Czereśniowe rzeki (3)

 

Część trzecia

Dotknęła ostrożnie szyi pod peleryną, obserwując w szarości świtu startujące statki. Wiele ich było. Nie myślała kiedykolwiek, iż ostatnie pożegnanie jej siostry zgromadzi tylu przedstawicieli jej rasy. Praktycznie z każdego rodu ktoś przybył.

Ze smutkiem zauważała brak wielu starszych, mądrych twarzy. Ci, których znała i którzy cieszyli się prawdziwym poważaniem, już nie byli obecni wśród żywych. Zanim jeszcze postawiła stopę na japońskiej ziemi, dotarły do niej ostrzeżenia o toczącej się wojnie podjazdowej. Każdy z nich był zagrożony.

To tłumaczyło, dlaczego inny siedział obok niej w samolocie. Byli zmuszeni porzucić tradycyjne drogi podróżowania, chociaż nie zaprzestali ich ochrony. Coraz więcej rodzin przeprowadzało się do Japonii, w poszukiwaniu ochrony, nawet jeśli mieli stracić wszystko przez to. Bolesna sprawa.

Zeskoczyła wreszcie ze skałki, krocząc powoli już szarą od popiołu trawą. I w tylu miejscach była niemal przetarta. Nie podeptana. Przetarta. Jak często w ostatnich czasach kolejne statki ruszały na rzekę, iż takie spustoszenie zapanowało w jednym z ich najświętszych miejsc? Ilu, których znała, odeszło na zawsze?

Nie wiedziała, czy chce znać odpowiedzieć na nawet niezadane pytania. Musiały być bolesne. Żyjąc Egipcie przez półtora roku była tak oddalona od biegu tutejszych spraw. I nawet kiedy wyjeżdżała była tylko dzieckiem, które wielu spraw nie pojmowało zupełnie. Wiedziała tylko tyle, ile powinno znać dziecko i nagle rzucono ją brutalnie w świat dorosłych. Bolesna pobudka. Zrobiła tragiczny w skutkach błąd, jej rodzice zapłacili za to życiem, a jej siostra zdradą karaną śmiercią. Nie wiedziała, co w tym wszystkim było najgorsze… nie chciała nawet licytować.

Kiedy dotarła do doków, niemal wszystkie były puste. Tylko dwa wielkie transportowce oczekiwały na ostatnich spóźnialskich. Takich jak ona. Ale chciała zostać sam na sam z popiołami jej siostry. Nawet jeśli nie ważyła się podejść bliżej, niepewna czy uderzy ją fala gniewu i złości, czy sama wpadnie w łzy, pochyli głowę do ziemi i będzie błagać o wybaczeniu wyrządzonej siostrze krzywdy, to jednak chciała chociaż przez chwilę zaznać samotności z prochami Uki bez tego tłumu wokół.

Widziała także Aleca. Prawdopodobnie wyczuł ją. Widziała to po jego szacującym tłum spojrzeniu, po nagłych zmęczonych ruchach. Szukał jej. Ale nie mogła się jeszcze ukazać. Jeszcze nie. To było ostatnie pożegnanie jej siostry. Gdyby się pojawiła, ukazała przed ich oczami, zabrałaby cząstkę tej uwagi, która była przynależna Uce. Po raz ostatni.

Powoli schodziła schodkami, czując na sobie ciekawskie spojrzenia innych. Na zewnątrz pozostali jedynie młodzi, szykujący statki do odlotu. Spojrzenia wielu z nich były szacujące, z zainteresowaniem. Westchnęła ciężko w duchu. Zbliżał się rytuał wiosennego przesilenia i naturalne było zainteresowanie płcią przeciwną, ale jej to już nie dotyczyło. Nie widzieli jej w dotychczasowej postaci, więc zapewne sądzili, iż stanie się łakomym kąskiem w nadchodzącym święcie.

Niemal przefrunęła pomiędzy pomostem a wejściem na transportowiec, ignorując zaskoczone sapania tych, którzy ledwo co tak ciekawie się jej przyglądali. Starszy strażnik w holu przepuścił ją od razu w boczny korytarz, widząc brązowe oczy pod jasną peleryną. Brązowe oczy jej rodu. Były tylko dwa rody z takim kolorem i musiał podejrzewać, kim była. Nie, jakby chciała się ukryć. Uważała jednak, że zanim pokaże się innym, musi złożył kondolencje jednej jedynej osobie.

Alecowi. Przez nią stracił narzeczoną, przyobiecaną w rodowej umowie. Jej siostrę. Stracił związek z nią, a potem przez nią Uka stała się wyklętą zdrajczynią. Zabiła jednego z nich, bezpośrednio winnego śmierci ich rodziców. Tego, który doniósł ludziom, kim są. Kiedy Uka mściła śmierć ich rodziców, ona odebrała jej Aleca. Nigdy nie czuła takiego wstydu jak tamtego ranka… nie miała nawet niewiedzy na swoją obronę. Słyszała coś, ale myślała, iż są to jedynie nic nie warte plotki… jakże naiwnym dzieckiem była…

Weszła na jeden z powszechnie dostępnych poziomów, odchylając kaptur i odsłaniając twarz. Kilkoro żołnierskich twarzy drgnęło na jej widok. Mogli jej nie znać, ale zapewne słyszeli. Była zbyt podobna do Uki z wyglądu, by pozostać anonimowa. Przynajmniej w tej formie, niewinnego dziecka, nie kobiety, jak nakazywał pogrzebowy obyczaj.

Ruszyła korytarzem. Jej peleryna wirowała w powiewach klimatyzacji, co chwila pozbywając się pyłu. Zanim dotarła na schody, była niemal czysta. Niemal. W załomach kaptura i na ramionach smugi były wystarczająco ciemne, by każdy zdawał sobie sprawę, że była tam podczas całej ceremonii.

Pod peleryną miała jednak najzwyczajniejsze ludzkie ubranie. Coś, co nie zostanie tu mile powitane. Nie mogła jej zdjąć. I kiedy dotrą do Terminalu Tokio, wysiądzie i znów opuści Japonię. Gdziekolwiek teraz ją los rzuci, przynajmniej będzie miała ten spokój sumienia, iż złoży kondolencje Alecowi. I przede wszystkim przeprosi. Za wszystkie zło, jakie wyrządziła.

Ale prawo mówiło, że musi wówczas zgodzić się na wszelkie warunki, na cokolwiek zażąda. Miał prawo zażądać absolutnie wszystkiego, popełniła wszakże świętokradztwo. Zdusiła niepokój, czego może żądać. Nawet gdyby musiała poświęcić własne ciało, nigdy się nie wykupi. Ale to… jeszcze raz odsunęła tę czarną myśl. Nawet nie pamiętając za wiele z tego, co nastąpiło po pierwszym razie, nie sądziła, by Alec naumyślnie ją skrzywdził. Czy psychicznie czy fizycznie.

Westchnęła cicho, idąc korytarzem. Wtem nagle czyjaś mocna dłoń chwyciła ją za ramię, niemal zatrzymując w miejscu. Odwróciła się raptownie w stronę tego, który ośmielił się zatrzymać ją na jej drodze do celu.

„Liz?” starszy, siwowłosy od wielu lat mężczyzna spoglądał na nią w kompletnym oszołomieniu. Kąciki jej ust wygięły się w mimowolnym uśmiechu. Heuben. Był jej opiekunem, kimś w rodzaju drugiego ojca. Jego zadaniem było wprowadzić ją w wiele rytuałów i chyba tylko jemu i jego wsparciu zawdzięczała, iż Uka nie została zabita dwa lata wcześniej. Nie był jej rodu, ale niewątpliwie był bliski jej rodzinie na tyle, by rodzice przed jej narodzinami poprosili go na opiekuna.

„Witaj.” schyliła nieznacznie głowę, jak dziecko wobec swojego opiekuna. Tę pozycję i władzę tracił potem tylko i wyłącznie na rzecz przyszłego męża, zaś ona wszakże nigdy formalnie nie została niczyją narzeczoną. Wciąż więc był jej zwierzchnim w ich wewnętrznej hierarchii.

Po jego twarzy przemknął cień zmieszania, ale jej musiała pozostać stoicka. Pochylił się, całując lekko w środek jej czoła.

„Niezmiernie mi przykro z powodu Uki. Znaleźliśmy ją, kiedy już nie mogliśmy dla niej nic zrobić.”

„Prawdopodobnie właśnie dlatego ją znaleźliście…” zamknęła oczy ze smutkiem. Jej siostra zawsze była dużo bardziej niezależna niż ona, silniejsza, chadzała własnymi drogami. Nigdy nie chciała mieć u nikogo długu. Nienawidziła słabości, uważała zawsze, że prowadzą do szybkiej śmierci. I niestety miała rację…

„Nie widziałem cię podczas ceremonii.”

„Nikt mnie nie widział.” zdawała sobie sprawę, że z jakiegoś powodu usiłuje ją zatrzymać, ale na razie przystawała na to. Od tak dawna nie rozmawiała z nikim z własnej rasy.

„Nie wolno używać zdolności podczas ostatniego pożegnania, Liz. To zabronione.” zganił ją surowo, wywołując tym jednak jedynie grymas niechęci. Siostra zdrajczyni zawsze była po pierwsze podejrzana.

„…ponieważ żaden z was nie spojrzał do góry, na skałki.” odwróciła głowę „To dobrze znów cię zobaczyć, ale teraz muszę już iść.”

„Dokąd?” spytał przestraszony „Tam, skąd przybyłaś?”

„Nie. Tam, skąd odeszłam.”

Z ramion Aleca… silnych, panujących niepodzielnie w jej myślach przez tyle lat. Skrzywdziła go i teraz pragnęła to naprawić.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *