Deja vu (1)

Rozdział pierwszy: Kiedy serca zostają rozbite

Siedzę na łóżku, bezradnie zawijając ramiona wokół kolan i usiłując się jakoś rozgrzać… odpędzić to przejmujące zimno we mnie… poskładać z tysięcy rozbitych kawałków odrobinę woli, by się poruszyć, zdjąć buty, zgasić światło i położyć się, by nie zaalarmować rodziców. Niestety, nie mam w sobie grama woli ani siły by to osiągnąć. Poza tym jest już za późno. Rodzice zauważyli. Drzwi skrzypią cichutko i tata staje w drzwiach.

„Liz, kochanie?” pyta się zaniepokojony. Ignoruję. Tata podchodzi i siada na łóżku. „Znów miałaś koszmar?”

Koszmar? Przez moją zamgloną głowę z wielkim trudem przetaczają się zdziwione myśli. Dopiero po chwili dociera do mnie, o czym mówi. Koszmary. Przez ostatnie tygodnie budziły mnie niemal co noc. Nie pamiętam, co mi się śni, ale to jest okropne. I zawsze budzę się z płaczem, jakbym utraciła coś niewiarygodnie cennego. Być może to było przeczucie, iż nadejdzie pewnego dnia dzień, w którym już na zawsze pożegnam Maxa, że odejdzie on ode mnie, nie tyle ścigany przez swoje przeznaczenie, co z chęcią i uwagą podążający tą ścieżką. Nigdy nawet nie myślałam, że sama wepchnę go tak boleśnie na nią… Szczególnie, kiedy przysięgałam go nie krzywdzić.

Część mnie, i to całkiem ogromna, życzy sobie egoistycznie, by wrócić do tych fantastycznych miesięcy, kiedy nic nie wiedzieliśmy o przeznaczeniu, Khivarze i innych wielkich kosmicznych problemach. Było niebezpiecznie, ale niebezpieczeństwo nie rozdzierało nas od siebie. Nie rozdzielało mnie od Maxa. Ale inna, mniejsza, doskonale wie, że to niemożliwe. Poza tym… przeznaczenie i wielkie kosmiczne problemy to także część Maxa, kogoś, kogo kocham. Więc… jak mogłabym egoistycznie odrzucić część tego cudownego złotego spojrzenia, tylko dlatego, że powoduje problemy? Że to mnie wyłącza? Że utrata miejsca w jego życiu, możliwości bycia przy nim i wspierania go, kiedy tego potrzebuje, powoduje zimny, pełzający wzdłuż kręgosłupa dreszcz przerażenia? To moje demony, moje koszmary. Moje obawy. I jak niby mam powiedzieć tacie, że obawa o utratę tego cudownego człowieka, jakim jest Max, powoduje dzikie, zwariowane sny? Że moja podświadomość wyciąga moje lęki podczas snu?

Wątpię, by to dobrze przyjął. Prędzej jeszcze bardziej by się zmartwił. Nie chcę go martwić.

Laiah.

Coś bardzo zimnego pełznie wzdłuż mojego kręgosłupa. Przestraszona otwieram nagle oczy, jakby z kąta nagle miała wyskoczyć moja senna mara. Wciskam twarz w poduszkę, pachnie mile. Truskawkami. I bitą śmietaną.

„Po prostu jestem zmęczona.”

„Hm…” tata siada na łóżku, czuję ciężar jego ciała wyginający materac „Ostatnio Max męczył cię wyjątkowo późno, a jutro wcześnie wstajesz. Dzięki Bogu, dzisiaj odpuścił.”

Mimo zmęczenia brakiem porządnego snu ostatnio, mój organizm jednak znajduje na tyle sił, by zarumienić się po korzonki włosów. Uch. Czy tata musiał mi przypominać? Serenada, kwiaty, zaproszenie na koncert… To było słodkie… czy też byłoby słodkie, gdyby skończyło się tak, jak planował Max. Tymczasem z całą premedytacją podeptałam jego uczucia, nadzieje, zupełnie niespodziewanie, w najbardziej okrutny z możliwych sposobów. W jego przekonaniu, zdradziłam go. I to z Kyle’m. Czuję, jak żołądek podjeżdża mi do gardła.

„Ale nigdy nie jest za późno na deser.” tata szczerzy ząbki i nagle wyciąga zza pleców pucharek… pełen truskawek z bitą śmietaną! Kocham go. Nawet nie wiem kiedy, ani jak, ale świat wydaje się odrobinę bardziej znośny. Przynajmniej mam moich rodziców. Oni zawsze będą mnie kochać bezwarunkowo. Za ich miłością do mnie nie stoi żadne przeznaczenie, ani żadne ich ode mnie nie odciąga. Kochają mnie, bo jestem ich dzieckiem, ukochaną i wyczekiwaną jedynaczką. Ileż to ja historii się nasłuchałam, zarówno od nich, jak od babci Claudii, ile to lat i naukowych starań było, żebym pojawiła się na tym świecie! I nie muszę być żadnym chodzącym ideałem, po prostu sobą, kochają mnie jaką jestem.

Ta ostatnia myśl pojawia się nagle, znienacka, więc czym prędzej rzucam się na truskawki. Są słodkie, soczyste. Kocham truskawki. Nie wiem nawet czemu. Zawsze kochałam. Może dlatego, że kojarzą mi się podświadomie z namiętnością? Czerwień, kolor kochanków… miękkie, świeże, soczyste owoce, rozpływające się w ustach… słodkie, z bardzo delikatną nutą kwaśnego, jeśli zdarzy się jakiś niedojrzały fragmencik. I każda jest inna, ma inną słodycz, inny smak na języku, inaczej z miękkim plaskiem rozpłaszcza się na podniebieniu. Coś wspaniałego, mruczę w duchu.

Tata śmieje się z mojej rozanielonej miny.

„Dzieciom tak niewiele trzeba do szczęścia.”

„Nie jestem dzieckiem!” protestuję oburzona. Tata rozczochruje moje włosy, na chwilę zasłaniając nimi cały mój świat i całuje w czubek głowy.

„Dla mnie zawsze będziesz moją małą księżniczką.” mruczy i nagle mam zadziwiające wrażenie, że jego głos drży. Ale to tylko wrażenie, oddycham z ulgą, patrząc na jego twarz. Jest taki spokojny, obce mu są kosmiczne otchłanie, przeznaczenie i cały ten galimatias.

„Czasami chciałabym być kimś zupełnie innym. Nawet śnię o tym.” mówię nagle, nie do końca pewna nawet, skąd mi przychodzi do głowy wypowiadać to na głos. Tata spogląda zaintrygowany, ale i zaniepokojony.

„W koszmarach także?”

„Nie wiem, co mi się śni.” wzdycham to na wpół z frustracją, to na wpół z rezygnacją; truskawki na kilka chwil zostają zapomniane z premedytacją „Ale budzę się zazwyczaj cała we łzach i nie jestem taka pewna, czy chciałabym wiedzieć. To pewnie tylko moje lęki… ale czego miałabym się tak bać?”

„No właśnie…” tata spogląda na mnie zamyślony „Kim chciałabyś być?”

Wzruszam ramionami, zakłopotana. Co to za pytanie?

„Po prostu kimś innym, gdzie indziej. Czasem mam wrażenie, jakbym pochodziła z czarno-białego obrazka i wklejono mnie do kolorowej fotografii. Nie jestem zła, jestem inna, jakbym nie pasowała. Śmieszne wrażenie, ale pewnie każdy nastolatek to ma…” wracam do wtryniania truskawek; przysięgam, to ambrozja, nie owoce… dzisiaj smakują wyjątkowo pysznie. Kontynuuję więc z pełną buzią. „Kim? Nie wiem, może biologiem, a może zwyczajną mieszkanką Miami na Florydzie, albo mieszkać w Londynie i znosić angielską pogodę? Mieć męża, dom, psa… dzieci. Mieć zwyczajne życie, ot co.”

„Większość małych dziewczynek marzy o byciu księżniczką w wielkim zamku…” tata drażni mnie z uśmieszkiem „Mieć pałac, służbę do sprzątania zabawek…” hm, szkoda mi truskawki by rzucić nią w tatę „…pyszne smakołyki od rana do nocy, mnóstwo wolnego czasu i każdą koleżankę na zawołanie… a potem poślubiłaby księcia na białym koniu i żyli długo i szczęśliwie.”

„Zapomniałeś o tuzinie małych książątek…” dodaję bez namysłu.

„I o tuzinie małych książątek…” tata ma naprawdę miły uśmiech, hm, czemu nigdy wcześniej tak bardzo mi się to nie rzuciło w oczy? Dzisiaj wieczór jest jakiś bardziej odprężony, spokojniejszy niż zwykle. Albo mama cosik zadziałała w tym względzie, nie chcę wiedzieć, albo udał mu się jakiś korzystny interes? Hm, ale Crashdown zamknięte już dawno, dostawców nie ma… pewnie mama. Rumienię się nieznacznie. Hasający po mojej głowie tuzin książątek nagle sprawia, że przestaję się uśmiechać i wraca do mnie ponure uczucie sprzed kilku chwil. Truskawki stają w gardle. Wizja oszołomionego, niedowierzającego wzroku Maxa przebiega przez moją głowę. Ta rana. Ten ból… on mi nigdy nie wybaczy…

„Liz?”

„Hm?”

„W porządku?”

„Tak…” wzdycham nieznacznie, odkładając łyżeczkę do pucharka. A już było tak dobrze… „Jestem zmęczona, jutro trzeba wstać… położę się.”

„Nie siedź długo…” tata wstaje, jeszcze raz całuje mnie, po czym zostawia samą. Siedzę samotnie w półmroku sypialni, z pucharkiem truskawek z bitą śmietaną na kolanach, z na wpół uniesioną do ust łyżeczką, kiedy nagle…

Laiah.

…zupełnie jakby wielokrotnie powtórzony szept w ciemności. Wzdrygam się i zamykam oczy, stanowczo odstawiając deser na nocny stolik. Mój umysł potrzebuje odpoczynku. Wątpię, by serce zechciało się zagoić do rana, ale mam nadzieję, iż przynajmniej kiedy jutro wstanie słońce, oddychanie stanie się chociaż odrobinę łatwiejsze.

~ * ~

Co mnie budzi? Nie wiem, nie mam pojęcia. Zaspana otwieram leniwie oczy i muszę zamrugać, bo nagle szpara między podłogą a drzwiami mojej sypialni rozjaśnia się intensywnym światłem. Nie, to niemożliwe, stwierdzam po chwili. To tylko coś w moim śnie.

Przewracam się na drugi bok, ale jakiś dziwny dźwięk łamie ciszę domu. Siadam gwałtownie na łóżku, przestraszona. Włamywacze? Pożar? Coś się zepsuło? Albo tata nie mógł spać i ogląda w dziennym pokoju mecz?

Odgarniam pokrycia, z trudem zwlekając się z łóżka. Całe moje ciało jest jak z ołowiu. A może to wciąż sen? Dziwnie kołysze mi się w głowie i muszę chwilę posiedzieć z powrotem na posłaniu. I znów ten dziwny dźwięk. Narzucam jakąś bluzę na piżamę, otwieram drzwi i boso, nie bez odrobiny strachu gdzieś tam w mojej mało przytomnej głowie, idę pogrążonym w nocnej ciemności korytarzem w stronę sypialni rodziców.

Przystaję jednak za załomem korytarza, spoglądając na makabrycznie rysujący się obraz przed moimi oczami. Usta otwierają się jak do przerażonego krzyku, lecz nie wydostaje się z nich żaden dźwięk. Czyjaś dłoń zasłania je gwałtownie, a gardłowy dźwięk tonie w kolejnym głuchym uderzeniu. Tym, które słyszałam wcześniej.

Szamoczę się przez chwilę z napastnikiem, nim pojmuję, że to tata. Któż inny zresztą w takiej chwili pocałowałby mnie w sam czubek głowy? Do oczu napływają mi łzy i chociaż na usta cisną mi się setki pytań, to jednak milczę. Zamykam oczy, by nie widzieć okropnej sceny przed sobą. Ale tata oszczędza mi tego, ciągnąc mnie z powrotem do korytarza.

Nie wiem, czy to przeczucie, czy nagle znajomy kształt zwraca uwagę mojego gwałtownie przebudzonego umysłu… ciało na podłodze nie rusza się, nawet kopnięte przez tą dziwną świecącą istotę… i nagle noc na zewnątrz rozświetla piorun, zalewając pokój niemożliwą do wytrzymania jasnością. A ja osłupiała i wstrząśnięta patrzę, wpatruję się w twarz leżącego na podłodze zmaltretowanego człowieka. To… tata.

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *