś ogromnej ilości mocy i zemdlałaś. Nancy została wcześniej postrzelona, ale jej rany nie wyjaśniały tej ilości krwi w sypialni… powiedziałbym, że to niemożliwe, ale wygląda to jednak na to, że uzdrowiłaś Tana.”

„To takie dziwne? Aż tak nasza moc różni się od tej hybryd?” patrzę się z ciekawością. Może jednak zracjonalizowanie tego wszystkiego nie byłoby takie złe… fakty, czyste fakty są ważne.

„Niee. Uzdrawianie jest niezmiernie rzadkie… Każdy z nas umie uzdrawiać drobne rany, tak samo jak hybrydy. Ale nikt oprócz mnie nie umie uzdrowić ran śmiertelnych czy przywrócić do życia.”

Otwieram buzię w zdumieniu. Ja miałabym przywrócić Tana do życia? Przecież ja nawet nie potrafię podstawowej rzeczy!

„Co ciekawe, dostałaś środki nasenne, żeby zregenerować cię podczas lotu do domu. Baliśmy się, że taki wydatek energii może cię zabić. Tymczasem nie tylko nic ci nie jest, co potwierdził niedawno lekarz, ale obudziłaś się ze śpiączki w niewiarygodnie szybkim czasie. Więc… ktoś mógł sterować twoją energią. Bo jak amen w pacierzu, Laiah nigdy nie nauczyła się sterować nawet swoją energią. Jej bariery jej w tym przeszkadzały, były urazowe – miały zapobiegać emitowaniu energii poza jej ciało i nawet u niej jako dorosłej kobiety nie było siły zdolnej je przebić. Oczywiście do uzdrawiania musiałaś użyć mojej energii… co jest jeszcze ciekawsze. Nigdy nie umiałaś przyjąć czyjejkolwiek energii, nawet w obrębie naszej więzi. To niewiarygodne, co z ciebie zrobił pobyt na Ziemi… albo ktoś w twojej głowie zdołał pokonać te bariery.”

„Ja sama raczej nie umiałabym ich pokonać?” drapię się nerwowo po głowie „Ale przecież ja je stworzyłam jako małe dziecko, mała Laiah, więc to ja powinnam też umieć je zmniejszać… jakoś sterować nimi.” wzdycham, kiedy w końcu orientuję się, co robią moje dłonie. Mogę nimi ruszać. Nieźle… „Chociaż…” pewna myśl przychodzi mi do głowy „Tamtego wieczoru byłam znów bardziej Liz, sobą, niż nią – Laiah. Może chodzi o podejście… Laiah była piekielnie przestraszoną, młodą osobą, która nigdy chyba by nie nauczyła się ufać komukolwiek, nawet Tanowi. W tym życiu jednak… Hm. Nie wiem. A są jakieś sposoby sprawdzenia, czy ktoś gania w mojej głowie? Chociaż to niezbyt kusząca wizja…”

„Tak, są… Ale to może zaboleć.”

Łypię na niego podejrzliwie.

„Co masz na myśli?”

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *