Deja vu (12)

Rozdział dwunasty: Zasnąć i nie obudzić się

Nie wiem, czy widok Khavara rozłożonego na moim łóżku powinien mnie jeszcze zaskakiwać, ale jednak tak się dzieje. Leży sobie w ubraniu, z jednym ramieniem pod głową i z wielkim zainteresowaniem przegląda jakąś książkę.

Zerkam, starając się nie okazywać za wielkiej ciekawości, co go tak zaintrygowało… ale zaraz pąsowieję nie tylko na twarzy. Och nie. Skąd on to wytrzasnął?

Nawet nie mam pojęcia, co zrobić, żeby mu to zabrać! Z drugiej strony i tak to już znalazł, więc największa szkoda się już stała… Oddycham głęboko i bez słowa idę do łazienki, zamykając za sobą drzwi. Serce wali mi tak dziko, jakbym co najmniej prowadziła w biegu maratońskim przez ostatnią godzinę!

Ale czemu się dziwić, w końcu obcy władca rozłożył się na moim łóżku i z zainteresowaniem godnym lepszej sprawy przegląda jedną z książek, które podsunęła mi nie umiejąca ze mną rozmawiać na te tematy mama. I bynajmniej nie jest to lektura z cyklu ‘skąd się biorą dzieci’, ale khm, znacznie przekraczająca program dla przedszkolaków. To raczej… studium.

No co? Zawsze starałam się zdobyć naprawdę rzetelną wiedzę…

Moje ręce trzęsą się jeszcze, kiedy dziesięć minut później wychodzę spowita w bardzo przyzwoity i mało romantyczny szlafrok. Trudno sobie wyobrazić mniej seksowne wdzianko, ale spojrzenie, jakie rzuca mi Khavar… no dobrze, on chyba widzi poza ubraniami. Jak Supermen.

Mam nadzieję, że nie…

„Idziemy spać?” rzuca obojętnym tonem, a mną telepie.

„My?” wypluwam przerażona. Khavar tylko wzrusza ramionami, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem.

„Jak mnie tu nie ma, i tak nie możesz spać. A tak przynajmniej tamci zostawią mnie w spokoju do rana.”

Z poczuciem winy przypominam sobie moje własne sny i słowa Kyle’a. Dla Khavara rzeczywiście stanowiłam świetną wymówkę. Co jak co, ale sama najlepiej na własnej skórze odczułam, jak wredni bywają ‚dworzanie’ i ile tak naprawdę Khavar ma obowiązków. Co nie zmienia faktu, że nie wyobrażam sobie spania z nim…

Hm, chyba powinnam być obrażona, że używa mnie jako wymówkę zamiast mieć niecne zamiary, ale jakoś nie jestem. Niechże chociaż raz autor tych kretyńskich, romantycznych bajek dla nastolatek znajdzie się na miejscu swoich maltretowanych bohaterek! Gwarantuję, od razu przestanie pisać te chały!

Siadam nerwowo na krawędzi łóżka. W przypadku, gdybyście dotąd nie zauważyli, jest dosyć wąskie. Zdecydowanie pojedyncze. Dla jednej jedynej osoby. Mnie. Projektant nie przewidział obcego lokatora tutaj…

„Szare komórki ci się przegrzeją.” Khavar dosyć beztrosko rzuca książkę na podłogę i zanim cokolwiek wymyślę w odpowiedzi, robi coś dziwnego, czyli to swoje obce voodootresss… i bam, leżę w mojej ukochanej piżamce pod kołdrą gapiąc się na sufit. Khavar wciska nos w poduszkę.

„Dobranoc.” mamrocze. Mrugam niepewnie.

„Dobranoc.” odpowiadam cicho, ale wcale nie jestem pewna czy mnie słyszy.

Błagam, byle nie jak Superman…. ale chyba dobre moce były głuche na moje prośby…

~ * ~

Jęczę z rozpaczą, słysząc jakiś ostro wciskający się pod obolałą czaszkę dźwięk. Usiłuję odwrócić się i zakopać z powrotem w pościeli, ale niestety…

Bam.

Otwieram gwałtownie oczy, rozglądając się w przerażeniu wokół mnie.

„Jasny gwint…” wyrywa mi się z ust, ale w umyśle mam tylko jedną myśl.

Statek obcych. Jestem na pokładzie jakiegoś obcego pojazdu kosmicznego…

…i jakie jest prawdopodobieństwo, że nie jesteśmy już w trakcie podróży do ‚domu’?

Praktycznie zerowe…

Rozcieram obolałe udo i ramię. Najwyraźniej te ich statki kosmiczne nie należą do najwygodniejszych, ale zapewne bardzo trwałych – w końcu obie ekipy przeżyły długą podróż mimo problemów technicznych i katastrofę.

Wzdycham z rezygnacją, powoli podnosząc się z paskudnie twardego podłoża. Nie byłabym Liz Parker, by nie być ciekawą obcych statków i tego jak są zbudowane… jednak to jest druga moja myśl. Trzecią zaś zajmuje coś innego, a mianowicie… mój niesamowity strój.

Gdyby tutaj było coś w rodzaju lustra, prawdopodobnie przeżyłabym jeszcze większy szok… Drapię się nerwowo po głowie, z ulgą stwierdzając, że znienawidzone warkoczyki zniknęły. Mam na sobie jednak coś, co musiało stanowić oficjalną część ubioru rezydentki. Tak mi przynajmniej coś w głowie świta. Materiał sukienki jest jakiś dziwny, dźwięczący przy każdym ruchu. I mam czymś pomalowane dłonie… nie, to wygląda raczej na rodzaj henny. Jednak stopy mam zupełnie bose, najwyraźniej nikt nie oczekiwał, że spadnę z tego dziwnego posłania. Zimno posadzki zaczyna mi naprawdę doskwierać… Ciekawe, czemu mnie tutaj ulokowali…

Jak zwykle, materie są wszędzie… ale tym razem tylko przykrywają zwykłe gładkie ściany o zielonej poświacie. Wzdrygam się. W końcu jednak znajduję coś, co może wyglądać na wejście do tego małego pomieszczenia.

Chwilę głowię się nad tym, jak to się otwiera, póki nie przypominam sobie sposobu zabezpieczenia jaskini z inkubatorami. O ile nie jestem tu więźniem, mogę wyjść… hm, gdzie by przecież można było schować się na statku kosmicznym, którego struktury się w dodatku zupełnie nie pamięta?

Nie pamiętam, żebyśmy w ogóle posiadali jakąkolwiek flotę do dalszych podróży. Na pozostałe planety układu owszem, ale poza tym…? Nie, chyba nie. To musi być coś zaadaptowanego od przybyszów… no i poza tym podczas wojny technologia zawsze dokonuje gwałtownego skoku. Musieli nadrobić braki, inaczej bez względu na nasze moce, przybysze zepchnęliby naszą rasę znów na krawędź życia planety.

Kładę dłoń na ścianie i ścianki zupełnie bezszelestnie rozsuwają się na bok. Zaciskam dłonie na szczęście – zupełnie nie wiem po co – i wychodzę na korytarz, na coś, co wygląda jak półkole biegnące wokół mojego pomieszczenia. Światło tutaj jest jeszcze bardziej zielone, ściany pulsują niesamowicie.

To chyba jakiś sposób ochrony, czy co…

Ale każdy statek, nawet jeśli zaadaptowany z technologii samych przybyszów, którzy potrafili budować kolosy mogące pomieścić tysiące wojsk, ma swoją ograniczoną przestrzeń. Pokonuję jeszcze kilka przejść, korytarzy i kompletnie dziwnych dla mnie pomieszczeń, zanim wreszcie trafiam na kogoś.

…kto upuszcza niesione właśnie naczynie na mój widok i mamrocze coś niezrozumiale. Wzdycham wewnętrznie. W moich wspomnieniach jako Laiah ten temat nawet się nie pojawił, po prostu przyjęłam, że także teraz znałabym jakimś cudownym sposobem język. Jak mogłabym być tak głupia? Język to nie wrodzona sprawa. Przynajmniej u humanoidów. Uczą się tego od otoczenia… niestety.

Obcy odwraca się na pięcie i wieje gdzieś z prędkością, która mnie po prostu zadziwia. Aż taka przerażająca jestem? Myślę z wisielczym humorem. Drepczę więc po lodowatej podłodze w tym samym kierunku, w którym pobiegł. Większe prawdopodobieństwo, że kogoś wreszcie spotkam. Naprawdę zrobiło mi się zimno, a moje stopy muszą już przypominać sopelki lodu.

Do spotkania dochodzi zadziwiająco szybko. Zanim jeszcze pokonuję załamanie korytarza, dochodzi do mnie dziwaczny gwar, jakby dziesiątki szeptów. Przełykam nerwowo i wychodzę.

Niby się tego spodziewałam, ale niezliczone ciekawskie pary oczu, utkwionych tylko i wyłącznie we mnie, wykręca mój żołądek. Wydaje się, że wszelki ruch zamarł w oczekiwaniu na to, co zrobię.

Dobre moce jednak nade mną czuwają, bo nagle koło mnie wyrasta Kyle. Diabelnie, on naprawdę opanował jakąś umiejętność teleportacji!

„Obudziłaś się.”

Kto by pomyślał, że dźwięk angielskiego mógłby być taki przyjemny dla ucha…

„Zimno mi.” mamroczę. Kyle kiwa głową, ale jego spojrzenie najpierw z uwagą wędruje po całej mojej sylwetce.

„Dopiero co?”

„Tak.”

„Nie ma co, uwielbiasz nas zaskakiwać…” wzdycha, po czym bezceremonialnie podnosi mnie „Khavar mnie za to zabije, ale wolę jego gniew niż twój kiepski humorek. Zaniosę cię z powrotem, ogrzejesz się i zbada cię lekarz.”

„Byłam chora? Od przywracania?” marszczę brwi. Ok, może jednak Khavar nie oberwie ode mnie czymś ciężkim na dzień dobry…

„Nie. Powinnaś spać aż do samego końca. Tymczasem minęły dwa tygodnie, a ty jesteś zupełnie przytomna. No i musimy sprawdzić Tana. Być może to lata na Ziemi zmieniły jakoś twój organizm w sposób, którego nie byliśmy świadomi.”

Przełykam ciężko. Jeśli jest tutaj Tan, to znaczy, że musieli zabrać go siłą… a mama, to znaczy Nancy, została na Ziemi. Sama. Nie chroniona.

Khavar, jesteś martwy!

Kyle zabiera mnie z powrotem do tego samego pomieszczenia, tłumacząc, że jego struktura mnie chroni. Co prawda nie wiem jakim cudem by tak miało być, ale niech mu będzie. Bylebym nie musiała być znów bezwolnym więźniem i bylebym dowiedziała się wystarczająco wcześnie odpowiednich faktów.

Jakoś ciężko mi wierzyć w ich dobre intencje po tym wszystkim.

Po zaledwie kilku minutach przychodzi jakiś mężczyzna… Kyle mnie uspokaja, każąc znów położyć się na posłaniu. I wówczas następuje coś, co w poprzednim życiu nieźle mnie wystraszyło, ale teraz jest dla mnie wystarczającym dowodem, że to, co mi się śniło, nie było czystą bujdą.

Powietrze wokół mnie zaczyna dziwnie wirować, cokolwiek to jest, nie jest dokładną kopią tego całego skanu, jaki robiono mi po przyłapaniu na opuszczeniu pałacu. Po krótkiej chwili też ustaje. Kryształy, które leżą wzdłuż moich obu ramion pozostają całkowicie złote. Ani jednej plamki. Jestem zdrowa, żadnych obcych elementów.

Mrugam zaskoczona, kiedy nagle światło wokół robi się niemal zbyt intensywne, by mieć otwarte oczy, ale niemal natychmiast gaśnie.

„Och, Khavar i pozostali wrócili.” Kyle wstaje z podłogi „Chodź, dam głowę że jak się dowie, rozszarpie każdego po drodze, by się przekonać na własne oczy…”

Chyba jest w tym jakieś ziarno prawdy, bo kiedy znów przekraczamy te korytarze i wchodzimy do części, gdzie poprzednio spotkałam innych, Khavar niemal biegnie w naszą stronę. Hm, najwyraźniej jednak nie można teleportować się tutaj…

Staje zupełnie zaskoczony kilka kroków ode mnie. Jego wzrok lustruje mnie tak troskliwie i uważnie, jakby chciał przeniknąć materię. Zaciskam ochronnie ramiona, usiłując zapanować nad przerażonym drżeniem ciała i starając się przypomnieć, za co do diaska nie cierpię faceta.

Porwanie. Zabranie Tana bez żony, prawdopodobnie bez jego zgody i siłą.

Mój braciszek znów miałby żyć ze świadomością, że znów odebrano mu kogoś bliskiego? Potrząsam głową z poczuciem głębokiej winy. Powinnam była uwieść Khavara lub coś takiego… Czemu, do diaska, Kyle zaczął dawać dobre rady gdy było już za późno?

Rozglądam się wokół nerwowo, w poszukiwaniu czegoś, na czym mogłabym wyżyć swój gniew i frustrację… i znajduję bardzo szybko. Chwytam jakiś metalowy przedmiot, jak żywo przypominający patelnię do naleśników i z całej siły uderzam w zupełnie niczego nie podejrzewającego Khavara.

„Ty sukinsynu!” warczę, kiedy zatacza się parę kroków do tyłu oszołomiony uderzeniem. Uch, mam nadzieję, że przynajmniej chociaż trochę uszkodziłam tę jego przystojną buziulkę!

Ochrona natychmiast reaguje, ale niestety chyba jednak nie uszkodziłam go za bardzo, bo podnosi dłoń równie szybko co żołnierze i nikt się nie zbliża.

„Domowe powitanie…” parska w końcu „Zawsze o nim marzyłem.”

„Świetnie…” mówię zimno „Więc to na pewno także ci się spodoba.”

W życiu każdej nastolatki jest taki czas, kiedy jest zmuszona co najmniej nauczyć się, jak porządnie znokautować osobnika płci przeciwnej jednym ciosem z kolanka, a czasem nawet użyć tego w praktyce. Teraz właśnie nadszedł ten moment. Ale nie w samoobronie, tylko z perfidnej zemsty.

„To za Tana. Nie za jego porwanie, nie jest głupi. Za to, że pomimo jego wieloletnich wysiłków przez jakiegoś gnojka królewskiej krwi znów traci najbliższych. Cała rodzina, a teraz także żona. No po prostu gratulacje, Wasza Wysokość.” gdyby ktoś mógł wysączyć jad z moich słów, jestem pewna, wiaderko byłoby za mało do tego.

Tags:
Comments
  1. Asaliach
  2. Asaliach
  3. Asaliach

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *