Cienie

Cienie

X-tremer (Alec/Liz), odrobina Ben/Liz.
Kilka zdań zapożyczyłam z odcinków Roswell. Nie są niestety moje ;( Głównie dotyczą one balu i Seana.
Po śmierci Biggsa Alec jest zdesperowany, zgorzkniały i za wszelką cenę chce w końcu uporać się ze swoimi uczuciami dotyczącymi brata bliźniaka. Jedzie więc do Roswell, by spotkać X5 – 854. Jest ona jedyną z uciekinierów z Manticore, która spotkała Bena już na wolności, ale jeszcze przed czasem, nim zaczął zabijać niewinnych ludzi.

NA: Krótka historia, która chodziła za mną przez kilka tygodni, aż zdecydowałam się w chorobie napisać to… więc jeśli jakieś wyrażenia was zdziwią, zrzucam winę na złośliwe zarazki i efekt ich działalności na mój mózg.
Pierwotnie opowieść miała znacznie rozwiniętą scenę kręgielni, ale po namyśle ją usunęłam.

Alec nigdy nie był typem miłego grzecznego chłopca. Wszystko można było powiedzieć o nim prócz tego. Oczywiście zdarzało mu się być miłym, zdarzało się, że grał na zadaniach, ale nigdy tak naprawdę nie odczuwał potrzeby być takim. Nie miał pojęcia, co mogłoby wywołać w nim taką chęć… póki nie spotkał Liz. Póki nie czekał z niecierpliwością w ciemnym zaułku Roswell, by opowiedziała mu historię Bena.

Ben… po tym wszystkim, co przeżył przez niego w Manticore, nauczył się nie czuć jakichkolwiek miłych emocji, kiedy myślał o swoim bliźniaczym bracie. Cholera, „miły” to był półroczny pobyt u bardzo milutkich transgenicznych z PsyOps. Wszystko, co mógłby powiedzieć o swoich uczuciach do bliźniaka, opisać je… zaczynałoby się od gniewu i na tym słowie kończyłoby się. Nie, że ktokolwiek prócz Max i Joshui o to zapytał. I dopiero kiedy Max opowiedziała o Benie z czasów Manticore, kiedy zobaczył ciało zlinczowanego przyjaciela, powieszone na bramie, zrozumiał, skąd brał się w nim ten gniew. Z poczucia winy. Że jemu, mimo pozostania w Manticore, udało się przetrwać. Manticore odebrało mu wszystko, co było dla niego cenne, ale przetrwał.

Więc spakował manatki, wsiadł na motor i zostawił miasto. Dopiero kiedy opuścił stan, kierując się najdalej, jak to możliwe od miejsca, które tak bardzo przypominało mu, kim jest, odważył się włączyć telefon i wybrać numer Max.

Zadziwiające, jak przez ostatnie miesiące potoczyła się ich znajomość. Kiedy pierwszy raz usłyszał o swoim przydziale w programie reprodukcji, nigdy nie pomyślał, że Max stanie się kimś w rodzaju współpracownika i dobrym przyjacielem. Przyjacielem, który nawet nie spytał, dlaczego zostawił miasto i tylko podała adres razem z nazwiskiem.

Pełny adres, nazwisko, rysopis. Dane na wagę życia. Gdyby ktokolwiek podsłuchałby przez satelitę ich rozmowę, dziewczyna prawdopodobnie nie żyłaby już. Alec modlił się tylko, by wszelkie dobre moce czuwały tego wieczoru nad transgenicznymi. Dobre moce wiedziały, jak to było potrzebne ostatnimi czasy.

Nowy Meksyk, Roswell, Crashdown, Elizabeth Parker. Drobna brunetka, tak doskonała, jak tylko było jej przeznaczone. Jedna z „sióstr” jego bliźniaka, która uciekła z Manticore owej feralnej nocy wiosną 2009 roku pod dowództwem Zacka. I jedyna, która w jakimś sensie mogłaby powiedzieć o Benie coś dobrego, coś, co pochodziłoby z czasów po ucieczce. Uczepił się tej szansy, tej małej nadziei, że w Benie było jednak coś dobrego, że  zignorował dziwny ton, w którym Max mówiła o 854.

Odkąd tylko nie powiedział Loganowi, że nic nie łączy go z Max, Max zaczęła jakimś cudem ufać mu więcej. Czasem wymknęło się jej jakieś słowo o jej „rodzeństwie”. I kiedy usłyszał, że 854 spotkała Bena cztery lata temu, nadstawił ciekawie uszu. Ale Max nie wiedziała nic więcej ponad to, co tuż przed wysadzeniem laboratorium genetycznego Manticore powiedział jej Zack – że przez tydzień 854 i 493 byli razem po natknięciu się na siebie w Nowym Meksyku, by potem znów się rozdzielić i bezpiecznie ukryć. 854 była praktycznie najmłodszą z uciekinierów, musiała mieć teraz koło 18 lat. I z tego, co usłyszał przez telefon, była chyba najlepiej zakamuflowanym z uciekinierów, kimś, kto zakorzenił się tak głęboko w strukturach wolnego społeczeństwa, że nawet Zack miał ogromny problem ze znalezieniem jej.

I mógł jedynie podziękować Zackowi za to, że zdradził Max, kim jest dziewczyna.

Dopiero kiedy zobaczył wielką tablicę, witającą turystów w Roswell, zaczął się zastanawiać, co właściwie tu robi. Zielony ludek niemalże uśmiechał się do niego szyderczo. Ale było już za późno.

Skierował swój motor przez pogrążone w nocnym mroku ulice. Poprawiony wzrok skanował ulice w poszukiwaniu małej restauracji, ale nie kolorowy neon Crashdown przykuł jego uwagę.

To była ona.

Zatrzymał maszynę w dużej odległości. Odkąd odczuł wyraźnie, jak bardzo ludzie nienawidzą poprawionych genetycznie, nie chciał sprowadzić niebezpieczeństwa na nią. Nie po tylu latach, i z pewnością nie po tylu wyrzeczeniach, które musiała ponieść, by zachować wywalczoną wolność.

Była piękna. Tak doskonała, iż było praktycznie niemożliwością, by stworzyła ją natura. Brązowe fale opadały na drobne ramiona, kryjące w sobie nadludzką siłę, na ciemną bluzkę, ukrywającą w większości cudownie dziewczęce kształty. Jej czekoladowe oczy śmiały się do jakiegoś młodego blondyna, żartującego do niej i podrzucającego frytki. Ale coś w jej uśmiechu, w wyrazie ust, powiedziało mu wyraźnie, że powinien uważniej wsłuchać się w dziwny ton Max, kiedy opowiadała o 854.

Dusiła się. Trwała z dnia na dzień, nie czując życia, pozwalając, by to przejęło kontrolę nad nią. I czymkolwiek to było, czaiło się w każdym jej uśmiechu, w każdym jej skrzywieniu ust i zaciemniało jej oczy, kiedy tak siedziała przy stoliku, pozornie bawiąc się doskonale.

Postanowił zaczekać. Jakaś bardzo mała część jego, dotychczas ukryta tak głęboko, iż nie zdawał sobie sprawy, iż w ogóle w nim zaistniała, zechciała być miłym dla tej dziewczyny, uszanować życie, które wiodła, nawet jeśli dusiła się w nim. Psiakrew, ze wszystkich istot na tej planecie on pierwszy powinien wiedzieć, iż wtrącanie się do czyjegoś życia nie przynosi niczego dobrego. Więc po prostu siedział na motorze w zaułku wystarczająco ciemnym, by go ukryć i niezdolny do oderwania oczu od 854, spoglądał na nią przez godziny.

Nie wiedział nawet, skąd przyszło pragnienie bycia miłym dla tej dziewczyny. Po tych wszystkich rzeczach, które spotkały go w Manticore, czas po ucieczce całej jednostki X5 wraz z jego bliźniakiem był najgorszy ze wszystkich lat, jakie tam spędził. Powinien czuć gniew na nią, złość za wszystkie krzywdy, których wówczas doznał. Ale ta sama część jego, która chciała być po raz pierwszy w życiu miłym dla kogoś bez powodu, podszeptywała, że cokolwiek się działo z 854 na wolności, zapłaciła za to wystarczająco wysoką cenę. I patrząc na cienie czające się w jej uśmiechu, zaczął zastanawiać się, czy ta cena nie była zbyt wysoka.

Godziny mijały. 854 pożegnała z uśmiechem blondyna, który wsiadł do zabawnego samochodu, po czym nałożyła idiotyczne srebrne antenki i zaczęła pomagać w zatłoczonej kawiarni. Poruszała się miękko, zmysłowo, zupełnie nieświadoma pełnych zainteresowania męskich spojrzeń, jakie na sobie skupiała.

Wreszcie ostatni goście opuścili restaurację, a dwoje innych młodych ludzi pomagało jej sprzątnąć. Pojawił się jakiś mężczyzna, który zdecydowanie traktował 854 jak córkę. Najwidoczniej Elizabeth postarała się o coś więcej niż doskonała kryjówka. Tylko dlaczego jej uśmiech zgasł natychmiast po tym, jak zamknęła drzwi za wychodzącą dwójką młodych?

Zaczekał jeszcze chwilę, aż ulica opustoszeje i dopiero podszedł do witryny Crashdown. Siedziała przy barze, czoło oparła na ladzie. Nie widział jej twarzy. Podświadomie jednak czuł, że dzieje się coś niedobrego.

Uniósł dłoń, by zapukać. Przekręciła wówczas głowę, jakby wyczuwając jego spojrzenie. Patrzył w jej oczy, kiedy rozszerzały się w szoku i mimowolnie czuł cichą wdzięczność, że nie ma w nich strachu ani paniki. Po wszystkim, co złego Ben zrobił, jego rodzeństwo wciąż musiało go kochać.

Podeszła powoli i przekręciła klucz, drzwi otwierając jedynie nieznacznie, by nie włączyć alarmów. Prześlizgnął się z łatwością, stając zaledwie centymetry od niej.

Chłonął jej zapach, uczył się rysów jej twarzy na pamięć. Cienie gdzieś na moment gdzieś się zapodziały, przegnane przez najdziwniejszy wyraz jej oczu. Wyraz, który oglądał dzień w dzień we własnym lustrze.

Wina.

Delikatny drżący uśmiech zapłonął na jej doskonałych ustach.

„Musicie być bliźniakami.”

Nie musieliście, lecz musicie, uświadomił sobie niejasno.

Nie mogąc oprzeć się pokusie, dotknął opuszkiem palca niewielkiej blizny, ukrytej w lewej brwi. Max powiedziała, że Ben spotkał Liz włamując się do prywatnego domu. Walczyli. Blizna, jedyny ślad w doskonałej istocie przed nim, iż miała coś wspólnego z szalonym mordercą.

„Nikt ci nie powiedział?” zaledwie szepnął, jakoś czując się przeciwnikiem własnego głosu, który brzmiał nagle chropowato. Lekki przeczący ruch głową potwierdził jego przypuszczenia. Cofnęła się o krok, wpatrując jednocześnie w ciemność Crashdown. Czegoś szukała.

„Wyjdźmy stąd. Kto cię przysłał?” rzuciła znienacka równie cicho, co uprzednio on. Nie mógł się nie uśmiechnąć. X5 do szpiku kości. Zdziwienie – reakcja – działanie – pytania. Pociągnęła go na zewnątrz, a potem w cienie ulicy. Znała tutaj każdy kąt i podążanie za nią było bez wątpienia najmądrzejsze.

„Max.”

Szczery uśmiech rozjaśnił jej oczy. Zafascynowany jej nagłą przemianą niemal zapomniał zatrzymać się przy motocyklu. Westchnęła zazdrośnie, widząc, czym przyjechał. Pytająco wyciągnął w jej stronę hełm.

Zawahała się dosłownie ułamek sekundy. Potem przyjęła propozycje z psotnym uśmiechem na twarzy.

~ * ~ * ~ * ~

Obserwował w milczeniu jasno oświetloną szkołę.

Ponieważ ona była w środku.

854. Cicha, niezwykła dziewczyna, której nie mógł rozgryźć. Po raz pierwszy w życiu zechciał zrozumieć, jak myśli ktoś inny… Nie mógł wprost oprzeć się tej pokusie. I nawet zaczął pociągać za właściwe sznurki, uderzać we właściwe struny.

I wciąż nie wiedział, która psuje melodię. Kilka dni w Roswell sprawiło, że chciał wiedzieć więcej. Elizabeth nigdy jednak nie powiedziałaby mu więcej, niż była gotowa. Nie słowami. Lecz w jej spojrzeniu było coś takiego, kiedy na niego patrzyła… coś bardzo osobistego, intymnego. Walczyła ze sobą, by nie widzieć w nim Bena. A on jej to utrudniał.

I przegrywała. Widział to. Czuł to. To nie było związane tylko z wyglądem. Patrzyła na jego ruchy, z cichą tęsknotą w oczach. Odwracała się, słysząc jego śmiech. Znała jego ulubione rzeczy bez pytania. A mimo to cofała się za każdym razem, kiedy się zbliżał. Jak tego wieczoru kilka dni temu, kiedy włamali się po północy do kręgielni…

„Jak nas złapią, ty będziesz płacił kaucję!” wspinała się wówczas po ścianie przed nim. Co kilka sekund miał niezły widok na wspaniałe kształtne nogi w ciemnych dżinsach. Ale niestety, budynek był ledwie czteropiętrowy i szybko dostali się do środka. Kręgielnia była na ostatnim poziomie, ale za to nie miała okien. Nie było szansy, by ktoś niepowołany zobaczył ich w środku, ale oczywiście 854 martwiła się tym. Przejmowała się wszystkim. To było słodkie. Ale podziw ulotnił się, kiedy naszła go cyniczna refleksja, iż szybko nabawi się wrzodów żołądka.

Patrzył, jak Elizabeth rozbraja zamek w kompletnych ciemnościach. Miała drobne, zręczne palce. Przez chwilę zastanawiał się, jak zręczne są te małe paluszki, ale w końcu odepchnął tę myśl. Nasuwała tylko kolejne, coraz bardziej śmiałe. A nie chciał dziś wieczór „myśleć” drugą głową. Przyszedł tu z określonym zamiarem.

Elizabeth nie mówiła wiele o Benie. Znacznie więcej mówił sposób, w jaki go traktowała. Zostawiała go zmieszanego jak nigdy w życiu. Miotała się miedzy rozbawieniem, a irytacją, od lekko nakrapianego czułością pobłażania po wręcz cichą, bardzo mroczną nienawiść. Intrygowała go i przyciągała jednocześnie.

I nie byłby sobą, gdyby nie zauważył jej problemów osobistych. Cienie w jej oczach były czymś więcej niż problemami z chłopakiem. Kryło się za tym coś głębszego, ciemniejszego. To dusiło ją. A on miał zamiar przywrócić jej oddech.

Brzmię równie patetycznie, jak Max! – roześmiał się w duchu. Ale naprawdę chciał pomóc. Nie tylko troszczył się o kogoś innego. Chciał się troszczyć o Elizabeth. Dotychczas… o ilu osobach w jego życiu mógł to powiedzieć?

Mógł policzyć na palcach jednej ręki.

I każdą skrzywdził w jakiś sposób. Więc może jednak chęć pomocy 854 nie była najlepszym pomysłem.

Uruchomił maszynę i przyglądał się jej przez chwilę. Była nieswoja.

„Nigdy nie grałaś w kręgle!” zadał retoryczne pytanie. To było oczywiste.

Skinęła głową mechanicznie.

„Nauczę cię!” toczył miękko słowa, zastanawiając się jednocześnie, co najlepszego robi. Nie mógł się jednak powstrzymać, by nie wywołać u niej lekkiego rumieńca. Elizabeth przez większą część doby była nieśmiała. „Najpierw jednak załatwię nam coś do picia.”

„Uh… bar jest tam!”

Wzniósł oczy do sufitu.

„Hej, nie traktuj mnie jak człowieczka z oślimi uszami!”

Zarumieniła się ponownie. Z przyjemnością obserwował powrót kolorów na jej twarz.

„Max wcale nie ma oślich uszu!”

„Ależ ja wcale nie mówiłem o nim! Sama wyciągnęłaś taki wniosek!” uśmiechnął się zwodniczo. Uwielbiał łapać ją za słówka.

Usiadła zrezygnowana na stoliku, machając swobodnie nogami. Wyglądała jak dziecko. Może jednak nalewanie jej piwa nie było mądre.

„Wyluzuj!” uśmiechnął się na widok jej przerażonej miny, kiedy zrozumiała, co załatwił do picia „Jak jest sens posiadania przyspieszonego metabolizmu, jeśli nie można z tego korzystać?”

„Jaka jest granica dla X5?”

„Jak się wykąpiesz w piwie…” słowa same zostawiły jego usta, nim zdążył pomyśleć. To przez obrazek zręcznych dłoni 854, który nie chciał opuścić jego głowy. Czasami bycie facetem było do chrzanu.

Rozchyliła nieznacznie usta w zdumieniu. Bezzwłocznie skorzystał z szansy. Pochylił się, kosztując miękkie wargi. Nie cofnęła się z początku, pozwalają mu na wszystko.

I nagle oderwała się.

„Nie rób tego!” potrząsnęła głową.

„Dlaczego?” zanurzył dłoń w jej włosach, nie pozwalając jej na odsunięcie się. Czuł przyspieszone bicie jej serca, czuł gorący oddech na skórze. Chciała. A jednak wycofywała się.

„Nie powinniśmy!” jęknęła.

„To nie jest odpowiedź.” cofnął się jednak. Usiadł na najbliższym stoliku i przyglądał się jej spokojnie.

„To był test, prawda?” spytała po chwili. Nie musiał nawet kiwać głową. Chciał się przekonać o pewnej sprawie… ale wynik nieco przekroczył jego oczekiwania. Było coś jeszcze prócz Evansa.

„Mam pewna teorię…”

„Raczej nie powstrzymam ciebie od jej wypowiedzenia, prawda? Nie jesteś osobą, która owija w bawełnę…”

„Ty i ja… jesteśmy naprawdę różnymi osobami.”

Zamrugała ze zdumienia.

„To… jest bardzo odkrywcza teoria.”

Podniósł szkło do ust, obserwując ją uważnie przed zadaniem następnego pytania.

„Ale jeśli to jest prawdą, dlaczego czuję tak wiele, kiedy patrzę na ciebie?”

Wina.

Smutek.

Dlaczego najpierw czuła się winna? Dlaczego Elizabeth nie chciała mieć nic wspólnego z płcią przeciwną własnego gatunku? Wiedział oczywiście, że nie zostali zaprojektowani, by być z innymi przedstawicielami X5… ale to było dziwne. To nie wynikało z poglądów. Wynikało z uczuć.

Winy? Być może. Co się wydarzyło przed laty? Co Ben jej zrobił? On chyba nie…?

Zamarł, uświadamiając sobie kierunek swoich myśli.

„Weźmy na przykład mnie i ciebie… te różnice. Z powrotem w Seattle… to miasto, ludzie… patrzą na mnie z tym wyrazem na twarzach: to ten szalony playboy Alec, ciekawe którą wyrwie następną? Co znowu szalonego i głupiego przyszło mu do głowy? To dusi. Rola, którą sam sobie narzucam. Wewnątrz bystrego mędrka żyje poprawiony genetycznie facet, który nie ma pojęcia, jak budować więzi międzyludzkie… a o własnym bracie nie potrafi myśleć bez gniewu i nienawiści. Ale ty… kiedy patrzysz na mnie… nie czuję się tak, jak w Seattle. Nie czuję tego. A ta cała sprawa z Maxem Evansem… Obserwowałem was trochę. Nie jesteście razem, nie jesteście już parą… ale ty nawet nie porozmawiasz a Seanem, nie martwiąc się, co Evans sobie pomyśli. Ale prawda jest taka, że ty nie potrzebujesz jego zgody. Dusisz się, Liz. Oboje się dusimy.”

Podniósł kulę i posłał ją po torze. Zboczyła w bok. Wszystkie zielone ludziki zostały na miejscu.

„Ale jest jeszcze coś więcej, nieprawdaż?” podniósł drugą kulę w jej kierunku z pytaniem w oczach. Spuściła wzrok, ale ujęła kulę.

„Krok. Krok. Krok. Krok. Zamach. Wyrzut!”

Tym razem potoczyła się prosto do celu.

„Nieźle, 854.”

~ * ~ * ~ * ~

Alec wrócił myślami do rzeczywistości. Wspomnienie poprzedniego wieczoru nie przyniosło rozwiązania zagadki.

Elizabeth… co Ben jej zrobił? Dlaczego ani razu nie wspomniała o ostatnich trzech dniach, które spędziła z jego bratem? Mówiła o ich dzieciństwie, o tym, jaki był jako nastolatek… i za każdym razem opowieść urywała się w jednym momencie, na niedzieli. A Ben odszedł w środę rano. Dlaczego, skoro wówczas jeszcze jego umysł funkcjonował dobrze?

Nagle usłyszał cichy stukot obcasów na szkolnym korytarzu. Ktoś biegł, praktycznie rozmazując. Była tylko jedna osoba spełniająca te dwa warunki. Elizabeth.

Spojrzenie na jej twarz, na twarz żołnierza, pozbawioną najmniejszej emocji, sprawiło, że wstrzymał mimowolnie oddech. Patrzyła na niego, ale go nie widziała. Ruszyła chodnikiem, więc podjechał do niej. Odwróciła nieznacznie głowę.

„Możesz mnie stąd zabrać?” głos nie należał do niej, ale do małej, przestraszonej dziewczynki. Łzy odgrażały się, by wypłynąć spod zaciśniętych powiek. W ułamku sekundy zniknęła cała fasada. Mimowolnie wypuścił westchnienie głębokiej ulgi. Skoro nie bała się pokazywać emocji przy nim, nie bała się jego, nie uznawała go za zagrożenie. Do tej chwili nie zdawał sobie sprawy jak czekał na ten moment.

Skierował motocykl ku centrum miasta, ale po chwili zawrócił. Nie, jego hotel nie był najlepszym rozwiązaniem. Może nie wiedział za wiele o zewnętrznym świecie, ale miał pojęcie, co sobie pomyśli obsługa czy inni goście, widząc ją, w sukience z balu, i to w takim stanie… Zacisnął zęby. Lepiej, żeby ten bękart nie był w pobliżu, kiedy w końcu się dowie, co zrobił Liz.

Zatrzymał się w cieniach budynku. Uniosła głowę i przez jej bladą twarz przemknął cień zaskoczenia.

„Kręgielnia?” uśmiechnęła się nieznacznie. Miał to być ironiczny uśmiech, ale jakoś w chwili kiedy mózg wysyłał impuls do mięśni, te zbuntowały się… i po prostu uśmiechnęła się. Nie żaden grymas, po prostu uśmiech, który trafiał prosto do serca. „Jeszcze otwarte.” dodała bez namysłu, jakby samo to dyskredytowało kręgielnię jako ich tymczasowe docelowe miejsce.

„Tym lepiej…” zachichotał, zdejmując swój hełm i pomagając jej zsiąść z maszyny. Oczywiście nie potrzebowała tego, ale on lubił to. Lubił jej dotykać, nawet pod pozorem takiej drobnostki jak bycie dżentelmenem.

„Ponieważ?” jej usta wciąż trzymały uśmiech i zastanowił się, na ile może tak naprawdę zażartować. Jej równowaga była krucha… ale to była w końcu X5, piękna, silna nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie. Potrzebowała tylko impulsu, by wyrwać się z tego duszącego ją kokonu.

„Ponieważ zobaczy nas kilkoro ludzi.”

Zmarszczyła brwi z niepokojem.

„Co masz na myśli?”

„Mała, niewinna Lizzie Parker… zamiast być na szkolnym balu szaleje po podejrzanych miejscach z bardzo podejrzanym, słodkim facetem, na którego widok córki Sappho zmieniają orientację…”

Nie udało się jej zachować poważnej twarzy. Dostał lekkiego kuksańca w ramię.

„Twoje ego jest przeogromne.”

Uśmiechnął się zawadiacko i mrugnął do niej, pochylając się tuż nad jej ramieniem. Specjalnie skrzyżował jej osobistą przestrzeń, wiedziała o tym doskonale i nie mogła dać mu się podpuścić. 494 był chodzącym przeciwieństwem Maxa i jakoś sprawiał, że nie myślała o obcym królu. To było… zaskakująco przyjemne.

„Nie tylko ego…” wyszemrał w zwodniczym tonie. Odparła nieodpartą pokusę potoczenia oczu i zamiast tego wspięła się lekko na palce, oddechem drażniąc jego ucho. Jej usta były blisko. Tak blisko… Zamknął oczy, rozkoszując się uczuciem.

Zaśmiała się po chwili cicho, figlarnie. Dopiero wówczas zorientował się, co zrobiła.

„I kto tu jest taki podejrzany, hę?” drażnił ją z uśmiechem, kiedy przemierzali schody. Liz oczywiście szła pierwsza, nie mógł sobie tego przepuścić. A na czwartym piętrze żałował bardzo, iż budynek miał tylko cztery pietra. Osobiście wolałby wieżowiec.

Kręgielnia była pusta za wyjątkiem barmana, który ustawiał szkło. Uniósł pytająco brew na ich widok. Na cóż. Niecodziennie zdarzają mu się tacy goście, uznał Alec. Dwoje doskonale zaprojektowanych istot. W dodatku sukienka Liz doskonale  podkreślała jej miękkie kształty. Zdecydowanie jednak nie ominęły ją lekcje „Jak się ubierać, by doprowadzić płeć przeciwną do szaleństwa”. Podejrzewał, że nie uroniła z nich ani słowa.

Okazało się jednak, że Liz znała barmana. Był najwyraźniej częstym gościem w Crashdown. Wdała się w krótką pogawędkę i Brad – tak miał na imię – postawił godzinkę gry. Włączył maszynę i ulotnił się na zaplecze, zostawiając ich samych.

„Zdecydowanie to ty jesteś tą podejrzaną z nas dwojga…” roześmiał się, kiedy bez problemu zbiła wszystkie zielone ufoludziki za pierwszym rzutem. Ukłoniła się wdzięcznie. Przełknął nerwowo, kiedy mignął mu przed oczyma cień ukryty za materiałem. Diabelnie. Musiał przystopować.

„Co mogę na to powiedzieć?” westchnęła dramatycznie, sięgając po następną kulę i podając mu. Palce nieznacznie dotknęły się. „To jest jak dar. Nie mogę tego kontrolować!”

Roześmiał się. Odebrał kulę i przymierzył się do strzału. Dwie sekundy później kula ślizgała się po torze w stronę zielonego czegoś, co miał zbić. Naprawdę, nie miał pojęcia, kto je produkował. Chyba jacyś nudzący się lokatorzy domu opieki w Roswell.

„Wiesz… jesteś tak różny niż Ben.” mruknęła ze swojego miejsca na sąsiednim torze. Podwinęła kolana do piersi i otoczyła je ramionami, zostawiając grę dla niego. „Lubię myśleć, że gdyby sprawy ułożyły się inaczej, przypominałby ciebie.”

„Drugi Alec McDowell na tym świecie? Eee, nie sądzę, by ten świat to zniósł.”

„Byłby z pewnością zabawniejszy!”

„Więc uważasz, że jestem zabawny?” podszedł i pochylił się nad nią niebezpiecznie. Ale X5 nie można przerazić wyrazem twarzy, zwłaszcza kiedy w kącikach spojrzenia czają się iskierki rozbawienia.

„Aha.” wyszczerzyła ząbki. Nie mógł nie podziwiać tego uśmiechu.

„Grrr…” warknęła. Odskoczył zmieszany. Ktoś mógłby pomyśleć o Liz jako o kociaku, ale to chyba był kociak pantery w jej DNA.

„Co?” spytał zmieszany. Wydęła wargi, udając obrażoną.

„Patrzysz na mnie jak ci ortodonci.”

„Jak kto?”

„Ortodonci.” wyjaśniła cierpliwie „Mieliśmy konwent ortodontów w Roswell. Kilku z nich jadło obiad w Crashdown, obsługiwałam ich. Byli tak zachwyceni moim idealnym zgryzem, że poprosili o jego prezentację…” urwała. Alec zataczał się ze śmiechu, trzymając za brzuch i jęcząc. „Ja ci dam…” wymruczała mściwie. Alec w ostatnim momencie uchylił się przed jej zręcznymi rączkami. Poznał nie tak dawno przed kręgielnią siłę jej niewielkiego dotknięcia. Wolał nie ryzykować kolejnego.

Ganiali się po wszystkich torach. Ponieważ powierzchnia okazała się niezwykle śliska, szybko przestali biegać za sobą, a zaczęli się po prostu ślizgać.

„Więc…” Alec klapnął na torze koło Liz, udając śmiertelne zmęczenie. Nie był zmęczony w ogóle, wręcz przeciwnie. Czuł się bardzo, bardzo żywy. Nie wiedział, czy to za sprawą Liz, czy ślizgawki. Nie obchodziło go to. Było dobrze. „Dlaczego chciałabyś, by Ben przypominał mnie?” mrugnął do niej z uśmieszkiem. Westchnęła.

„Chodzi o to, jak obejmujesz swoją transgeniczną stronę. Jesteś bardzo pewny siebie. Tego, kim jesteś.”

Prychnął. Nie mogła mylić się bardziej… albo do czegoś zmierzała. Nie sądził, by z tak chybionym zmysłem obserwacji udało się jej samej utrzymać na wolności. O co biegało?

„Ben nie rozróżniał w sobie tego, co pochodziło od Manticore od tego, co w nim tkwiło jako transgeniczny. Ty nie masz z tym najmniejszego problemu. Ja też nie.  Naprawdę lepiej byłoby dla niego, gdyby został w Manticore… gdyby nie udało mu się uciec, tak jak mi. Jego życie byłoby koszmarem… tortury fizyczne i psychiczne. Ale nie zgubiłby siebie.”

Zszokowany popatrzył na nią. To niemożliwe, co mówiła. Niemożliwe. Jej twarz, jej numer… Manticore wyryło ją w jego pamięci jako zdrajcę. Ona uciekła. Musiała uciec!

„Nie miej takiej miny… w końcu uciekłam. Przy pierwszej próbie ucieczki schwytali mnie dość szybko, przy drugiej już nie. Chybiony pomysł Renfro. Trzymali mnie naturalnie w odrębnej sekcji Psy Ops. Dwa lata dodatkowego treningu i bycia świadkiem – z oddali co prawda, co się działo u innych X5. Jezu, widziałam jak zabrali się za rozwiązywanie problemu rui, kiedy pierwsze jednostki zaczęły na to ‚chorować’. To chyba mi pomogło. Renfro zamierzała mnie wypuścić na wolność, aby znalazł mnie Zack, abym doprowadziła agentów Manticore do wszystkich uciekinierów. Widzisz, ja byłam jego zastępcą. Ale kiedy widziałam co zrobili z tymi dziewczynami… pomogło mi się wyrwać z uścisku Psy Ops. I kiedy wysłano mnie w końcu z misją, pierwsze, co zrobiłam, to ostrzegłam Zacka. Wiedziałam, jak go znaleźć aż za dobrze… Lydecker dobrze nas wyszkolił. Zack kazał się rozdzielić po ucieczce. Czasem były to pary. Wtedy to był jedyny sposób na pozostanie wolnym. Oczywiście Max ma o to do niego pretensje do dziś. Ona i jej rodzinne zapędy…” mruknęła z przekąsem, lecz w głębi ducha uważała te rodzinne zapędy za pragnienie przebywania z własnym gatunkiem. Tego Max nie mogła odmówić. Nie, kiedy wokół byli ludzie, nie rozumiejący ich w ogóle. „Ale wracając do historii. Usunęliśmy nadajniki, pozbyliśmy się ogona. Reszta jednostki nigdy się nie dowiedziała, że mam ponad dwa lata dodatkowego treningu… i bycia z innymi z mojego gatunku. Ja nigdy nie miałam z tym problemu. Kierowałam się instynktem, albo sercem. A problemy zaczynały się tylko wtedy, kiedy w moje życie mieszały się zwyczajniaki.”

Skinął głową. Doskonale zdawał sobie sprawę, o czym mówi. Sam po uzyskaniu wolności miał ogromny problem z przystosowaniem się do życia na zewnątrz, nie dlatego, że było różne – ludzie byli źli i głupi zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz murów – ale dlatego, że po raz pierwszy w życiu nie miał pojęcia co robić. Instynkty transgenika i wojskowy sposób myślenia pozwalały przeżyć w Manticore… ale na zewnątrz wszystko było różne. Nie rozumiał ludzi.

Liz uniosła instynktownie głowę. Brad wrócił… ukazał się w drzwiach po pięciu sekundach.

„Będziecie jeszcze tutaj siedzieć?” spytał wyraźnie zmęczony.

„Aha. Zostawisz nam klucze?” uśmiechnęła się. Alec zafascynowany patrzył jak facet bez sprzeciwu zgadza się i wychodzi. Zdecydowanie, 854 nauczyła się na wolności kilku przydatnych sztuczek.

„Ben… był świadkiem, jak Syl miała ruję. Tak go znalazłam. Ben… nie wiem, co robił w Albuquerque. Był kompletnym nowicjuszem, jeśli chodzi o gody X5-tek. I zbzikował. On tylko poczuł zapach feromonów…”

„O Chryste…” wymamrotał. Wiedział, o czym ona mówi. Każdy X5 męski prędzej czy później się z tym zetknął. Pochylił głowę, coś ściskało go za gardło.

„Do niczego nie doszło. Mam dwa lata treningu więcej, pamiętasz?” spytała łagodnie, miękko dotykając jego włosów. Drgnął. Nawet nie zauważył, kiedy skrzyżowała jego osobistą przestrzeń. „I kierowałam się instynktem. Znokautowałam ich oboje i przytrzymałam pod strażą przez trzy następne dni. Ale szkoda już została wyrządzona. Zwierzę w Benie obudziło się, obojętnie jak bardzo chciał je zignorować albo walczyć z nim. On… nie rozumiał instynktów. Myślał, że to jest to, co nam zrobiło Manticore. Bycie dobrym żołnierzem. Doskonałym żołnierzem, zabójcą, maszyną bez emocji. Nie rozumiał siebie, nie miał odpowiedzi… do tamtego czasu nie spotkał żadnego z nas. Nawet Zacka.” skończyła cicho opowieść, ale nie zabrała dłoni z jego głowy.

Przechylił nieznacznie głowę i spojrzał na nią. Ona także patrzyła na niego, ale nie widziała jego. Widziała Bena. Sfrustrowany zamknął oczy, by tego nie widzieć. Ale jej spojrzenie utkwiło w nim niezależnie od tego, czy chciał czy nie. Z całą tą fotograficzną pamięcią X5-tek ciężko było wymazać cokolwiek z jego głowy.

Westchnął i po prostu położył się na torze, gapiąc się tępo w sufit. Z wszystkiego, co mógł podejrzewać nigdy nie pomyślał, że dowie się akurat tego. Nie Manticore, nie przypadek, nie geny, nie morderstwa… tylko brak stowarzyszenia z własnym rodzajem było przyczyną upadku Bena. On po prostu nie wiedział, nie rozumiał. Nie miał pojęcia o instynktach, które były dla większości z nich tak silne, że żaden morderczy trening Manticore nie mógł usunąć ich wpływu. Paradoksalnie, uciekli by uchronić Max od podzielenia losu Jacka… a stracili przez to Bena.

„Ilu z was o tym wie?” mruknął po kilkunastu minutach milczenia, spoglądając na nią. Głowa Elizabeth spoczywała na jego brzuchu, włosy rozsypały się na całej jego bluzie… Lubił ten widok.

Cisza.

„Zack wiedział.” przyznała w końcu.

Westchnął.

„Nikt więcej?”

Cisza. Podniósł głowę i wsunął dłoń pod jej kark, tak by jej twarz znalazła się tuż przy jego. Drgnęła, czując jego palce na szyi, w miejscu, gdzie przed laty wyraźną czernią odzwierciedlał się kod kreskowy. Nawet teraz, po setkach interwencji lasera, miejsce było nieprawdopodobnie wrażliwe.

„Boli?” wymruczał. Zamknęła oczy i skinęła w potwierdzeniu.

Otworzyła je, kiedy do jej uszu dotarł nieznaczny szelest materiału. Alec miękko wodził palcem po jej plecach, tak lekko kreśląc wzory wzdłuż linii kręgosłupa, iż wydawało się jej to niemal złudzeniem. Zbyt przyjemnym złudzeniem. Ciało rozgrzewało się i odprężało, zdecydowanie ciesząc się tym dotykiem.

„Alec?”

„Co?”

„Przestań.” wymamrotała, w jego szyję. Na obojczyku mógł czuć ruch jej drobnej szczęki. Skórę przeszedł dreszcz, kiedy dotarł do niej ciepły oddech jej słów.

Jej zapach się zmienił, uświadomił sobie. Teraz wiedział, o czym mówiła… nie wiedział tylko dlaczego. Z powodu Bena czy z powodu Maxa?

Jęknął, kiedy nie odpowiedziała. Zamknął oczy, wciągając powoli powietrze do płuc. Ale to nie pomogło mu zbytnio. Ciepłe ciało, które podziwiał od tych kilku dni, tuż przy nim, dotykał go… i teraz jego zapach docierał do jego nozdrzy, ciepły, gorący, zachęcający… Prosty dotyk jego dłoni zamieniał ją w papkę. Aż zadrżał, wyobrażając sobie, jak zareagowałaby na coś dużo, dużo więcej. Jak chrapliwy byłby jej głos, gdyby lamentowała jego imię?

Jego dłonie nieznacznie mocniej dotknęły ciepłej miękkości, życząc sobie by zamiast materiału był tylko atłas jej doskonałej skóry. W końcu niezdolny, by oprzeć się pokusie przebiegł palcami po niej, wodząc tuż przy brzegu jej sukienki. Wymruczała coś pomiędzy cichą aprobatą a jękiem, nie był dokładnie pewny. Ostrożnie zsunął jedno ramiączko. Nie zaprotestowała. Zachęcony równie delikatnie i spokojnie zrobił to z drugim i wsunął dłoń pod cienki materiał, przebiegając miękko opuszkami palców po ciepłej, miękkiej skórze. Jęknęła i wygięła się w reakcji na jego dotyk.

Jakaś cyniczna zimna myśl przemknęła przez jego głowę, by tego nie robił, by powstrzymał się zanim posuną się za daleko i nie będą mogli się już cofnąć, ale zignorował ją. Nie chciał teraz myśleć o konsekwencjach. Jej odurzający zapach owionął jego nozdrza i z własnościowym zadowoleniem odnotował jej wyraźne pobudzenie. Wątpił, by ośle uszy kiedykolwiek wydobył z niej taką gwałtowną i natychmiastową reakcję. Ten ludzki chłopak nie mógł dać jej tego, co potrzebowała. Coś, co zamierzał jej dać. W tej chwili, tutaj i teraz, nie była Liz, była 854 i była jego.

~ * ~ * ~ * ~

Alec nie mógł zaprzeczać temu, co się działo. Psiakrew, wiedział to już w chwili, kiedy czuł jak jego ochronne instynkty wzięły nad nim górę i poszybowały prosto w stronę Liz. Wczorajsza noc nie pomogła ani odrobinę. Wręcz pogorszyła sprawy. Samo wspomnienie miękkości jej skóry, zakopania się głęboko w niej, tego uczucia posiadania i przynależności… przełknął ciężko, usiłując odzyskać stabilność w jego kolanach.

Chociaż wszystko wrzeszczało w nim, że 854 jest jego i tylko jego, wyjeżdżał. Nie mógł już dłużej pozostać, sprawy w Seattle przybrały wystarczająco zły obrót. Ale nie chciał, chciał zostać, przynajmniej na tak długo, dopóki nie zdoła przekonać do wyjazdu ją.

Głupi, cyniczny głos w jego głowie śpiewał mu, że przyjechał dowiedzieć się, co sprawiło, że jego brat stracił rozum, a tymczasem sam się zatracił. Co gorsza, wcale nie chciał się wyrwać z tego stanu.

Wyszła z zaplecza, z miękkim, drżącym uśmiechem na ustach. Odgarnął kosmyk, spadający swobodnie na jej twarz. Wychyliła się z przyjemnością do tego prostego dotknięcia, odnotował z cichą satysfakcją. Obojętnie, co wydarzyłoby się teraz, on już wygrał. Znów mogła oddychać.

„Jesteś pewna?” spytał niepewnie, doszukując się w jej oczach jakichś cieni. Wciąż tam były, jedne głębsze i ciemniejsze niż inne, lecz w jej oczach były teraz także smugi światła. Cienie nie mogły zniknąć zupełnie, Manticore uczyniło to im i po części oni sami. Ale tak długo, jak w jej oczach była ta iskierka nadziei i siły był gotów ustąpić i odejść do Seattle bez niej.

Skinęła głową nieśmiało.

„Niezbyt mądre z mojej strony, nieprawdaż?” wymamrotała z zakłopotaniem „Ale mam tutaj kilka spraw do dokończenia.”

„Wiem.” westchnął, przyciągając ja mocno do siebie.  Relacje w grupie, między jej przyjaciółmi były co najmniej napięte… i wciąż pozostawali Parkerowie. Jak miała im wyjaśnić, że nagle rusza do Seattle w towarzystwie obcego chłopaka?

No dobrze, niekoniecznie obcego, znali się na poziomie, jakiego jej tak zwani ‚przyjaciele’ nigdy nawet sobie nie wyobrażali. Ale niemniej byli to jej przyjaciele. Jeśli miała jeszcze szanse, by przez jakiś czas bezpiecznie przebywać z nimi, nie mógł jej tego odmówić.

Zakopał twarz w jej szyi, wdychając jej ciepły zapach, od wczorajszej nocy jeszcze zmieszany z jego zapachem. Uśmiechnął się nieznacznie, podnosząc głowę by pocałować ją. Kochał tę mieszankę, delikatny ślad jego wody na jej skórze, znacznie mocniejszy jego własny zapach i coś, co rozpoznawał jako wanilię.

Złapała spojrzenie w jego oczach, ochronne i własnościowe, wpatrujące się prosto w nią i zadrżała. Wspomnienie poprzedniej nocy przetoczyło się niczym burza przez jej myśl i to samo widziała w jego oczach. Potrzeba napełniająca ciało, potrzeba posiadania jego, napełniającego ją. Jego usta twierdziły ją jeszcze raz i zawinęła ręce desperacko wokół jego szyi. On sprawił, że cienie odeszły do cieni, znów mogła oddychać. Jak to się stało? Nie wiedziała. Ale to czuło się… właściwe. Jakby wróciła do domu. I uczucie to nie opuszczało ją, kiedy z ciężkim sercem patrzyła, jak nakłada kask, wsiada na motor, by po chwili zniknąć w zaułku ulicy.

Odwróciła się, by wejść z powrotem do kawiarni. Tego wieczoru być może nie tylko ona zaczęła żyć ponownie. Isabel w końcu przestała się ukrywać, wyszła z cieni i wyciągnęła rękę do Alexa. Być może zanim pewnego dnia będzie zmuszona odejść, zarówno przy Marii, jak i przy Alexie, będzie ktoś, kogo kochają. Do kogo należą.

Koniec

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *