Deja vu (10)

Rozdział dziesiąty: Matczyna rada

„Wiesz, że nie powinno cię tu być?”

Nawet nie mam ochoty się odwrócić, słysząc charakterystyczny głos. Nic nowego. Bycie pilnowaną non stop ma tę wadę, że naprawdę trudno wydostać się spod tej kurateli niezauważonym. Jeszcze gorzej, kiedy zechcesz wkroczyć w obszary, które powinny pozostać dla ciebie niedostępne.

Głód delikatnie szarpie mój żołądek. Ledwo ledwo, ale przypomina przynajmniej co tu robię. No, przynajmniej co robiłam przez ostatnie dwa lata. Teraz jednak sama siebie muszę ocalić, żeby móc ocalić moje dziecko.

To zadziwiające, jak ta mała istotka pod moim sercem potrafi z niesamowitą regularnością przypominać o sobie. Jak w tej chwili. Mogłabym wyznaczać pory dnia tylko i wyłącznie tym, kiedy dopomina się o kolejną dawkę pożywienia. To znaczy nie bezpośrednio, ale zawsze. Delikatne szturchnięcie w żołądek starcza, by przypomnieć mi, że jeśli dbam o siebie to dbam także o tę małą istotkę.

Czasem myślę, że ten mały uparciuszek robi to specjalnie. To jego forma dbania o mnie. Jaki ojciec taki syn… Jeśli nie można wyrazić czegoś przez czyny, to nie ma to wartości. Zwariować można! Nie dosyć jednego Khavara na świecie? Tylko drugi musi się na niego pchać… myślę z czułością kładąc dłoń na brzuchu pod szatami Strażniczki.

Ale niestety też ten mały uparciuszek właśnie mi przypomniał, jakim cudem dałam się złapać. Uch, jaka wpadka… po tych dziesiątkach potajemnych ucieczek z pałacu! Byleby tylko mnie nie sprawdzili, myślę z nagłym przerażeniem. Żadnego skanu. Niczego! Żadnych antychorobowo-niewiadomoczego!

Byłabym martwa jeszcze tego samego popołudnia. Bylibyśmy.

„Luna, masz w zwyczaju śledzić mnie czy to tak dzisiaj wyjątek?” pytam się buńczucznie, usiłując stłumić niepokój i strach we wszystkich odmianach, jakie telepią się w mojej przerażonej głowie.

Luna była naprawdę fajna. Chyba jedna z niewielu Strażniczek, które naprawdę przykładały się do poleceń pana wobec niej samej, ale to też znaczyło, że w pozostałych kwestiach była równie drobiazgowa. Żadne dotychczasowe pozory przyjaźni nie pomogą mi się z tego wymigać. Co robić?

„Zależy od dnia. Zazwyczaj o tej porze już jesteś w ogrodach… i wracałaś ze spaceru zawsze z tej strony. Więc postanowiłam sprawdzić.” kobieta przede mną ściąga kaptur szaty a mnie serce podjeżdża do gardła. Powoli podchodzi do blokady oddzielającej teren pałacu od reszty świata. Jej sylwetka lekko się zamazuje, kiedy staje centymetr od tego przezroczystego pola. „Nie lubię, kiedy ktoś bawi się moim zaufaniem.”

Przełykam. Uch, to nie będzie miła rozprawka. Desperacko myślę o wszystkich opcjach, ale żadna nie przychodzi mi tak naprawdę do głowy. Mogłabym ją spaczyć… ale nigdy nie robiłam tego na Strażniczce. Nie znam sił ich blokad ani jak trwałe to jest. Mogłoby się w zupełności nie udać i dopiero miałabym kłopoty… Zaciskam pięści. Chyba przyjdzie mi szybciej odejść z pałacu niż przewidywałam… to tylko dwa dni, myślę sobie. Będę musiała się gdzieś ukryć przez te dwa dni, zanim tarcza się zaaktywuje. Dwa strasznie długie dni. Jakim cudem zdołam poza murami pałacu, poza wewnętrzną przestrzenia Khavara powstrzymać moje dziecko od emitowania tak charakterystycznej energii? Samym tym mogliby mnie wyśledzić na inną planetę, przestrzeń, gdziekolwiek…

„Nie bawię się nikim.” mówię cicho, grając na zwłokę. Mogę zawrócić korytarzem, ale jest za długi, dogoniłaby bez trudu kobietę w ciąży. Jedna jedyna opcja, to wejść na teren pałacu i uciec stamtąd. Gdzie najbliżej do wody od zewnętrznych murów?

„Doprawdy?” mówi chłodno „Nie uczyłam cię po to, żebyś wychodziła nie chroniona w szatach Strażniczki, Laiah.”

„Nie uczyłaś mnie wychodzić poza pałac.” zauważam rozsądnie, licząc że właśnie ta kwestia kto do diaska dał mi swój kod wyjścia odsunie jej umysł na chwilę od innych spraw i osłabi czujność „Ani cię o to nie prosiłam.”

Luna wzdycha znużona i na ułamek chwili przymyka powieki. Korzystam z szansy, dotykając muru. Przepuszcza mnie bez problemu, a moment odbicia pieczęci umyka jej wzrokowi. Co za ulga.

Mimo wszystko to pałac. Powtarzam sobie niczym mantrę. Wszystko da się załatwić, jeśli wiesz jak. Jeśli jesteś zdeterminowana też.

Och, a mój synek to dopiero powód do determinacji. I lubiący sobie tarmosić moim żołądkiem powód do determinacji.

„Zeskakuję cię, ale nie licz na to, że tym razem nie doniosę panu.”

„Tym razem?” marszczę brwi. Czyżbym była ostatnio aż tak nieostrożna? Niemożliwe. Potrafiłabym wykryć Strażniczkę w pobliżu. One zawsze emitują jeden jedyny rodzaj energii.

Luna krzywi się, zarzuca mi kaptur szaty na głowę i prowadzi w stronę jednej z wewnętrznych ścieżek tuż przy murze. Do Sali medyków i części zbrojonej w różnorakie instrumenty wykrywające choroby i fałszywe rzuty energii i inne mało przyjemne rzeczy nie mamy daleko, a co gorsza, po drodze zaczyna mijać nas coraz więcej Strażniczek.

Uch, niedobrze. Co robić? Co robić?

Nic nie wymyślam, zanim docieramy do wewnętrznej bramy… a w środku robi się jeszcze gorzej. Mijamy jedną podłogę czy dwie, Luna nie zważa na to, kogo w kolejce potrąca, po prostu zmierza prosto do celu, ciągnąc za sobą drugą rezydentkę. Nie muszę nawet spoglądać na innych, których mijamy w pośpiechu, żeby wiedzieć, jak to musi wyglądać. Problemów z nieposłusznym bachorem ciąg dalszy. Już widzę w wyobraźni tę zadowoloną minę Sati… Hm, ostatnio i tak wygląda na wyjątkowo radosną i szczęśliwą. Prawdopodobnie wie o dziecku Suriny…

Sama myśl o tym odbiera mi resztki dobrego humoru. Luna odgarnia ostatnie materie i wpycha mnie brutalnie do wnętrza przestrzeni. Wpadam na zaskoczonego lekarza, który pochylał się nad czymś i oglądał to coś wyjątkowo dokładnie. Jego mina wyraża co najmniej zdumienie i przerażenie, nie wiem tylko którego uczucia więcej. Nie mogę nic wyczuć od niego, jego kontrola emocji wbrew wykonywanemu zawodowi musi być przeogromna… Więc jest pewnie kilka razy starszy niż ja, nawet jeśli jego głowy nie zdobi ani jeden pojedynczy włos.

Podnosi się powoli z podłogi, patrząc się niepewnie to na mnie to na Lunę. W końcu coś chyba klika w jego głowie, bo schyla się nieznacznie w zawodowym pozdrowieniu i pyta z czym przyszły.

„Była na zewnątrz!” Luna warczy mało przyjaźnie. Medyk patrzy się na mnie niepewnie. Och, przecież wszyscy tutaj doskonale wiedzą, że mam zakaz opuszczania pałacu bez specjalnego pozwolenia Khavara, a ostatnio to nawet nahttp://pogodynka.pl/polska/wroclaw_wroclawpomknąć o tym nie mogę, ba, zbliżyć się do tematu, bo Khavar robi się zielony ze złości. Ergo, to była bardzo nielegalna wycieczka i pan nie będzie z tego powodu zadowolony…

Patrzę z rezygnacją jak przygotowują kryształy. Pracują w zgodnym milczeniu, na pewno niejednokrotnie to robili. Bardzo szybko wsysa mnie do wiru. Zrezygnowana zamykam oczy. Nie muszę widzieć, jak kamienie ciemnieją, od razu wykrywając coś niezgodnego ze wzorcem matrycy. Jestem usmażona. Nie wyjdę z tej części pałacu żywa.

~ * ~

Siadam na łóżku, nieznacznie oszołomiona.

Nie spałam, nie śniłam niczego… Tylko myślałam o przeszłości. I jakże różne to były myśli. Nie nawet jak sen, letarg, wizja, cokolwiek innego, co było wcześniej. Po prostu wypłynęło nagle ze mnie na moje zawołanie.

Uśmiecham się nieśmiało. A potem wreszcie radośnie. Hurra, udało się!

Dokonałam tego.

Mam ochotę poskakać z radości na łóżku, ale głośne burczenie i skręt mojego żołądka przypominają mi, że nie jadłam od Bóg jeden wie jak dawna. A że jestem w końcu w domu… może wreszcie chociaż jeden powód ku mojej złości zniknie.

Zwlekam się w końcu z łóżka i natychmiast zaczynam pojmować, że ostatnie dni nie przeszły niezauważone na moim fizycznym stanie. Pomijając psychiczny, bo czuję się jak wyrżnięta kilkakrotnie przez wyżymaczkę. Moje ręce są dziwnie słabe, a nogi czują… dobra, mam ochotę po prostu usiąść i się nie ruszać.

Szczęśliwie w kuchni nikogo nie ma i jednym machnięciem ręki otwieram lodówkę. Nie mogę się nadziwić jak łatwo ta cała moc wróciła do mnie… no, pewnie była tam zawsze tylko mój umysł potrzebował do niej dotrzeć. W moim dzisiejszym wspomnieniu raczej Laiah nie miała już takich problemów jak na początku. I ta wzmianka o nauce… chyba jednak się przełamała i nieco poduczyła prawdopodobnie od tej Luny. Nauczyła się bardziej wykorzystywać swoją energię, ergo więc i ja to potrafię. Dobrze wiedzieć, myślę szczęśliwie. Bardzo dobrze.

Ściągam chleb tostowy z szafki. Białe pieczywo nie bardzo trzyma się regulaminu zdrowego odżywiania, jaki tutaj mama wprowadziła, ale w tej chwili mam przeogromną chęć na najbardziej niezdrowe i szybkie do przygotowania coś, co nie potrafiąc gotować jestem w stanie przyrządzić z mocami czy bez nich. Z pietyzmem układam kawałki sera i szynki na chlebie, po czym triumfalnie zamykam toster. Nalewam sobie koktajlu truskawkowego produkcji mamy, zdecydowanie najlepszego na planecie i czekam jeszcze dwie minuty, nim z błogością wbijam ząbki w gorące tosty. Aaaa, pyyyychaaaa!

„Masz minę, jakby cię tam w ogóle nie karmili i to był twój pierwszy posiłek od kilku dni…” mama chichocze. Podnoszę wzrok. Musiała stać już chwilę oparta o framugę i obserwować mnie. Czy czuję się jak eksponat w muzeum? Niee.

„Aha.” mamroczę z pełną buzią, po chwili popijając kolejną sporą dawką koktajlu. Kocham truskawki. „Nie dostałam niczego oprócz czegoś wcześniej dożylnie, nie wiem co to za świństwo było, ale bolało piekielnie. Aaach, pyszności…”

Moja mama patrzy teraz groźnie, ale bynajmniej nie na mnie, tylko ogólnie. Najwyraźniej nie bardzo podoba się jej to, co usłyszała.

„Nie dali ci jeść?”

Potrząsam przecząco głową. Mama odrywa się od framugi, wyciąga coś z lodówki i wstawia do mikrofalówki (zapewne coś, co zaraz wciśnie w moje gardło, nie czarujmy się…), po czym znika gdzieś i znów zostaję sama. Zadziwiające, tym razem nie mam nic przeciwko. Jak poprzednio samotność była mało przyjemna i wypełniona niepokojem, to teraz jest cudownie kojąca… Nie ma to jak w domu…

Siedzę sobie już jakiś czas na podłodze, pochłaniając kolejną porcję tostów i resztki soku bananowego, kiedy jakiś rumor w przedpokoju wytrząsa mnie z tego błogostanu. Z tostem w buzi wychylam się za drzwi… przysięgam, gdyby nie wciąż palący głód, ten tost wylądowałby teraz na podłodze. Kyle stoi dwa metry dalej i rechocze jak zwariowany, obserwując już od jakiegoś czasu scenę, która rozgrywa się w dużym pokoju. Mama stoi z pogrzebaczem nad Khavarem, wymachując tym metalowym przedmiotem nad biednym chłopakiem, który najwyraźniej nie bardzo wie, na jakiej planecie się znajduje, bo ewidentnie mama mu grozi. I wcale nie żartuje!

Potrząsam oszołomiona głową, niezupełnie sama pewna czy znajduję się na planecie Ziemia w Układzie Słonecznym, ale chyba jednak, bo Kyle rechocząc wpycha mnie z powrotem do kuchni i zamyka za nami drzwi.

„Co to było?” mamroczę strapiona, czy nie wywołałam właśnie jakiejś międzygalaktycznej wojny. Ale nie, Kyle chyba nie byłby tak rozbawiony tą wizją.  Nieprawdaż?

Na wszelki wypadek jednak pochłaniam dalej tosty, kto to wie, co chowający antenki jeszcze dla mnie przygotowali…

„Twoja mama groziła właśnie Khavarowi.”

„Myślałam, że mam halucynacje…”

Myśl sama w sobie jest zabawna, ale tosty o wiele bardziej mnie interesują… Hm, oblizuję palce.

„Mogłaby już skończyć, dalej głodna jestem.” jęczę nieszczęśliwie i spoglądam z nadzieją na mikrofalę „Myślisz, że da się to podgrzać?”

Kyle w końcu wstaje, wyciągając pojemnik i zaglądając do środka.

„Wygląda na gulasz…” po czym macha ręką nad tym i już po całym pomieszczeniu rozchodzi się milutki zapach. Wyciągam widelec z szufladki, odbieram miskę Kyle’owi i zajmuję się jej cudownie pachnąca zawartością.

„Powoli, rozchorujesz się.” Kyle mówi dziwnie łagodnie, odgarniając włosy z mojej twarzy.

„Jestem chora nie jedząc.” mamroczę czując z zadowoleniem, że szarpiący głód zdecydowanie zelżał. Wiwat tosty i mieszanina truskawek i mleczka…

„Widzę właśnie.” śmieje się „Gdyby Khavar znał przysłowie przez żołądek do serca…”

„Jasne, dużo by zdziałał.” prycham lekceważąco „Sam byś tyle wcinał, gdyby cię porwano, przetrzymywano, robiono pranie mózgu i głodzono. Mama mówi, że facetów należy oceniać po czynach, a nie słowach. Jak dla mnie, to Khavar zdążył się jak dotąd zapisać jeszcze gorzej niż Max miał szansę przez półtora roku.”

„Ciężki kaliber?” Kyle unosi brew sugestywnie. Przysięgam, jak zjem, rozbiję tą miskę na jego głowie!

„Nie mam pojęcia, nie pamiętam ani jednego momentu z nim, oprócz mało ciekawych, właściwie to paskudnych momentów. I nie mam najmniejszej ochoty się przekonywać!”

„Brakuje tylko, żebyś pokazała język, jaka to stanowcza jesteś…” Kyle komentuje. Najwyraźniej baaardzo serio bierze sobie moje słowa.

„A niby czemu nie miałabym być poważna? Co mi po facecie, w którego domu byłam gorzej niż prostytutką? Dlaczego chciałabym do tego wracać, mając własną, mniej lub bardziej szczęśliwą egzystencję tutaj, z dala od koszmaru jaki pamiętam skrawkami?” burczę, tracą zupełnie resztki dobrego humoru wywołanego napełnieniem żołądka. A myślałam, że mimo wszystko Kyle był po mojej stronie. Nadzieja matką głupich.

„Bo w przeciwieństwie do Maxa, który mówi jedno, a robi potem co innego, Khavar udowadnia wszystko przez czyny. Odtworzyli ciebie, wysłali i teraz chce sprowadzić z powrotem. Pofatygował się osobiście, zostawiając kierowanie całą planetą w obcych rękach! Czego na litość boską ty jeszcze chcesz? Żeby zrobił z ciebie królową Antaru?”

To wbija tak bolesny szpikulec prosto w pierś, że przez chwilę brak mi tchu. Z wszystkiego, co Kyle mógł kiedykolwiek powiedzieć… chyba nikt nigdy się nie domyślił, czym było dla mnie tamto nagłe wywyższenie Suriny. Ale to nie znaczy, że wizja Khavara w ramionach kobiety, która była dla mnie jak druga mama, nie wywołuje odruchu wymiotnego albo trudnej do opanowania chęci mordu. W pałacu jeśli nie umiesz się powstrzymać ani ukryć własnych emocji, po prostu nie przeżyjesz.

Wstaję powoli, odstawiając miskę na stół. Kyle się orientuje, że chyba przesadził, ale nic nie mówi. I dobrze. Niech chociaż raz poczuje jak to jest zranić kogoś bliskiego i mieć przez to wyrzuty sumienia.

„Wiesz, dlaczego mama teraz mu groziła? Też uważa, że można oceniać po czynach, nie zamiarach i deklaracjach.”

„Oooch, i co to niby miało znaczyć wg O Jakże Mądrej Laiah?” Kyle zrywa się sarkastycznie z podłogi.

„Jedyny powód, dla którego się tak teraz męczycie, to fakt, że stałam się powodem, symbolem tej waszej cholernej wojny. Wszystko, nawet taki społeczny śmieć jak ja, może stać się ikoną, jeśli by spowodował wyrwanie z jarzma zmiennokształtnych. Gdyby chodziło o mnie, Khavar by nawet nie splunął…”

No, aż tak źle nie było, ale nie czepiajmy się drobiazgów.

„W przeciwnym wypadku, poświęcilibyście chociaż jedną myśl na to, gdyby zależało wam na mnie jak na kimś, osobie, a nie pieprzonej byłej własności pana, czy jestem tu szczęśliwa i zadowolona. Byłam, dopóki wy nie zaczęliście mieszać mi w głowie i wywoływać tych cholernych koszmarów o Antarze!” mój ton podnosi się niebezpiecznie do krzyku „Nie mam praktycznie żadnego szczęśliwego wspomnienia z tego piekła, jakim było bycie prywatną prostytutką Khavara. Żadnego, rozumiesz?! Czemu chciałabym tam dobrowolnie odejść? Ledwo przylecieliście, a znów się zaczy…”

Nagłe przerażenie na twarzy Kyle’a mówi mi wyraźnie, że nie jesteśmy już sami. Wzdycham z rezygnacją i odwracam się. W drzwiach stoi Khavar, obok moja mama zasłaniając usta. Parę metrów głębiej w korytarzu kilkoro nieznanych mi osób, które muszą być jego strażą tutaj na Ziemi. Ich miny są co najmniej mieszaniną kompletnego szoku, przerażenia i chęci ucieczki z rzeczywistości, którą nagle zaczęli postrzegać jako największy koszmar.

Co najgorsze, jedyną osobą, która w tej chwili wydaje się naprawdę opanowana, jest Khavar. I nie wiem, czy go za to bardziej nienawidzić czy podziwiać. Jego twarz jest absolutnie spokojna, bynajmniej nie bezduszna czy opanowana, tylko po prostu spokojna. Widać po nim, że wszyscy za sprawą mojego wybuchu ugrzęźliśmy w niezłym błotku.

Do czego to doszło, żebym oceny sytuacji szukała w odbiciu byłego kochanka… stukam się wewnętrznie w czoło nad swoją głupotą. Ostatnie czego mi w tej sytuacji potrzeba to głupie, irracjonalne pragnienie jakiegoś rodzaju akceptacji z jego strony. Nie dosyć już namieszałaś, Laiah? Nie dosyć cię skrzywdził?

„Zostawcie nas samych.” pada jednak z moich, nie Khavara ust. Trwa może z minutę, nim wszyscy drgnęli w tych swoich zszokowanych pozach i wynoszą się w diabły. Zostajemy sami. Ja i Khavar.

No, i miska gulaszu mamy. To nasz trzeci równie niemy co my rozmówca, bo sadzam ją sobie na kolanach i wracam do jedzenia. Co ze mną u licha jest? Życie mi się sypie, ja to tylko pogarszam z niesamowitym talentem i o wiele bardziej mnie obchodzi żeby mieć pełny żołądek…. Hm, jeśli Laiah taka była na co dzień, to nic dziwnego, że udało się jej wytrzymać trzy lata w pałacu. Musiała mieć stalowe nerwy. Tylko, że praktycznie żadne z moich wspomnień o tym nie mówi. To był raczej przerażony kłębek nerwów. Co takiego do diaska on widział w Laiah, to nigdy nie zrozumiem… przecież nie ciało, jak mi się wydawało na początku, bo koniec końców zwrócił się do Surinah, czysto klasycznego przykładu piękności z wysokich rodów.

„Żadnego?” Khavar drapie się po głowie, siadając wreszcie koło mnie i zaglądając do miski. Wzruszam ramionami.

„Co najwyżej mało szczęśliwe.”

„Chyba powinienem porozmawiać z Tanem.”

Prycham.

„Niewiele wam to pomoże. Chociaż…” patrzę się na niego uważnie. Wygląda wręcz przerażająco młodo. Dziwnie jest myśleć, że siedzę obok potężnego władcy ogromnej, bogatej planety. On wygląda jak zwykły młody chłopak o rozbrajającym uśmieszku… i jeszcze gadamy o moim poprzednim życiu jako jego kochanka. Uch, za dużo tych obcych! „…zakładając, że były przyjemne, niekonieczne szczęśliwe, z pewnością nie chciałbyś, żeby je ktoś oglądał, by mi je dać. Z tego co wywnioskowałam ze snów, byłeś dosyć… zaborczy?”

Kolejny kęs szczęśliwie ląduje w mojej buzi. Khavar prycha, ale nic nie mówi, więc się pewnie ze mną w jakimś sensie zgadza co do tej kwestii albo udaje. W końcu ciekawie zerka do miski i odbiera mi na chwilę widelec, by spróbować.

„Ble, paskudztwo. Jak papier.” mamrocze wykrzywiając usta „Jak ty to jesz?”

„Normalnie.” wzruszam ramionami, oblizując widelec z sosu „Ale to pewnie smak. Hybrydy i Nasedo wiecznie dodawali coś ostrego do jedzenia, nie czuli prawie nic. Nie wiedzą co tracą…”

Khavar patrzy się na mnie dziwnie.

„A co, to jakaś ich cecha zmiennokształtnych, której my nie posiadamy?”

„Prędzej… efekt pożywiania się własną energią i korzystania z niej. Bardzo powszechna rzecz u nas. Im mniej używasz jej do podtrzymywania życia, leczenia albo tworzenia barier, tym bardziej czujesz smak pożywienia, niektórzy nawet mówili o smaku wody. Twój organizm przez smak mówi ci, co ci jest potrzebne. Masz ochotę na słodycze, potrzeba ci natychmiast energii. Podobno. Ja tego nigdy nie odczułem, mam tyle energii, że…”

„..nigdy nie odczułeś potrzeby jedzenia.” dokańczam za niego „Ale jesz mimo wszystko.”

„Trudno funkcjonować w naszym świecie nie jedząc czy pijąc.”

„Trudno funkcjonować, nie korzystając z tego, co natura nam zaprogramowała.” wymyka mi się z ust, zanim w ogóle myślę co mówię. Skąd do diaska ja to wytrzasnęłam?, zachodzę w głowę. „Uch, ciągle coś mówię, a potem się zastanawiam, czemu to powiedziałam… zapomnij.”

„Nie mam zamiaru.” Khavar mruczy nagle w niskich tonach, tak, że muszę wytężać słuch, żeby go zrozumieć. Nagle jednak on robi coś, czego w żadnym razie nie spodziewałam się teraz po nim… on, on… nie no, tak nie można! Myślę spanikowana, czując jak ujmuje moją twarz w dłonie, ciepło jego oddechu na policzku, jego usta lekko dotykające moich… zaciskam oczy desperacko, burza emocji, cały huragan toczy mi się w głowie w proteście, ale nic nie chce zmazać uczucia bycia dotykaną przez niego. „Tak straszne było?” Khavar odrywa się z westchnieniem. Potrząsam głową, odrętwiała. Więc jednak, myślę żałośnie. Jaki los mnie teraz czeka?

Tags:
Comments
  1. Judyta

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *