Chaos i masakra (epilog)

9.

Kowalskiego Daniela Krokowska średnio interesowała. Szukał informacji o niej bardziej z powodu Leny, czy atak na jej młodszą siostrę miał z nią cokolwiek wspólnego. Najwyraźniej jednak Daniela miała głęboką amnezję, obejmującą więcej niż kilka miesięcy przed atakiem i nie potrafiła udzielić im żadnej informacji. Zachowywała się czasem jakby kompletnie nie potrafiła się odnaleźć w świecie. Ogromna zmiana jak na bardzo energiczną, zdecydowaną i radzącą sobie w życiu osobę.

Niewielkie stanowiło to pocieszenie, kiedy szukało się odpowiedzi. Jego ludzie nie dręczyli jednak młodej, najwyraźniej szok w jakim się znajdowała był szczery. Nie potrafił powiedzieć, ani określić, na ile stanowi to zagrożenie. Na razie szukali dziwnych anomalii i nie znaleźli żadnego.

No, może za wyjątkiem pierścionka, który miała na sobie kiedy zanim karetka ściągnięta przez turystów zawiozła ją do szpitala. „Usłużny” sprzedał drobiazg na czarnym rynku, ale udało się go odzyskać, a jubiler szybko go wycenił.

Według Leny, Daniela nie dysponowała wielkimi pieniędzmi – a drobiazg miał wygrawerowaną we wnętrzu datę, kiedy podjęła z banku kwotę oszczędzaną przez cztery lata pracy. Jego ludzie mówili przeciwnie niż rodzina, od kiedy tylko zaczęła pracować, harowała za dużo i żyła zbyt skromnie jak na ilość pieniędzy które legalnie zarabiała. Udało jej się oszczędzić sporą jak na takiego szaraczka kwotę i mieć dużo szczęścia z wejściem na giełdę podczas kryzysu w 2008 i dokładnie w lutym 2009 roku. Hossa była piękna i nie trzeba było wielkich umiejętności ani doświadczenia, by pomnożyć te oszczędności. Dopiero przez ostatni rok mogła się wykazać rzeczywistymi umiejętnościami, że to nie był tylko pusty łut szczęścia – i szło jej całkiem nieźle jak przypuszczał. W domu i na koncie w mBanku miała trzykrotność swoich etatowych zarobków, na dłoni pierścionek wart drugie tyle a bank mianował ją niewypłacalną!

Albo była psychiczna, albo miała jakąś niesamowitą motywację, by to wszystko osiągnąć i trzymać w tajemnicy przed rodziną, przyjaciółmi, otoczeniem. Bóg jeden wiedział, co tej blondynce po głowie chodziło. Z ciekawości nawet przeczytał kilka opowiadań, które napisała – szczególnie w ostatnim okresie. Doprawdy, to był świr w jakimś sensie, ale jednocześnie była bardzo logiczna i konsekwentna. Szczęściem Lena miała mniej skomplikowaną psychikę.

Nie potrafił rozgryźć młodszej, ale to nie sprawiało, że był przez to bardziej niechętny starszej. Przez kilka tygodni, kiedy tylko Lena mieszkała we Wrocławiu, zdążył ją poznać znacznie lepiej i nie przypuszczał, by go w czymś poważnie zaskoczyła. Co więcej, spełniała większość wymagań. Ideałem nie była, ale dotyczyło to tak naprawdę drobiazgów albo kwestii związanych z jej szaloną rodziną – żadna z krytycznych cech i warunków nie przedstawiała się negatywnie w jego oczach. Podjął więc w końcu decyzję, większy problem stanowiło tylko wcielenie go w życie.

Najwyraźniej bowiem życie zawodowe Leny nie układało się zbyt pomyślnie. Ale tak bywało, że solidni specjaliści, obowiązkowi i przywiązujący dużą wagę do tego, by wszystko było zapięte na ostatni guzik, najczęściej dostawali po tyłku. Kolejny szef z rodzaju idiotów zraził się do jej wcześniejszej przedłużającej obecności we Wrocławiu, przez co kompletnie nie chciał jej wysyłać znów w trasę. Nawet targi i imprezy turystyczne były zabronione. Jak już wspomniał, jej szef był idiotą.

Jesienny urlop spędziła na szczęście we Wrocławiu, co skrupulatnie wykorzystał. Przy okazji dowiedział się, kiedy przyjeżdżała w następnych miesiącach. Pora było załatwić jej nową pracę, gdzieś bliżej. I zabrać się do konkurów.

~ * ~

Bolesna to była pobudka. Człowiek ze zbytnio rozwiniętym instynktem przystosowania się do aktualnego otoczenia był samobójcą.

A może, zwyczajnie, tamten świat i tamci ludzie bardziej jej odpowiadali w głębi ducha? Narzekała, czuła się zagubiona i złorzeczyła na panujące zasady. A skończyła z gronem przyjaciół, mężem i potomstwem… i wkurzoną do granic możliwości snobistyczną bratową.

Jeśli to wszystko było rzeczywistością… bardziej przypominało sen na szpitalnych prochach, szczególnie kiedy stanęła wobec szarej i współczesnej polskiej rzeczywistości.

Powrót do zdrowia sam w sobie był koszmarem na jawie. Leki, ciężka rehabilitacja, rodzinka trująca jej nad uchem… Zdecydowała się pozbyć lokatorów, byle było więcej przestrzeni. Trzy kobiety walczące o władzę na małej powierzchni mieszkania, to nie było coś, do czego przywykła i była zdolna znieść nawet we współczesnym świecie.

Pierwsza wyjechała Lena. Pracodawca upomniał się o nią. To nic, że we Wrocławiu robiła to samo w oddziale, harując za dwoje, idiota domagał się jej powrotu do centrali pod groźbą zwolnienia. Chcąc nie chcą wróciła do Niemiec. Kryzys rozpanoszył się nie tylko w Polsce, i mimo że Lena naprawdę nie należała do amebowatych luzaków w pracy, miała ogromne trudności w znalezieniu nowej pracy. Nawet jeśli była zapraszana na rozmowę, zazwyczaj proponowano jej znacznie mniej niż dotychczas i nie decydowała się na zmianę.

Lena głośno tego nie mówiła, ile z jej desperacji utrzymania się na dotychczasowej wysokości wynagrodzenia wynika z obciążenia kredytem i świadomości, że przez przedłużającą się chorobę, Daniela była pierwszym kandydatem do odstrzału u swojego pracodawcy.

NFZ w końcu zwrócił im za wydatki w Wiedniu, ale i tak musiała oddać za odsetki mamie i zapłacić za transport medyczny. Uświadamiało to, jak bardzo były niezabezpieczone mimo tych wszystkich kroków które podjęła wcześniej. Na kontach leżała przecież góra pieniędzy, a przez widzimisię mbanku nie miały do tego dostępu. Notarialne upoważnienia, inne niż kwitek dostępny na ich stronie, nie wystarczyły wg ich własnego widzimisię. Przedłużające się negocjacje z Tomciem bez misia wkurzały nad wyraz. Zazwyczaj dusiła po każdym spotkaniu chęć mordu. Nic dziwnego, że spokojna i mało krwiożercza Lena dostawała gorączki i marzyła o pozbyciu się kredytu raz na zawsze…

Rekonwalescencja była bolesna. Kilka godzin dziennej wyczerpującej harówki, razem z podróżą do szpitala, wyczerpywało ciało na tyle, że nie miała czasem sił na podniesienie ręki. Niestety nie wyłączało to mózgu, który non stop wracał do przeszłości. Za każdym razem kiedy otwierała oczy, oczekiwała łuków małżeńskiej sypialni, dźwięku trzaskającego ognia, zapachu lawendy na poduszce… Denerwowały ją krótkie sukienki, w których nawet pochylić się nie można było, i że wszystko w domu musiały robić same. Wszyscy wokół ciągle się gdzieś spieszyli, a jednocześnie mieli alergię na punktualność. Nawet Lena podniosła rwetest, kiedy pewnego dnia wybrała się na wyprawę do piekarni w swoim własnym tempie…

Kochała Lenę, tak samo mamę, ale nawet one potrafiły zagotować jej krew w żyłach jak nikt inny. Towarzystwo w domu wcale nie pomagało przystosować się znów do współczesnego świata. Zwłaszcza, że przerażona tym, co działo się w dziewiętnastym wieku, zmusiła mamę do terapii. Zmusiła to może było nieadekwatne słowo. Po długich konsultacjach w tajemnicy z Leną, użyły jej stanu zdrowia jako karty przetargowej.

Nigdy, ale to przenigdy, nie chciała mieć więcej do czynienia z palaczem na odwyku. Kogoś innego to pewnie zabiłaby przed 1/10 drogi, nie dotrwałaby do końca.

Wróciła także w końcu do pracy, połowicznie. Pracowała z domu. Przemieszczanie się bez osobistego szofera było skrajnie trudne. Poza tym byli gapie… ludzi nader fascynowała jej poharatana buzia, a jednocześnie dziwnie byli wobec tego obojętni. Przez miesiące nie przyzwyczaiła się do takiej uwagi. Niemiłe było lekko powiedzianym.

Powrót do pracy zmienił też kilka spraw, które z pozoru mało miały związku. Mama znalazła sobie nowe zajęcie w pobliskim przedszkolu, więc cieszyła się z pewnej wolności odzyskanej, ale i miała mniej wolnego – bo ktoś przecież domowe obowiązki musiał wykonywać. Do tego egzamin zawodowy zdawał się oddalać wielkimi krokami, zamiast przybliżać. Przestało jej zależeć. Im częściej miała do czynienia ze współczesnymi podatkami i tym mniej chciała do tego wracać. To nie był już jej konik. Straciła do tego serce… Zastanawiała się nawet nad tym, by porzucić pracę i zająć się czymś zupełnie innym. Najpierw jednak musiała przestać straszyć swoim wyglądem. Nie było łatwo wychodzić do ludzi w tym stanie. To było gorsze niż największy wstyd czy skandal znoszony w małej społeczności – bo to byli obcy, którzy na nią zwracali uwagę ze wstrętem albo współczuciem. To była ciężka szkoła i często nie znajdowała sił, by przez to przejść. Unikała więc nowych tras albo czegoś, gdzie ciągle narażała się na nowych ludzi.

Przez to właśnie do jej ulubionych codziennych czynności należała wizyta w pobliskiej, bardzo znajomej piekarni. Nie była daleko i nadawała się na początkowe pierwsze samotne spacery, poza tym odkryła drogę gdzie mijała tylko gołębie i puste okna, a piekarnia produkowała fantastyczne wypieki. Chleb był koszmarny, ale inne rzeczy to były delicje… Sprzedawczynie oczywiście ją znały, były zwyczajnie sympatyczne, a kilka sztuk francuskich ciastek z czekoladą jeszcze nikomu nie zaszkodziło… Lubiła zwłaszcza popołudniowe partie, bo ludzi było mniej i nie zdarzał się jej podczas zakupów jakiś sfrustrowany, złorzeczący na politykę i sąsiadów Kowalski…

Tego popołudnia wszystko było tak, jak co dzień. No, może nie wszystko. Sprzedała partię certyfikatów na srebro po niezłej cenie, co było pierwszym dużym sukcesem odrabiającym straty z czasów choroby i trzeba było uczcić kolejny kroczek na drodze posłania banksterów do stu diabłów!

Zamówiła większą partię, dla siebie i dla mamy, a po krótkim namyśle wzięła także z malinami. Jak szaleć, to na całego….

Sprzedawczynie były w wyśmienitych humorach, co chwila rzucały żartami. W końcu podały jej paczuszkę z zamówieniem, zapłaciła i wyszła z piekarni. Staruszka z końca kolejki rzuciła jej dziwne spojrzenie. Zaskakujące, bo wyglądała dokładnie jak uwspółcześniona panna Mary, którą spotkała lata temu. Co to były za czasy…

Niestety, współczesna Mary nijak miała się do chlubnej władzy oryginalnej nad młodzieżą. Zaraz po wyjściu prawie straciła głowę, uchylając się od jakiejś zagubionej kulki i lądując twardo na skutej lodem ziemi. Banda przygłupów urządziła sobie z przechodniów żywe tarcze. Jakiś mężczyzna pomógł jej podnieść się, najwyraźniej jeszcze ludzkie odruchy nie zanikły u wszystkich mieszkańców Wrocławia.

Poczłapała w stronę mieszkania, ostrożnie niosąc cenny zakup. Papierowa torba przyjemnie emanowała ciepłem, ciasteczka były niemal prosto z pieca i fantastyczny zapach unosił się wokół. Stanęła przy światłach, jak zwykle nie działających ze względu na „nagły atak zimy zimą” i cierpliwie czekała, aż nie będzie żadnego samochodu na horyzoncie. Skłonności samobójczych nie miała, a chodzenie w tempie dziesięciu metrów na minutę nie należało do prędkości Formuły 1, wymaganej na miejskich przelotówkach.

Nagle ktoś ją potrącił i poczuła szarpnięcie w prawą kieszeń. Przewróciła się prosto w wielką breję śniegobłota, miażdżąc torbę z piekarni. Zaklęła w duchu, czując że kieszeń nagle stała się dziwnie pusta.

„Uch…” chrząknęła, ocierając paskudztwo z ust i nosa i usiłując się podnieść. Ale to nie było łatwe, ani bezbolesne. Klapnęła z powrotem ze dwa razy, nim jakoś zdołała to zrobić i ustać jednocześnie. Los bywał jednak złośliwy, a ją to sobie chyba upodobał do dręczenia podwójnie. Banda przygłupów zmieniła lokalizację i kilka kulek trafiło w jej stronę. Nie zdołała się uchylić, a ostatniej nawet nie zauważyła, bo trafili ją z tyłu… runęła jak długa ponownie, i tym razem nie miała poprzedniego szczęścia…

~ * ~

Damon cierpiał na najbardziej pechową przypadłość, jaka mogła się przydarzyć po weekendzie u rodzinki. Głowa pękała mu z bólu jak niejednej mężatce udającej się wieczorem do sypialni. Miał jednak pecha, bo ból zadręczał go od samego rana i zupełnie nie zmniejszał chęci odreagowania w ramionach przedstawicielki płci przeciwnej.

Tylko przypominało irytująco, że w domu nie czekał nikt. Tylko pusta lodówka i pewnie stos nieodebranej poczty.

Śmiał się kiedyś z Karola, który twierdził, że w pewnym wieku zmieni zdanie i zechce się nieco ustatkować, że wcale nie nagle, ale z dnia na dzień, powoli, zaczną nieubłagalnie się zmieniać jego myśli i potrzeby. Jak zwykle, powinien posłuchać starszego brata. Na siłę nie chciał niczego zmieniać i próbować dopasować do tego, co było na rynku; paradoksalnie tych kilka „cech” które potrzebował w kobiecie były nieznośnie trudne do znalezienia wśród stanu wolnego pozostałego po studiach. Wydawało się, że wszyscy normalni żenili albo przynajmniej łączyli się w pary na uczelni. Kiedy jednak o tym dłużej pomyślał, to chyba jednak tacy normalni nie byli skoro ulegali społecznej presji wokół i jak szczeniaki wybierali sobie ludzi, z którymi spędzą życie. Nie dziwota, że tyle zarabiamy na rozwodach. Chciał znaleźć sobie kogoś, bo zwyczajnie doskwierała mu samotność a nie tylko brak ciepłego ciała obok. Usilne próby rodzinki i znajomych zeswatania go tylko tą potrzebę pogłębiały. Nikt praktycznie oprócz brata nie wiedział, czego chce i potrzebuje, a on na szczęście dał sobie spokój i nie wtrącał się do jego osobistych spraw. Było to jakąś ulgą, ale zmuszało do poszukiwań na własną rękę. Przypadek sprawił, że nie tylko ręka została zaangażowana, a bardziej zmysł wzroku…

Był piekielnie głodny, co było skutkiem latania po klientach na mieście od rana i niechęcią spożywania śniadania w otoczeniu wrzeszczących dzieci. Przerwę obiadową pochłonęły niestety korki wywołane głupotą drogowców, którzy do popołudnia nie umieli uporać się z weekendowym śniegiem. Pozakładałby cwaniaczkom kradnącym paliwa od pługów parę kamerek, od razu byłby porządek. Niestety czy też na szczęście, w politykę się nie bawił, i jak znał obecnego szefa drogowców, to zupełnie się nie dziwił stanowi dróg. Ten facet nie wyrósł poza zerówkę, mimo emdżinira przed nazwiskiem.

Zatrzymał się przy ulubionej piekarni. Była ulubiona, bo jako jedna z niewielu miała popołudniową drugą partię i były to same delicje. Wznosił modły dziękczynne do właściciela, który nie szedł utartym schematem. Obie sprzedawczynie jak zwykle były wesołe, i sypały żartami, ale tego popołudnia jakoś nie przyciągały jego uwagi. W kolejce przed nim stanęła bowiem mała, apetyczna blondyneczka. Weszła do lokalu tuż po nim, a on zajęty przeglądaniem gabloty i tęsknotą myślami za obiadem w pierwszej chwili nie zorientował się, że stanął w kolejce za swoim szczęśliwym przypadkiem… Na ramiona opadały jej włosy nieskażone farbą (ciekawe, gdzie się uchował ten ewenement?), była niziutka i ładnie pachniała. Ale najlepsze skrywało się znacznie niżej. Krótka kurtka nie ukrywała dżinsu ani skrywanych przez niego wdzięków. Dziewczyna miała najlepszy tyłek, jaki widział. Zdecydowanie najlepszy. Tak się zapatrzył, że w momencie kiedy przyszła jego kolej, staruszka za nim musiała szturchnąć mocno łokciem, by oprzytomniał. Zaraz też dziewczyna przy drugim stanowisku zabrała swoje zakupy i wyszła z piekarni. Z żalem spojrzał za nią.

Ale z drugiej strony… pewnie była brzydka, albo była zajęta. Obok takich kształtów faceci nie przechodzili obojętnie, obojętnie czy tak sfrustrowani jak on sam czy jacyś więksi szczęśliwcy.

Wychodząc rozejrzał się za małą postacią i jego uwaga została natychmiast wynagrodzona. Stanęła właśnie przy przejściu dla pieszych, nie tak daleko. Czy też próbowała wstać koło przejścia dla pieszych, było właściwszym określeniem. Jakimś cudem wylądowała w zaspie. Z fascynacją patrzył, jak kilkakrotnie próbowała, nim odniosła sukces. Wytrwałość zasługiwała na najwyższy szacunek.

Dziewczyna najwyraźniej była ranna albo po jakimś wypadku. Nawet z takiej odległości mógł teraz zobaczyć, że coś było nie tak z jej buzią. Była nieco opuchnięta, do tego kolorowe sińce nie były żadną ozdobą. Podnoszenie musiało sprawiać jej ból, było też znakomitym wyjaśnieniem dlaczego przebyła tylko taką krótką odległość po swoich zakupach.

Niemal bezwiednie ruszył w jej stronę. Przyciągała uwagę nie tylko jego; banda jakichś młokosów zaczęła obrzucać ją śnieżkami. Obróciła się gwałtownie, chcąc uniknąć kolejnych ciosów. Należeli do najprawdziwszych debili, bo nawet on widział, że sprawiało to jej ból. Jak można było być tak okrutnym?

Zanim zdążył podbiec, kolejna śnieżka okazała się nad wyraz celna. Runęła jak długa, tym razem uderzając głową prosto w zamarznięty, oblodzony chodnik. Dzieciaki przestraszyły się, nagle rozumiejąc do czego to doprowadziło, i rozpierzchły się w popłochu. Wyciągnął telefon zanim do niej dotarł. Leżała w nienaturalnej pozycji, a śniegowa breja przenikała przez ubranie, lecz bał się ją ruszyć. Nie chciał sprawić więcej bólu, albo uszkodzić coś.

Nie było tak źle, z ulgą skonstatował na kilka chwil przed przyjazdem karetki, bowiem otworzyła oczy. Szaro niebieskie spojrzenie z trudem skupiło się na nim. Wstrząs czy też szok na chwilę zamigotały, zmieniając jak w kalejdoskopie jej spojrzenie praktycznie do lodowej szarości. Zafascynowany wpatrywał się w nią, dopóki nie został zmuszony ustąpić miejsca sanitariuszom.

Nigdy nie widział czegoś takiego wcześniej. Było w niej coś znajomego, ale nie potrafił określić co – a przecież miał doskonałą pamięć. Cisnął torbę z piekarni na przednie siedzenie i podążył za karetką. Może mógł dopomóc losowi. Doprawdy, szkoda, by tak genialny tyłek się zmarnował.

**

Jak większość się domyśla dzięki zakończeniu, to opowiadanie doczekało się kontynuacji opowiadającej historię współczesnego Damona i Danieli. Nie zabrakło w nim również retrospekcji do życia Danieli dwa wieki wcześniej.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *