Czereśniowe rzeki (5)

The Gean River (Czereśniowe rzeki)

Część piąta

Alec otworzył drzwi do apartamentu. Zmęczony, niewyspany. Zrezygnowany.

Przez własną tchórzliwą reakcję najprawdopodobniej stracił możliwość bycia z Lii. Możliwość wyjaśnienia, naprawienia czegokolwiek. Myśl, że mógł chociaż stać przez chwilę obok niej, gdyby nie uciekł jak najgorszy z tchórzy, wysysała tlen z płuc. Szybko. Boleśnie.

Nie pomylił się, musiała być na ostatnim pożegnaniu Uki. To nie było złudzenie, tak samo jak zapach czereśni był prawdziwy. Jak jej postać na korytarzu.

Nie mógł pójść do Heubena. Po jego twarzy widział, że gotów był ją sprzedać komukolwiek, kto zapłaci najwyższą stawkę… i byle nie jemu. Opiekun Lii miał prawo go nie lubić, nie akceptować, ale też sam nie miał najczystszego sumienia. Nie pokwapił się nigdy, by udzielić Lii właściwej informacji. Już niejednokrotnie powstrzymywał gwałtowną chęć wysłania faceta na drugą stronę rzeki. Ale to by nie pomogło w jego szansach u Lii, wręcz przeciwnie, mogłoby je ostatecznie zaprzepaścić. Po zdradzie Uki i śmierci pozostałych Parkerów z jej ręki, zapewne nieznośną dla niej myślą było stracić kolejne bliskie osoby. Nie chciał znów widzieć jej pięknych oczu, wpatrzonych w niego z bólem. Nie chciał tego na jawie, koszmary senne w zupełności wystarczały, by odebrać mu jakiekolwiek resztki spokoju. Sumienie dręczyło go przez lata, iż przez własną nastoletnią głupotę skrzywdził Lii. Po dziś dzień nie mógł pojąć, jak nie zrozumiał zawczasu, że Rachel była jedną z nich. Jednorazowa przygoda zamieniła się w przyczynę krwawej wojny Parkerów z Berrisfordami. A na sam koniec i tak okazało się, że rodzice Lii po cichu rozglądali się za kimś innym dla niej. Winić ich nie mógł, ale zielony potworek zazdrości na samą myśl o Lii z kimś innym niż on, wyżerał go od środka niczym trucizna…

Rzucił torbę w stronę posłania. Upadła głucho. Nie troszczył się, czy coś się zniszczy. To tylko rzeczy. Tylko rzeczy…

Odwrócił się, niemal automatycznie, by krótkim ruchem reki zamknąć drzwi i zamarł z uniesioną dłonią.

Mrugnął, nie wierząc iż to, co widzi, jest rzeczywistością.

Na kuchennym blacie siedziała Lii.

Nie miała na sobie peleryny, leżała obok. Jakaś bluza i dżinsy, które fantastycznie uwydatniały jej nogi… Albo też jemu teraz tak się wydawało, kiedy machała sobie nimi w powietrzu niczym beztroskie dziecko…

Nie wiedział, jak długo wpatrywał się w nią w oszołomieniu. Ale to było długo. Zbadał każdy centymetr jej twarzy, każdy cień, każdą zmianę powstałą przez te dwa lata. Jej rysy nie były już tak dziecinne, ale patrząc na nią wciąż miał to wrażenie, że jest niewiarygodnie młoda.

Przeniósł spojrzenie niżej i z niepokojem zarejestrował, że nosiła rękawiczki. Wypaliła się kiedyś podczas tych dwóch lat? To go w końcu ruszyło z miejsca.

Hm, właściwie pognało.

Podniósł jej dłonie, dotychczas oparte na blacie. Powoli i delikatnie usunął najpierw jedną, potem drugą rękawiczkę. Widok świeżych, sino-białych śladów, i to nie szpecących jej gładkiej skóry, ale starsze dawno zagojone blizny… Wstrząśnięty spojrzał prosto w jej brązowe oczy. Nie były smutne, ani wypełnione bólem. Prędzej… badawcze? Ostrożne?

Lii chyba o wiele bardziej bała się tego spotkania i nie wiedziała, co powiedzieć, niż on sam. Przełknął nerwowo, czując wagę tej odpowiedzialności. Jeden fałszywy gest, słowo i zniknie znów z jego życia?

Pochylił się, chowając twarz w jej pokiereszowane dłonie. Uśmiechnęła się wreszcie, ale to nie był wesoły, radosny śmiech. Jego głowa była pusta, nie wiedział zupełnie jak ma zareagować, na co może sobie pozwolić. Ale też jeśli nic nie zrobi… na to z całą pewnością nie mógł sobie nie pozwolić.

Przyciągnęła go bliżej do siebie. Te drobne, pokiereszowane, noszące tyle śladów dwóch samotnych, niełatwych lat dłonie, miały w sobie niewiarygodną siłę, nawet jak na Parkera. Albo to jemu się tak wydawało? Nie wiedział, nie dbał o to. Ważniejsze, że go chciała. Blisko, bliżej. Z miękkim, zadowolonym westchnieniem zawinął się wokół niej, składając głowę na jej ramieniu.

Nie było żadnej wątpliwości, że Lii była jego. Że wróciła do niego. Nawet po rytuale, po tych wszystkich nieporozumieniach, błędach i nieszczęściach, ona była tutaj, z niewątpliwie własnej woli. Bo Heubena raczej nie podejrzewał o wysłanie jej tutaj, nie chciał wszakże by Lii została jego żoną. Ani nawet żeby sama tego chciała. Ulga i zadowolenie były wręcz nie do zniesienia. Była tutaj. Jego. Wszystko mogło się ułożyć.

Alec prawie chciał zapłakać, kiedy jej drobne paluszki, mimo blizn, zwinnie przejeżdżały po jeżyku na jego głowie, tarmosząc na wszystkie strony. Uśmiechnął się w materiał. Coś z dziecka jednak w niej zostało. Ale nie miał nic przeciwko, tak długo jak była tutaj, z nim, a rytm jej serca przyśpieszał gwałtownie za każdym razem, kiedy jego dłoń przesunęła się po powierzchni bluzy. Przyjemnie było wiedzieć, że ma się nad nią chociaż tę odrobinę władzy.

Co tam, więcej niż przyjemnie. Nie zamierzał czekać wieki, chciał jej dotknąć, posmakować, słyszeć własne imię powtarzane błagającym o więcej, zdesperowanym głosem. Chciał czuć jak te drobne paluszki, aktualnie bawiące się jego włosami, suną po jego ciele, oznaczając go jako jej i jedyne mające pozwolenie na to, by doprowadzać go do absolutnego szału. Miał dosyć śnienia po nocach koszmarów, w których cierpiała, jej przerażonego spojrzenia… Chciał zasypiać mając w pamięci obraz zadowolonego, sennego ciała ufnie śpiącego tuż przy nim. Patrzeć jak dojrzewa, zmieniając się dorosłą kobietę, potem matkę. Nawet jak go ochrzania, bo to by znaczyło, że zależy jej na nim. Że chce by wszystko było w porządku, mimo błędów i ich własnej głupiej niedojrzałości, które dotychczas tylko ich rozdzielały.

I to wszystko spoczywało teraz w jego rękach. Uśmiechał się od ucha do ucha jak wariat, nie wierząc w swoje szczęścia. Lii była naprawdę z nim. Przyszła do niego. Czym sobie na to zasłużył w życiu? Nie wiedział o niczym, co by przyniosło taką nagrodę, aktualnie zaczynającą zupełnie rozbrajająco drżeć. Zacisnął mocniej ramiona wokół jej drobnego ciałka, ustami przywierając do piekielnie miękkiej i ciepłej szyi.

Najwyraźniej jednak ktoś tu miał inne pomysły niż niewinne w gruncie rzeczy objęcie. Nie minęło nawet kilka sekund, jak poczuł, że jej dłonie zsuwają się wzdłuż tułowia i lądują na jego biodrach. Odchyliła się nieznacznie, ale tylko na tyle, by jej dłonie mogły się wsunąć pomiędzy. Chrząknął z niedowierzaniem, kiedy zaczęła się zmagać z opornym guzikiem jego spodni.

„Lii?” wyszemrał przy jej skórze. Nie odpowiedziała, tylko sapnęła z zadowoleniem, kiedy przeszkadzający drobiazg odpuścił. Krew szumiała mu gwałtownie w uszach, mimo to dźwięk rozpinanego zamka brzmiał niczym wystrzał. Nie ruszył się na milimetr, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę, kiedy po prostu odsunęła na bok materiał i wsunęła dłoń, dotykając bezpośrednio jego. Niemal bezwiednie szarpnął biodrami do przodu, bliżej niej. Uśmiechnęła się z satysfakcją. Taką czysto kobiecą, figlarną. Niewątpliwie cieszyło ją to, co robi, jej wpływ na niego.

Obserwowanie jej zachwytu było jednak za mało dla niego. Chciał sam czuć, jak wije się pod dłońmi, a brązowe oczy stają się zupełnie zamglone przez przyjemność

I psiakrew, jeśli nie powstrzyma jej zwinnych paluszków, impreza skończy się zanim się zaczęła…

Ostrożnie chwycił ją za nadgarstki, unieruchamiając jej małe dłonie. Wyraz niepewności i zagubienia w jej oczach, co takiego robi źle, był niemal jego zgubą. Mimo braku doświadczenia jej wpływ na niego był straszliwy. Bardzo intensywny. Zawsze, obojętnie co, wszystko co robił z nią było lepsze.

Z ogromnym żalem uniósł dłonie do ust i miękko pocałował. Potem już tylko wystarczyło zaplątać te zwinne paluszki pod jego bluzę. Przysunęła się bliżej, niespokojna. Jej wargi były gładkie, gorące. Upijające. Mógłby przysiąc, że stworzone tylko po to, by zupełnie tracił rozum z pragnienia skosztowania więcej i więcej. Chciał jej tak bardzo, że stawało się praktycznie bolesne.

Niecierpliwie podsunął w górę materiał jej bluzy. Przerwała na chwilę pocałunek, unosząc ramiona w górę i ujawniając koronkową bluzeczkę pod spodem. Nic więcej. Nie myślał, że można było być bardziej pobudzonym od tylko patrzenia, ale najwyraźniej znów był w błędzie.

Jak zahipnotyzowany pochylił się, ujmując dłońmi jej piersi. Doskonałe. Żadne wspomnienie nie mogło oddać pełni uczucia dotykania jej. Pochylił głowę, skubiąc delikatnie kuszącą linię na granicy koronki. Hm, będzie musiał pomyśleć później… dużo później… o innych równie przyjemnych wizualnie zestawach dla niej.

Igrał z nią przez chwilę, drażniąc, dręcząc, wydobywając z jej ust zdziczałe westchnienia aprobaty. Przez ostatnie dwa lata miał w snach posmak tego, jak potrafiła odpowiadać, ale nic nie równało się rzeczywistości. Nawet bicie jej serca wydawało się szybsze, głośniejsze, dłonie usuwające ubranie cieplejsze, jej skóra delikatniejsza, gładsza…

Pisnęła z rozczarowaniem, kiedy zsunął dłonie niżej. Zanurzyła dłoń we włosach, kierując jego głowę do zdecydowanie domagających się uwagi ciepłych kształtów. Przez chwilę jego skupienie trafił szlag, przez co niemiłosiernie długą chwilę zajęło mu uporanie się z irytującym zamkiem jej dżinsów. Zsunął ją na krawędź blatu, opierając jej ciało o swoje… hm… uniosła się nieznacznie, pozbywając wszystkiego. Zdusił jęk, kiedy jego dłonie wędrowały z powrotem wzdłuż karmelowej skóry. Otarł nieznacznie szorstki policzek po wewnętrznej stronie jej uda, wywołując niekontrolowane drżenie w całym jej ciele. Pocałował uspokajająco to samo miejsce i podniósł się, by usunąć koronkową koszulkę. Nie chciał żadnego głupiego materiału rozdzielającego go od jej ciepłej skóry.

Jej oczy były ciemne, kiedy z uwagą obserwowała każdy jego ruch. Obawiał się jednak, że ich wyraz był efektem nie tylko pragnienia i niecierpliwości, ale też strachu. Koszulka powędrowała na rosnący stosik, odsłaniając ostatnie zakryte fragmenty jej ciała. Powiódł opuszkami palców po linii obojczyka. Skóra była równie gładka, co dwa lata temu, ale jej ciało zmieniło się. Trudno było oczekiwać, by w tym wieku tak się nie stało. Jedyne, czego żałował to fakt, iż nie mógł tego osobiście obserwować, czuć. Dwa pieprzone lata z dala od niego, a jej dłonie pełne były blizn po nie wiadomo ilu walkach. Ile ran zagoiło się bez śladu na tej karmelowej doskonałości? Chyba wolał nie myśleć nawet o takiej ewentualności. Burzyła w nim krew.

Z czułością badał każdy zakamarek i łuk jej ciała, rysując w głowie na nowo jej mapę. Tym razem to było dla niej, za każdy strach w brązowych oczach, prześladujący go w koszmarach sennych. Za każde głupie nieporozumienie i własną niedojrzałość, która doprowadziła do tej sytuacji. Ale chyba najbardziej za to, że do niego przyszła i wyciągnęła rękę… w stronę zamka jego spodni.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *