Czereśniowe rzeki (1)

The Gean River (Czereśniowe rzeki)

Część pierwsza

Ściskał jej drżące, spocone ciało w bezdźwięcznym szlochu. Chociaż bardzo się starał, żaden dźwięk nie wydostał się z jego gardła. W środku był jak zamrożony, mimo, iż ciało wręcz płonęło, rozgorączkowane, spragnione tylko jednego nieustającego ruchu, by zanurzyć się w tym słodkim, błogim cieple, by poczuć ponownie odbierającą rozum niewinną ciasność. Ale nie zrobił tego.

Jego ciało niemiłosiernie przypominało niemal bolesnym pulsowaniem, jak blisko krawędzi był, jak niewiele brakowało, by się zatracić do końca. Mógł przecież to zrobić… tak niewiele… tak niewiele potrzebował, żeby wszystko odpłynęło, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie… wystarczyło tylko, że zamknie oczy, że nie będzie widział jej przerażonego spojrzenia, słodkich ust wygiętych w grymasie bólu, że do jego uszu nie dojdzie żaden pisk bólu… że zanurzy się w słodkiej iluzji, w pragnieniu posiadania nie tylko jej ciała, ale i duszy… pchnął ponownie, delektując się jedwabistą, wilgotną szczelnością otaczającego go ciała. Odbierała mu rozum i w tej chwili nie pragnął niczego w świecie bardziej niż wdzierać się w nią, doprowadzając do szału i siebie, i ją… jej usta wpiły się w jego ramię, wywołując pomruk przyjemności z jego gardła. Już nie wiedział, kto był tu pozbawiony kontroli i zupełnie bezbronny wobec nieuniknionego. Jej ciepła skóra pachniała nim, podnieceniem, zmęczeniem… żaden zapach na świecie nie był przyjemniejszy, nic innego niż jej ściany zaciskające się kurczowo wokół niego… chciał docisnąć ją do drzewa, wedrzeć się jeszcze głębiej, wyryć siebie, zostawić w niej jego, i tylko jego piętno, by nikt inny nie ważył się na to, co on… była już jego, obojętnie co by nie zrobili inni, by temu zapobiec… jej niewinne ciało mogło zaznać tylko jednego i to właśnie on nim będzie. Już na zawsze. Z diabelskim uśmieszkiem pochylił się, wpijając usta w delikatność jej skóry tuż za uchem. Ssał, dopóki wyraźnie nie pisnęła z bólu. Jego.

Alec usiadł gwałtownie na posłaniu, skąpany w zimnym pocie. Pierś unosiła się w szybkich, krótkich, urywanych oddechach. Intensywność snu wciąż przemawiała do niego, lecz niestety nie znalazł tuż obok drobnego, słodkiego ciała brązowookiej Lii. Lii odeszła, zganił siebie w duchu, wstając i na trzęsących się nogach powędrował do łazienki.

Mimo, iż od jej odejścia minęły prawie dwa lata, wciąż prześladowała go w snach. Słodko-gorzka przyjemność jej ciała, za którą był zmuszony zapłacić o wiele więcej niż wówczas mógł. Mimo, iż pieprzył ją wiele godzin, zatrącając się raz po raz, kiedy nadszedł świt, wymknęła się z obozu. Potem wróciła najbliższym pociągiem do Tokio, zostawiając jego, rytuał, wyrzucając wszystko do śmietnika. Rodzinę, własną rasę, pochodzenie. I jego. Odrzuciła go jak najgorszego śmiecia. Jakby był nikim dla niej.

Ta rana jątrzyła się wciąż, mimo, że minęło dwa lata. I nawet nie wiedział, w którym momencie popełnił błąd. Och, pierwszy raz był bolesny. Ale potem… potem nie było już bólu. Przez wiele godzin. Zbyt często musiał tłumić jej niekontrolowane jęki, by nie dotarły do uszu i tak domyślających się innych. Ryzykowali tak wiele, a ona rano odeszła. Po prostu. Bez słowa wyjaśnienia, zostawiając jedynie milczenie za jakże jasną odpowiedź.

Uporczywy dźwięk komunikatora wyrwał go z ponurych rozmyślań. Spojrzał na wyświetlacz. Rachel. Nie przepadał za swoją sekretarką, ale niestety bywała użyteczna.

„O co chodzi?” spytał poirytowany. Była czwarta nad ranem. Każdy normalny facet o tej porze by spał. Nawet w jego rasie, nawet w jego rodzinie ta pora była świętością. Zdecydowanie musiał ukrócić panoszenie się Rachel w jego życiu. Nie należała do niego.

„Przepraszam za porę.” Rachel chyba jednak tak głupia nie była „Znaleźliśmy Uki.”

„Żyje?”

„Tak. Ale niewiele jej zostało. Nie doczeka świtu.”

„Zaraz przyjdę.”

Rozłączył się nie czekając na jej reakcję. W pierwszej chwili chciał sięgnąć po dżinsy i koszulkę, rzuconą poprzedniego wieczoru beztrosko na krzesło, ale jego spojrzenie padło na nieduże puzderko, które stało na jego nocnym stoliku już od lat. Westchnął, wszedł do garderoby i wybrał jeden z ciemnych garniturów.

Uki nie była normalnym więźniem. Kogo innego nigdy nie zaszczyciłby chociaż odrobiną szacunku, tym bardziej tak długo poszukiwanej zdrajczyni. Lecz po tym, co zrobiła dla Lii, po tym, co zrobiła by ją ochronić, nawet jeśli się z tym nie zgadzała, zasłużyła chociaż na pewność w ostatnich godzinach swojego życia, że jej siostra będzie należała tam, gdzie jej przeznaczono.

~ * ~

Patrzyła na swoją dłoń, obecnie spowitą w jasne skórzane rękawiczki bez palców. Pod warstwą tego kosztownego drobiazgu tkwiły dziesiątki ciemnych i jasnych linii. Blizny, powstałe prawie dwa lata temu i blizny jeszcze wcześniejsze, jasne, praktycznie niewidoczne dla ludzkiego oka. Co jednak mogła z nimi zrobić, kiedy z każdym wypaleniem się jej umysłu, rozjątrzały się na nowo, przypominając boleśnie, że nie ma już ochronnego parawanu rodzicielskiej miłości, że jej zdolności i jej przeżycie zależą wyłącznie od niej.

Życie bez rodziny, korzeni, zupełnie samotnej i bez wsparcia nie do końca się jej podobało. Były paskudne aspekty, których nigdy nie potrafiłaby przejść sama, gdyby nie upór i świadomość, iż jest zdana tylko i wyłącznie na własne siły. Jeśli się potknie, sama za to zapłaci. Jeśli wygra, nie będzie miała z nikim dzielić smaku zwycięstwa. Ale były też dobre strony. Jeśli przegra, zawiedzie, nie było na kim się mścić. Nie mogli jej zranić przez innych. Całkiem przyjemne uczucie pozbycia się tej słabości rekompensowało niejeden z pierwszych samotnych wieczorów. Potem nauczyła się je zapełniać, regenerować siły, uczyć się kontrolować ludzi w inny sposób niż poprzez jej zdolności.

Już wiele miesięcy temu nauczyła się blokować Uki w swoim umyśle. Może nawet lata temu, tylko teraz robiła to o wiele bardziej świadomie. Jej sny należały tylko do niej. Jedyne, co wpuszczała do swojego umysłu, to uczucia Uki. Obie w tych snach były jak owinięte w grube warstwy waty, tłumiącej co złe, negatywne, obie przestraszone, że zrobią coś lub przekażą drugiej coś, co skruszy tę delikatną nić porozumienia, ten neutralny grunt. Nigdy nie rozmawiały o rzeczywistości, o tym, co dzieje się w życiach ich obojga. Tylko były tam dla siebie. Teraz nie było już niczego. Ostatnia członkini jej rodziny odeszła do krainy umarłych, dryfując po wiecznej rzece. Jutrzejszego poranka mieli ostatecznie nadać kurs jej łodzi. Ceremonia pogrzebowa była wyznaczona na porę świtu. Nie mogła powstrzymać dreszczu. Nienawidziła tej pory doby, jej moc zawsze była wówczas najsłabsza.

W gruncie rzeczy nie miało to teraz znaczenia, nie ważne czy dysponowała potęgą czy była słaba, moc nie miała tu wiele do rzeczy. To był pogrzeb. Ostatnie pożegnanie jej siostry, ostatni moment, w którym mogła oddać jej szacunek i przeprosić za każdą spowodowaną uncję bólu. I przede wszystkim stanąć wobec swoich własnych demonów. Bez tego nigdy nie mogłaby pojawić się w tamtym domu, stanąć twarzą w twarz wobec innych żałobników i tych, którzy wiedzieli. Dziesiątek przedstawicieli własnej rasy, kiedy tych spotkanych w przeciągu półtorarocza mogła policzyć na palcach jednej ręki.

Odwróciła się od okna, ignorując obsługę samolotu, zapięła pasy. Samolot kołował po pasie startowym, przygotowując się do startu. Mimo ogromnego postępu technologicznego w poprzednich dwóch wiekach, najnowocześniejsze wynalazki wciąż były dostępne tylko i wyłącznie dla najbogatszych. Publiczna masowa komunikacja wyglądała podobnie jak przez dziesiątki ostatnich lat. Samoloty. Hm. Nawet tutaj były wyraźne różnice, począwszy od urządzenia poszczególnych klas po poziom obsługi, za który się płaciło.

Zamknęła oczy czując po kilku minutach charakterystyczne napięcie i zmianę ciężaru własnego ciała, kiedy wreszcie maszyna unosiła się w tunelu powietrznym. Dotąd pusty fotel obok niej został zajęty przez jakiegoś jasnowłosego osobnika. Zmrużyła oczy nieznacznie, czując silny, mocny zapach testosteronu. Jeden z nich. Ale prawdopodobnie z innego rodu, może nawet z zupełnie innego klanu, nieosiadłego w Kraju Kwitnącej Wiśni. Przede wszystkim był jasnowłosy i szarooki. Nie zdarzało się to u nich często, więc gdyby go wcześniej spotkała, zapamiętałaby ten fenomen.

Otworzyła podręczną torbę, wyjmując laptop i bez trudu rozkładając oporny stolik. Samoloty. Czasem wolała zupełnie inny, naziemny sposób podróżowania. Niestety, obecnie pociągi były zbytnio obstawione przez przedstawicieli jej własnej rasy. Pilnowali wjazdów do kraju jak wierne pieski, wyłapując każdego. Jeden jedyny tunel, którym mogłaby spokojnie wjechać pociągiem, był zarazem największą pułapką tego rodzaju. Japonia była zbytnim azylem dla nich, żeby mogli sobie pozwolić na wpuszczanie kogokolwiek. Dla zbyt wielu z nich była bezpiecznym domem, gdzie wychowywali potomstwo w dziennym świetle. Dla niektórych raj, dla niektórych piekło.

Zalogowała się do portalu, czytając najnowsze wieści prasowe z Tokio. Nie, żeby to ją interesowało. Ale pomiędzy tymi publicznymi wydarzeniami zawsze było coś nieuchwytnego dla oka zwyczajnego człowieka, a co było jej teraz bardzo potrzebne. Przepustka do centralnego Tokio. Przepustka do domu.

Comments
  1. Agnieszka

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *