Czereśniowe rzeki (4)

Część czwarta

Zignorował buczenie identyfikatora, krążąc bez celu po głównym poziomie transportowca. Usiadł w końcu pod jedną ze ścian, obserwując przez preparowane okna start. Technologia była naprawdę zadziwiająca, ale i tak wolał trzymać się tradycji, starych zasad. Niegdyś dawały mu nadzieję, że dostanie dokładnie to, o czym marzył. Lii. Rodzinę z nią. Teraz nie był taki pewien tego. Zaczynał uważać, że trzymanie się dawnych rytuałów i tradycyjne tworzenie więzi podczas wiosennego przesilenia odebrało mu ją. To przez niego uciekła. Zranił ją. Fizycznie, psychicznie. Więź była dla niej bolesna. A przecież miała ledwie szesnaście lat. Nawet wśród nich to nie było dużo. Ledwie dziewczynka, chociaż inni mogli oczywiście uważać inaczej. Że tak jak inne u progu dorosłości, zanim naturalne potrzeby staną się zbyt trudne do zignorowania, utworzyła więź z innym własnej rasy, by po latach wrócić do narzeczonego, by stworzyć z nim rodzinę. Jeśli zachowano wszystkie formy, jeśli młodzi wcześniej nie doświadczyli tego rodzaju kontaktu z innym przedstawicielem swojej rasy, nie było nic okrutnego ani bolesnego w rytuale. A nawet coraz częściej zdarzało się, że zaraz po wiosennym przesileniu, kontynuowano to, co rozpoczęto i żadne z nich nie zwracało się już w stronę innych. Ludzi czy jednych z nich. Coraz więcej młodych doskonale zdawało sobie sprawę z niebezpieczeństwa i dlaczego kultywują tą tradycję. By przetrwać nie tylko jako gatunek, rasa tak odmienna od ludzi, ale także kulturowo. Mieli swoje zwyczaje, swoje prawa, wierzenia i rytuały. Zbyt łatwo to wszystko mogło zaginąć przez życie wśród ludzi.

I on to zmarnował. Nie świadomie, ale też zdawał sobie sprawę, dlaczego tak naprawdę za pierwszym razem i za drugim jego zaproszenie dla Lii zostało odrzucone. Podejrzewał teraz, że nawet o żadnym jej nie powiedziano. I Uka się o tym dowiedziała, wysyłając ją na rytuał bez zgody rodziców. Rok temu jej pełne winy przyznanie, iż wysłała Liz do Dak-nau na własną rękę, oburzona iż rodzice nie wypełniają rodowej umowy i tym samym jej samej uniemożliwiając chociaż rozejrzenie się za narzeczonym… Uka nie wiedziała i nie rozumiała, co się dzieje. Z koszmarnym skutkiem dla nich wszystkich. Parkerowie zginęli, nieświadomi iż starsza córka podjęła własne kroki w celu skojarzenia tej młodszej. Zginęli nie pozostawiając najmniejszej wskazówki, co ją z pewnością czekało.

Przerażenie w oczach Liz, kiedy zrozumiała… ciągle prześladowało go to w snach. Jej ból, jej łzy. Starał się jej to później wynagrodzić, ale jak możesz wynagrodzić krzywdę, którą on sam nieświadomie spowodował będąc głupiutkim młodym chłopcem? Konflikt pomiędzy Parkerami, oburzonymi i żądającymi od klanu Berrisforda zadośćuczynienia, przeciągnął się szybko w otwartą wojnę. Nie skończyło się to przelaną krwią, ale kto tak naprawdę wiedział, ile Berrisfordowie byli w stanie zrobić, żeby zatuszować przyniesiony im przez Rachel wstyd? Równie dobrze ten głupi człowieczek, który doniósł na Parkerów mógł mieć informacje od nich. Od kogokolwiek zaangażowanego w sprawę. Ale nic, żadna późniejsza katastrofa, nic nie równało się wyrazowi twarzy Lii, kiedy pojęła, że już wcześniej należał do kobiety z ich rasy, jej bezradność wobec nadchodzącego bólu. Uciekła następnego ranka. I miała rację, nie był jej wart. Obojętnie co by nie zrobił, jak by nie starał się tego wynagrodzić, był wybrakowany. Nie ważne, czy to była jego wina czy Rachel.

Jak można wynagrodzić coś, czego natury się nie rozumiało? Żaden z nich nie rozumiał do końca natury więzi. Wiedzieli, jak ją tworzyć i że wszelkie odstępstwa od reguły kończyły się zazwyczaj bardzo źle. Zazwyczaj dla kobiety… Boleśnie źle.

Te długie miesiące, kiedy zmartwiony myślał o jej bólu… Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że Lii nie wiedziała. Przecież rodzice nie pozwoliliby jej jechać na rytuał bez tej wiedzy. Przyznanie się Uki zdjęło z jego ramion wielki ciężar i zarazem dodało nowy. Chociaż wydawało się to początkowo niewiarygodnie nieprawdopodobne… Jak mogłaby wysłać Uki w tajemnicy przed rodzicami?

Szedł tak korytarzem, zupełnie nie zwracając uwagi na paplaninę Rachel. Męczyła go. Gdyby była zwyczajną jedną z nich, zwolniłby ją chociaż za próby panoszenia się w jego osobistym życiu. Niestety nie była, nie mógł się jej pozbyć… Cała ta sytuacja była dosyć niesamowita. Nawet bardzo nieprzyjemna.

Skręcił za róg i przystanął niczym rażony piorunem, wpatrując się w drobną postać w jasnej pelerynie. Tę tak wyczekiwaną, a o której myślał w tej chwili, że jest jakimś mirażem jego pragnień i fantazji.

~ * ~

Heuben dokładnie miał zaplanowane, jak skończy się historia Liz. Prosto i bezboleśnie dla niej. Poślubi właściwego arystokratę. A jej młody wiek gwarantował, że można było wysłać ją na rytuał. Zbliżająca się wojna tylko jeszcze podbijała jej niewątpliwie wysoką cenę na małżeńskim rynku. McDowellowie zapłacili wszakże fortunę za kontrakt małżeński. Najprawdziwsza Parker!

W dodatku przez dwa lata, poczwarka zamieniła się w urokliwego motyla. Jeśli jej ciało było równie piękne, co twarz, mógł jedynie pogratulować Parkerom genów i spodziewać się prawdziwych tłumów w jej sprawie przed rytuałem. W tym roku zdecydowanie należeć będzie on do niej.

Był tylko jeden problem i zwał się on Alec McDowell.

Nie wiedział właściwie, dlaczego McDowellowie chcieli dla swojego syna młodszej córki, lecz ich życzenia były jasne. Zawarto umowę małżeńską wiele lat temu, a zapłata została dawno dostarczona.

Oczywiście, istniała Rachel Berrisford, niezłomna w swoim postanowieniu zdobycia McDowella. Życzył jej wiele szczęścia i powodzenia. A nade wszystko, by odciągnęła jego myśli od Liz…

Nie miał co się jednak łudzić, że wszystko pójdzie gładko. Nigdy nie szło, kiedy chodziło o młode księżniczki Parkerów. Historia Uki była wystarczającym dowodem na to. Sprzątnęła własnego narzeczonego! Nie wiedział, dlaczego, ale dziewczyna miała charakterek… Miał tylko nadzieję, że Liz zachowała w sobie chociaż odrobinę dawnej nieśmiałości i posłuszeństwa wobec woli starszych, które dwa lata temu czyniły z niej tak ponętny kąsek. Doskonale wiedział, że na jej piętnaste urodziny dostała zaproszenie od McDowella, ale po jego odrzuceniu przez Nancy i Jeffa, stało się doskonale jasne, że szukają innego kandydata dla córki. I było kilkoro chętnych, gotowych przebić McDowellów. To ostatecznie była Parker. Jej geny gwarantowały niewiarygodne zdolności. Prawdopodobnie już teraz potrafiła uzdrawiać, bez przebytego rytuału… Tylko jak z niej wyciągnąć, co potrafiła bez wzbudzenia jej podejrzliwości?

~ * ~

Apartament metrowo nie był duży, jednak wyburzenie ścianek działowych dało niewiarygodny efekt. Nigdy nie widziała takiego światła, jak tutaj. Dodatkowo świetliki z dachu po prostu zalewały przestronne pomieszczenie światłem słonecznym, które igrało na ciemnej posadzce. Uśmiechnęła się smutno, omijając promienie słoneczne weszła dalej.

Właściwie to była jedna otwarta powierzchnia, z kuchennym aneksem za załomem ściany. Meble były dobrane niemal przypadkowo, jakieś krzesło, stół i łóżko, w którym rozpoznała to stare z domu McDowellów pod Tokio. I przy łóżku niewielki nocny stolik, na którym beztrosko porzucił klucze, jakieś dokumenty i inne drobiazgi. Stała tam także ramka na zdjęcia.

Zaintrygowana podeszła i podniosła ją. Ona, Uki i Alec, szczęśliwi, roześmiani… dwa tygodnie przed tamtym pamiętnym rytuałem. Już wówczas diabelski pomysł Uki był w realizacji. I już wówczas wiedziała, że pojedzie na rytuał mimo braku zgody rodziców… mimo, że była głupiutkim dzieckiem. Uka chciała być ze swoim narzeczonym, z którym połączyła się dwa lata wcześniej na rytuale. A bez jej przechodzącej przez to, nie miała prawa. Nigdy w życiu nie przypuszczała, że to był Alec… Nigdy. Nawet jeśli słyszała kiedyś jakieś plotki, że był już z kimś, to jednak nikt nigdy nie potwierdził tego i łudziła się, że to tylko gadanie, jak w większości przypadków.

Odstawiła zdjęcie na miejsce, czując jak nieprzyjemny ścisk w żołądku powiększa się. To była jej i tylko jej wina. I kiedy nad ranem, po bólu i szoku, zapadła w sen, czekało ją jeszcze gorsze. Roztrzęsiona Uki, wchodząca do jej snów i szlochająca, że straciła właśnie narzeczonego, rodzice nie żyją i ludzie wiedzą doskonale o ich nie-ludzkim stanie… wymknęła się więc z obozu jak najgorszy szczur, wróciła pierwszym pociągiem do Tokio i uciekła z kraju.

Dotknęła delikatnie puzderka, które stało obok zdjęcia. Otworzyła wieczko, ujmując w palce niezwykle cieniutki, złoty łańcuszek. Uśmiechnęła się ze smutkiem. Kwintesencja ich zwyczajów, tak różniących ich od ludzi. Mała, iskrząca się brylantowa łezka… kiedyś desperacko chciała, żeby to jej imię było wygrawerowane na zdobieniu, ale to pragnienie doprowadziło do tragedii.

Trzęsącymi się palcami usiłowała umieścić wisiorek na dawnym miejscu, ale upadł jej na posadzkę. Uklękła nerwowo. Miała nadzieję, że nie powstała żadna rysa ani pęknięcie. Ostrożnie podniosła cacko z podłogi i uniosła do światła jego złotą część. Zmrużyła oczy, dostosowując powiększenie widzenia, szukając jakichkolwiek uszkodzeń i rys. Ale jedynym wyżłobieniem na gładkim, poświęconym złocie były linie zwijające się w Lii.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *