Chaos i masakra (8)

Chaos i masakra 8.

„Pamiętam, że lekarze byli czymś bardzo zdziwieni.” Sławek przytaknął. Siedzieli w restauracji, jednej z tego rodzaju gdzie można było być pewnym prywatnej rozmowy, a jednocześnie rachunek przyprawiał o chęć prywatnej rozmowy z szefem sali. Czekali na danie główne, a Lena przez dwie przystawki opowiadała o sytuacji z siostrą. To co mówiła, było przerażające ale nie niezwykłe. Już wcześniej przeprowadził własne śledztwo, i doszedł do prostej konkluzji dotyczącej Danieli Krokowskiej, że pozory bywają bardzo mylące. I pewnie nie był pierwszym, który do tego wniosku doszedł.

Wyglądała jak przeciętna Polka, zachowywała się pozornie jak szarak, nawet zawodowo nie starała się wybić… a mimo wszystko, pod całą grubą warstwą pozorów ciągle natykał się na coś zaskakującego lub szokującego. Lena taka nie była. W przeciwieństwie do siostry, nie miała gigantycznych sekretów i pewne jej zachowania potrafił przewidzieć. Podobało mu się to. Nie lubił zmienności, ani zbyt wielu sekretów u kobiet. To zawsze źle się kończyło.

Daniela Krokowska nie należała do osób zmiennych, ale była gorsza niż zmutowana cebula hodowana pod Czarnobylem. W pewnym sensie była niebezpieczna, zwłaszcza jako przeciwnik, ale zapewniała także lojalność, bezpieczeństwo i dyskrecję tym o których dbała. Rasowy przestępca, a nie chodząca na sznurku przepisów księgowa. O tyle trudno było się przed nią zabezpieczyć, bo nikt nie był wstanie zrozumieć co dymi pod tą blond strzechą.

Szopę na głowie to miała zapewne od nadmiaru impulsów elektrycznych, które produkował nadaktywny mózg. Blondynkowate ADHD.

Oprócz oczywistego, ciężko było skumać o co jej chodziło, biegało i skakało także. Lenę bardzo martwiły zmiany w osobowości siostry, ale i przerażały fizyczne zmiany które w normalnych okolicznościach nie mogły zajść w ciągu tych kilku miesięcy nieobecności we Wrocławiu. I głównie one martwiły Krokowską, jako żywy dowód na fakt, że siostra przed nią coś ukrywa, i to jest duża rzecz. Miały silną więź; musiał nieźle uwierać brak zaufania ze strony młodszej.

„… i jeszcze ta sprawa z jej oczami. Lekarze pytali mnie specjalnie, nie wierząc iż obecne wyniki i te sprzed roku należą do tej samej osoby. Dopiero kiedy ściągnęli jej poprzedniego lekarza prowadzącego, zajrzeli do bazy, uwierzyli nie wierząc że to możliwe.”

„Nic nie wiem o sprawie.” zainteresował się.

„Wyniki są nieprawdopodobne. Daniela miała… drobną dolegliwość, niedużego guza w okolicach nerwu wzrokowego. Od lat, nie było groźne, co parę lat sprawdzała stan. I nagle, kiedy ją badali przed jeszcze moim przyjazdem do Wiednia, wykryli ogromne problemy ze wzrokiem. Ze względu na skalę obrażeń, liczne urazy głowy, bali się czegoś zupełnie innego i jeszcze groźniejszego. Obrzęk mózgu ustępował, to guz uciskał nerw wzrokowy. Chirurg, który ją operował, zapisał w dokumentacji medycznej, że taki guz rośnie zwykle co najmniej 10 lat, w warunkach nie leczenia go. Nawet prosili mnie o zgodę na opisanie przypadku w literaturze, ale zbytnio martwiłam się o Danielę, żeby zawracać sobie tym głowę.”

„Bardzo rozsądnie.” pochwalił, gorączkowo przetrawiając nowe informacje. Wiedział, że parę rzeczy jej zoperowano, ale o tym drobiazgu ani słowa.

„Dobija mnie to. Musiała na coś być wystawiona, narażona, nie nawet przez to dziwne porwanie, ale już dużo wcześniej. Dani ani myśli mi powiedzieć, co do cholery robiła w Austrii, co dopiero takie szczegóły… A może bywała tam wcześniej wielokrotnie, tylko my nic nie wiedzieliśmy? Z kim zadarła? I jeszcze Linz…”

„Linz?”

„Austriackie miasto.”

„No tak. Przewieźli ją ze szpitala w Linz do Wiednia. Co jest niepokojącego w tym?”

„Bo to miasto naszego pochodzenia i wątek łączący nas z Austrią. Dwieście lat temu, Lena von Wittenberg wyniosła się stamtąd wraz z ojcem, zmienili nazwisko około 1850 roku i osiedlili się na stałe w Wielkiej Brytanii. W rodzinie przechowujemy pamiętnik, rozpoczęty przez jej matkę, i potem nią samą. Daniela, imienniczka, dostała go miesiąc przed zaginięciem.”

„Przeczytała go?”

„Nie wiem. Jest po niemiecku; przez ostatnie lata prawie go nie używała. Ktoś mógł go przetłumaczyć… i chyba to zrobił. Widziałam na własne oczy powielenie pewnego wzoru w zostawionych przez nią dokumentach.”

„Co w nim jest?”

„Wielka rodzinna telenowela…” uśmiechnęła się pod nosem. Kelnerzy zaczynali podawać główne danie. Przez chwilę więc rozmowa zatrzymała się przez nich, a potem ich głód.”Głównie jest o historii rodzinnego konfliktu, każdy potomek Krokowskich ma prawo otrzymać go na rok przed trzydziestką, i każdy ma tyle czasu by zgadnąć co w nim jest zakodowane. Nie pytaj, nikt nie zgadł dotychczas.” wzniosła spojrzenie ironicznie „Do tego sporo ciekawostek społecznych i biznesowych z tamtego czasu, a nawet kilka pełnych irytacji i złości historii o tym, jak Daniela von Wittenberg próbowała zarządzać własnym majątkiem bez pomocy męża. Nie, nie byli w konflikcie, otoczenie ją denerwowało, to była bardzo niezależna kobieta i najwyraźniej darzona bezgranicznym zaufaniem przez męża. Zdecydowanie urodziła się w niewłaściwym stuleciu. Moja siostra jest jej imienniczką, bo jest do niej podobna niczym klon. Rodzice nie mieli pomysłu na imię, a z czasem okazało się trafne – mają podobne charaktery.”

„Ta Wittenberg miała coś wspólnego z prawnikiem, u którego byliśmy?”

„A… tak.” przytaknęła po zastanowieniu się chwilę „Zdaje mi się, że tak, to jedna z kilku gałęzi potomków Karola, stryja Leny. Dosyć dalekie pokrewieństwo, i na pewno o tym nie wiedzą. Bo konflikt w rodzinie był o tym, że Karol nie akceptował bratowej, a potem miał dużą chrapkę na jej pieniądze. Tak się pokłócili, że brat zerwał z nimi kontakt i już więcej się do siebie nie odezwali. Lenę wykreślono z rodzinnych zapisów krewnych i tak odeszła przez nich w niebyt.”

„Rodzina, kim byśmy bez nich byli…” skomentował „W jakie nazwisko przekształcono Wittenbergów?”

„Krokowscy.” odpowiedź była prosta „Z siostrą nosimy nazwisko mamy po jej rozwodzie; co do Leny Krokowskiej, idąc za niekonwencjonalnym duchem matki, urodziła pozamałżeńskiego syna. Naszego praprapradziadka. W zasadzie do czasów dziadka, byli sami jedynacy w rodzinie. Cud, że nie wyginęliśmy.”

~ * ~

Czuła ból. Nic niezwykłego, przez ostatnie miesiące głowa częściej ją maltretowała. Zwalała to jednak na chorobę i problemy ze wzrokiem. Dziewiętnastowiecznym chirurgom wolała nie powierzać swojego mózgu. Znając jej szczęście, pewnie by sknocili prostą dwieście lat później operację.

Tym razem jednak ból był niezwykły, tylko dlatego, że nie bolała jej głowa. Właściwie, bolało ją wszystko oprócz głowy. Nie mogła nawet jęknąć z bólu, nie czuła się na siłach. Każda kosteczka i mięsień w jej ciele były źródłem maltretującego, przeszywającego kłucia. Odruchowo sięgnęła obok, do ciepłego, stałego ciała Damona, zanim do głowy nie dotarła trzeźwa myśl. Była wdową od kilku tygodni. Nie było żadnego ciepłego ciała obok niej do pocieszenia, nie objęłyby jej żadne ramiona, kojąc w bólu. Damon nie żył, a ona była sama.

Mimo to na coś jej dłoń się natknęła. Z wysiłkiem otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie. Jasność wokół oślepiała. To przecież nie jest niebo… prędzej piekło. Nawet na czyściec nie zasługiwała. Przez lata zdążyła złamać prawie każde przykazanie katolickiego kościoła.

Długie minuty zajęło jej przyzwyczajenie się do światła wokół, albo ktoś poszedł po rozum do głowy, w każdym bądź razie po pewnym czasie udało się jej trochę dojrzeć, co było wokół. Serce stanęło jej ze strachu. Jeśli to jest czyściec, nie chcę myśleć, czym byłoby piekło

Leżała na wysokim łóżku, a obok siedziała Lena. Młoda Lena. Trzydziestoletnia mniej więcej. Przełknęła ciężko i zmusiła wzrok by rozróżnił inne obiekty. I z każdym kolejnym przerażenie wzrastało. Leżała w szpitalu, współczesnym szpitalu dwudziestego pierwszego wieku.

Wróciłam do swoich czasów, to była jedyna myśl w jej zmaltretowanej głowie, która zdawała się jasna i bolała mocniej niż jakiekolwiek urazy, których doznała. W szoku cofnęła się od dotyku siostry, czując jak coś pali ją w gardle.

Nie… chcę tam wrócić, nie chcę tu być! Wrzasnęła w myślach, ale nic to nie dało. Leżała na szpitalnym łóżku przytomna przez następne godziny, ignorując wszystko co działo się wokół. Nie potrafiła tego zrozumieć, ani przyjąć.

~ * ~

„Dzisiaj będę to drukować i spinać pod względem logicznym….” Daniela westchnęła do siebie; siedziała na swoim łóżku w niedużym mieszkaniu we Wrocławiu i usiłowała objąć rozumem całą historię która musiała się wydarzyć podczas jej „kilkudniowej” nieobecności. Przychodziło to z trudem, mimo że minęły tygodnie odkąd przerażona Lena była świadkiem jej pobudki w tym świecie. A przecież pamiętała co innego, jej ciało też. Pamiętała ponad dwadzieścia lat u boku Damona, nie poznawała własnej młodej twarzy w lustrze ani oczu które nie potrzebowały wspomagania. „Chociaż trudno w tym doszukiwać się jakiejkolwiek logiki. Ten facet z banku, Tomciu, to chyba nie miał w dzieciństwie misia…” dumała, ale jej umysł tak naprawdę dumał nad przewrotnością losu. Niestety musiała uporać się z problemami występującymi tu i teraz, niezależnie jak trudne się to teraz zdawało.

Przed nią i siostrą piętrzył się stos papierzysk, które bank głównie naprodukował. Odpowiedź prawników była krótka, treściwa i lakoniczna. Elegancki, gładki papier z kancelarii był wspaniałym kontrastem do biurowego produktu oddziałów Aspiro.

Bosz, już kochała tego prawnika. Zatrudniłaby go u siebie, żeby odpapierzył jej życie.

I parę drzewek przy okazji by przeżyło!

„Nie przesadzaj, nie jest tak zły.”

„Zły czy nie, ma coś nie teges z psychiką.” westchnęła ponownie. Przynajmniej się dotleni, chociaż może nie, bo ilość drzewek która poszła na przemiał przez tą sprawę musiała imponująco zwiększyć miejskie zanieczyszczenie powietrza.

Ciekawe, czy mogła wrzucić w koszty sponsoring dla spółdzielni kilku krzaczków pod bloczkiem?

„Za odszkodowanie mogłybyśmy spłacić kredyt… tak przynajmniej mówił prawnik, że tą kwotę spokojnie uzyskamy. Chociaż wiesz, to prawnik i z chęcią wziąłby za to prowizję.”

Kredyt… jej umysł na moment się zaciął. Trudno było przestawić się z pozycji bogatej baronowej na szaraka zależnego od kaprysów pracownika jakiegoś banku. Naprawdę, coś musiała zrobić. Inaczej straci kompletnie kontakt z rzeczywistością!

„To Wittenberg, o ile mi wiadomo, w tej gałęzi rodziny za darmo swojego czasu nie oddają. Sprawdzę to, nie musisz mnie przekonywać do przekopywania się przez tą stertę.” jęknęła „Potem porozmawiam z domniemanym cudotwórcą. Notabene, mówiłaś że załatwiał sprawę spłaty karty kredytowej. Nie mogłam doszukać się dyspozycji…” przypomniała sobie o tym drobiazgu.

„Nie znam szczegółów, wiem tylko że dyspozycja była najpierw z rachunku oszczędnościowego i więcej nic nie robili.”

Można się załamać. I co ja na tej podstawie mam wiedzieć?

„No nic, dodam do listy pytań. Długiej… Ciekawe, gdzie kupują ten papier firmowy…”

Przypominał trochę stary papier, produkowany daaawno temu. Taki, którego używała do własnej papeterii, pisząc tony listów do Leny mieszkającej pod Hamburgiem.

„Nawet nie masz drukarki!” Lena roześmiała się. Miała wrażenie, że coś jeszcze chciała powiedzieć. Coś innego – ale to szybko minęło wraz z zanikającym śladem wahania.

Dobrze było być nieźle poinformowanym w każdej sytuacji, jednakże od momentu powrotu miała wrażenie, że rozmawia z obcą osobą. To była paranoja, nic innego bo Lena nie mogła nagle zmienić się w ciągu jej skoku. Zmieniła się głównie sama, a i Lena z poprzedniego życia była już inną osobą… nie wspominając, że niemal dekadę zamężną nim ponownie się znalazły. Czasem tęskniła za poprzednią wersją Leny. Dobrze było nie być ciągle tą odpowiedzialną, móc pozwolić sobie na luksus popełnienia błędu i świadomość, że w razie czego ktoś czuwa i to naprawi.

Wrzuciła papiery do kartonu. Przejrzy tą stertę później; jak tylko siostra ją zostawi na dłuższą chwilę miała co innego do zrobienia. I musiała sporo na to czekać, bo dopiero następnego ranka została sama, kiedy Lena wyszła nie wiadomo gdzie i nie wiadomo w jakim celu. Odpaliła laptopa i zaczęła przekopywać się przez oficjalne rejestry austriackich obywateli. Sporo archiwów było na szczęście scyfrowane i można było je przeglądać za niewielką opłatą.

„Drzewo genealogiczne dla ubogich…” prychnęła. Ale po dwóch godzinach miała już niemal wszystkie dane, które mogła ściągnąć. Z pięciu bratanków i trzech bratanic, zawieruchy dziejowe przetrwało tylko potomstwo trójki z nich. Dwie gałęzie nadal nosiły rodowe nazwisko, obie miały podwójne obywatelstwa. Trzecia gałąź wyemigrowała do Ameryki Południowej podczas I wojny i rejestry nie zawierały o niej żadnych więcej informacji.

Gałąź austriacko-polska przyciągnęła jej uwagę natychmiast. Wyglądało na to, że Wittenbergowie zachowali zwyczaj wybierania sobie małżonków różnej narodowości, i to równie zamożnych. Przetrwali na górze drabiny społecznej. O ironio, obecne pokolenie składało się z braci, Karola i Damona. Środkowy, Michał, zszedł z tego świata kilka lat temu.

Los bywał złośliwy, nawet jeśli imię Damon ten człowiek dostał po swoim amerykańskim dziadku. Wujek Google podpowiedział, że prowadzili kancelarię prawną, całkiem blisko i mogła się założyć o własną rękę, że pewnie Lena poszła do nich z problemem bo byli spokrewnieni, a nie dlatego że byli nieźli w swojej profesji. I pewnie ten cudotwórca bankowy był ich kuzynem dziesiątej wody… Pełna złych przeczuć, odszukała zdjęcia i niemal spadła z kanapy.

Pokój zawirował, zrobiło się dziwnie gorąco. Czy to był jej Damon?

Nie, to niemożliwe.

Ale tak samo były podróże w czasie i stanie się własnym protoplastą. Biła się myślami sama z sobą przez całe popołudnie.

W końcu, zirytowana własnymi nerwami, wzięła się za przekopywanie sterty papierzysk pełnych bankowego bełkotu. Doprawdy, zadziwiające, co mógł komuś w życiu spieprzyć brak misia.

~ * ~

Z lekką konsternacją wpatrywała się w jedną z ostatnich stron wiekowego dziennika. Własnego dziennika, najwyraźniej.

To była kopia zabezpieczenia jej haseł i numerów bankowych, które zostawiła Lenie.

Tylko numery kont na matrycy były inne, na pewno nie w formacie obecnych. Czyżby coś z lat, które pamiętała przez mgłę albo z lat z Damonem? Była na tyle złośliwa, że zostawiła wiadomość w dzienniku tylko dla siebie?

Każdy Krokowski miał otrzymać dziennik na rok przed swoją trzydziestką, by spróbować odszyfrować dziennik. Ale odszyfrować co? To była tylko przykrywka? Po co zapisywała numery kont i hasła do nich, w sposób znany jej w dwudziestym pierwszym wieku? Przecież przez dwa stulecia musiało to przepaść… albo ktoś to mógł odcyfrować.

Dawniej mieli konta w Szwajcarii, ale szczerze wątpiła by przetrwały dwie wojny, dwa stulecia i zachłanność potomków Karola szukających pieniędzy z zaparciem świnki głodnej trufli. Musiała zapytać po rodzinie, co dokładniej głosiły historie o przeszłości… zwłaszcza że bardziej od kont bankowych interesowały ją skrytki… W jednej przechowywała naszyjnik od Damona – ślubne turkusy i inne rodzinne pamiątki. Nie chciała, by trafiły w obce ani zachłanne ręce.

Leny nadal nie było na horyzoncie, odszukała więc dosyć szybko adres i stronę banku. Nadal istniał. No tak, Szwajcarzy. I nie mieli oddziału w Polsce.

Skleciła maila, swoim z lekka archaicznym językiem. Lena była bez tego wystarczająco podejrzliwa wobec zmian, nie mogła jej prosić o pomoc.

„I bądź tu blondynką…” jęknęła. Autoresponder banku wypluł z siebie grzeczną formułkę zwrotną. Polscy banksterzy mogliby się tego od nich nauczyć.

Schowała pamiętniki i zabrała się za przeglądanie stosu bardziej aktualnych bankowych śmieci. Była księgową, w obecnym życiu zawodowo przeglądała, pisała i czytała tony pism, odwołań, decyzji i przeglądała miliony stron różnych dowodów. Podatkowych absurdów w ich kraju nie brakowało, ale to był top absolut najprawdziwszy.

Zapewne Tomcio bez misia musiał jechać na absolucie albo innych mózgopożeraczach, jeśli przez moment nawet sądził, że jego bełkot przejdzie.

Nawet nie potrzebowali specjalisty, by z tego wybrnąć. Chociaż też złośliwie na to patrząc, to rachunek z kancelarii Wittenbergów tylko powiększał potencjalne odszkodowanie. Na bliższą znajomość z kuzynami nie miała wielkiej ochoty, nawet ciekawość nie mogła jej do tego zmusić.

Ale nawet to zweryfikowało życie. Zmusiła ją potrzeba.

~ * ~

„Potrzymaj…” Irena wcisnęła mu jedno ze swojego stadka, ignorując wszelkie protesty. Skrzywił się z niechęcią. Na szczęście młody, którego równie szczęśliwie nie był chrzestnym, był zbyt mały by rozpoznać co myśli o nim tymczasowy opiekun. Zagruchotał szczęśliwie, widząc znajomą twarz. Ostrożnie ułożył szczęśliwego dzieciaka na fotelu, ale natychmiast spotkało się to z ostrym protestem. Zaklął.

„Brzydkie, brzydkie, brzydkie…” drugie z kolei radośnie oznajmiło rodzinie, obtańcowując ich ze wszystkich stron. Westchnął z typową rezygnacją faceta zesłanego do damskiego świata. Jego bratankowie i bratanice byli jedynymi dziećmi, które naprawdę tolerował i nawet lubił. Większość jawiła mu się jako rozwydrzone bachory, a metody na ich uspokojenie tajemną wiedzą kobiet, ale rodzina była rodziną. Mali Wittenbergowie potrafili skruszyć jego cierpliwość byle rykiem, to nie powiedziałby złego słowa na nich.

W końcu to była kontynuacja jego rodziny, i jeśli Bóg będzie mało łaskawy, jedyni spadkobiercy. Na swoje nieszczęście, jego bratowa należała do tego rodzaju kobiet, które przez oswajanie z dziećmi rodziny usiłowały nakłaniać do posiadania własnych. Nie docierało do niej, że w tym przypadku po prostu zniechęcała go i utwierdzała w decyzji, którą podjął lata temu. Nie chciał mieć własnych dzieci.

O i ile Karol był dzieciomaniakiem i ich hurtowym producentem, to on sam był jego przeciwieństwem. Posiadanie dzieci zupełnie go nie pociągało, rzecz najzupełniej normalna dla niego była niezrozumiała dla większości społeczeństwa, w tym jego przyjaciół i rodziny. Szybko nauczył się trzymać buzię na kłódkę i unikać pewnych sytuacji.

Dochodziło czasem do zabawnych sytuacji, kiedy różnej maści panie „reklamowały się” jako lubiące dzieci. Biedaczki, zupełnie nie zdawały sobie sprawy, że w ten sposób przegrywały w przedbiegach.

Naprawdę, nie chciał pewnego dnia obudzić się obok żony ziejącej jadem z powodu pustego dziecinnego łóżeczka. Nie mogła więc to być także kobieta, której niechęć do dzieci była wyłącznie wolą lub wynikiem urazu. Zawsze przecież mogła zmienić zdanie albo pójść do psychiatry.

Cholernie zawężało to rynek, musiał sam przed sobą przyznać już dawno. Większość towarzystwa oczekiwało przez małżeństwo jakiegoś sojuszu i korzyści, które przejdą na dzieci. Zresztą, nie bardzo mu się chciało żenić z powodów dynastyczno-finansowych, szukał czegoś zupełnie odmiennego niż brat. Nie chciał spędzać życia obok osoby, którą bardziej od niego interesowała pozycja, którą jej zapewni i pieniądze do cieszenia się nią… Chociaż małżeństwo Karola i Ireny pod pewnymi względami było udane, to miał pod nosem żywy przykład do czego prowadzi słuchanie rodziny i przyjaciół w ważnych życiowych kwestiach.

Tylko, że w środowisku, w którym się obracał, jego poglądy separowały go. Nie bez powodu trzymał buzię na kłódkę, a skoro nawet nie było osoby która zrozumiałaby jego myślenie, to gdzie u licha miał szukać? Zaczynał wpadać w lekko depresyjną irytację. Doprawdy, czy wymagał aż tak wiele? Nie chciał miseczki E pomieszanej z inteligencją Einsteina, ale normalnej osoby, która nie leciała na kasę i jednocześnie była w stanie obyć się bez dzieci.

Normalnie wymagania jak z Księżyca… kpił Karol. Zresztą, brat doskonale wiedział, co mu po głowie chodziło, bo to on sam cztery lata temu po zabiegu opierniczał go tak, że pół Wrocka słyszało. I był jednym z niewielu ludzi, którzy wiedzieli czego chciał od osoby, z którą spędziłby życie – Karol był jedynym, z którym o tym mógł porozmawiać otwarcie, bo chociaż jego wybory życiowe były odmienne, to przyjmował inne bez zastrzeżeń i nie ciskał w błoto tylko dlatego, że są inne. Może mu tak naprawdę zazdrościł, samej swobody i możliwości decyzji – jako najstarszy z braci miał wyreżyserowane życie od kołyski i podejmując samodzielne decyzje pewnie ułożyłby sobie życie inaczej. Dotyczyło to także kobiet. W życiu Damon nie przyznałby się bratowej, dlaczego tak naprawdę Karol skacze z kwiatka na kwiatek, starał się za to kryć starszego i od czasu do czasu łagodzić gniew bratowej. Sytuacja przypominała niemal ideał, bo uczynny braciszek nie miał ambicji rodzinnych jak Irena i nie podsuwał mu żadnych lali, ale od czasu do czasu ostrzegał przed jakimś nazbyt romantycznym i prorodzinnym elementem.

Paulina należała do ewenementu i elementów należących do koszmarnej kategorii „kuzynek koleżanek”. Doprawdy, skąd one je brały? Większość znajomych potrafiła prędzej się rozwieść niż zaprzestać swatania go z wyrzutkami po selekcji w trakcie studiów. Większość płci żeńskiej, należało dodać.

Same zainteresowane także nie ustawały w wysiłkach, tak że stawało się to obrzydliwe. Przy Paulinie zaś… obsesyjne. Ubzdurała sobie najwyraźniej, że zostanie kolejną panią Witteneberg, albo przynajmniej kochanką zamożnego prawnika.

Dzięki tej kobiecie pożałował, że nigdy nie uderzył kobiety… Chociaż pewnie i meteoryt nie zdmuchnąłby jej desperacji i myślenia, że wszystko „się należy”. Ukrywał się tego popołudnia u bratowej, bawił dzieciaki, bo Paulina chyba przekupiła sekretarkę i znała lepiej niż on sam harmonogram wszystkich jego wyjść.

„Powinieneś się w końcu przyzwyczaić… w końcu to nie wiedza tajemna.” Irena śmiała się od progu. Przyczłapała do kanapy i ostrożnie siadła. Kolejna ciążą mocno utrudniała poruszanie.

„Do czego? Wrzasku dzieci czy faktu, że nie umiem się nimi zajmować?” wręczył jej mały wrzeszczący tobołek, który natychmiast zaprzestał żałośnie zawodzić niczym potępiona dusza, która uciekła z planu Supernatural.

„Że Wittenbergowie wolą obecność ciepłego, żywego ciała niż zimną, pustą kanapę.”

Wolał nie wnikać, skąd się jej to wzięło, ale znając życie trafił w sam środek jakiejś małżeńskiej kłótni.

„Przed kim dzisiaj uciekasz?”

„Paulina.”

Skrzywiła się z sympatią. Również nie lubiła dziewczyny, której pretensje do świata były wręcz legendarne. Niestety, kończyły ten sam hermetyczny kierunek studiów i czasem niezmiernie trudno było nie wpaść na starą znajomą.

„Może stęskniła się za tobą? Dawno już nie stanęliście twarzą w twarz….”

„Chyba jak mokry chomik usychający na patelni… za moimi pieniędzmi.”

„Oj, nie narzekaj już tak. Mogła trafić się gorsza, ta przynajmniej szczerze wali prosto z mostu czego chce…”

„Zły target wybrała.”

„A ilu wolnych, bogatych kawalerów znasz we Wrocku?”

„Jestem najmłodszym synem, nie pamiętasz?”

„Trucie… W polskich warunkach jesteś bogaty.”

„Bo nie wydaję. Nie mam na kogo.” przytaknął, robiąc minę zbitego psa. Pogłaskał małego bachorka po główce, co skutkowało następną falą ślinienia i radosnego gruchotania. Dawało to złudne wrażenie, że dzieci są proste w obsłudze.

„Uważaj, bo jeszcze dorobisz się własnej gromadki i zaczniesz jęczeć, jak ją utrzymać.”

„Zostałaś zmutowaną żeńską wersją Karola?” zażartował.

„On sam ma wystarczająco dubli, nie potrzebuje mnie do tego.”

„Myślałem, że chciałaś jeszcze ze dwójkę?”

„Mówiłam o Karolu, nie o sobie.”

Kuźwa. Nie znów. On chyba nigdy nie oduczy się sypiać z obcymi po pijaku, a potem żałować że się nie zabezpieczył.

„Przysięgam, czasem mam ochotę go wykastrować.”

„Naprawdę tak źle?”

„Katastrofa. Nie, nie powiedział, ale wczoraj przyszło zawiadomienie na moje nazwisko. Wzywają mnie na świadka, i to matka. Wyobrażasz sobie?” parsknęła.

„Sprawa o ustalenie ojcostwa, to nie tak źle… Ale skoro cię mamuśka chce na świadka, to dziecko jeszcze się nie urodziło. Inaczej w życiu by nie zaryzykowała. Na co by liczyła?”

„To prawda, to dopiero siódmy miesiąc wg źródła.”

„Szybka jest.” zadumał się. Musiała złożyć pozew dawno. Dziwne było tylko, że Karol nie przyznał się żonie. Stanowili zjednoczony front pod tym względem, gdyż każde kolejne dziecko Karola oznaczało mniej dla ich wspólnych… i możliwość rozwodu. Wbrew zewnętrznym pozorom, miał głębokie przeczucie, że Irena bardzo rozwodu się bała, chociaż logicznie rzecz biorąc to ona miała formalne przesłanki do rozwodu. Cała ta sytuacja tylko udowadniała, że nie rozumiał kobiet i nawet nie próbował.

Zapowiadało się więc, że utnie sobie weekendową pogawędkę z bratem. Wcale się na nią nie cieszył. Ani trochę, bo i nie było z czego się cieszyć.

Musiał sobie w końcu ułożyć prywatne życie, zamiast uczestniczyć w czyimś. O ile oczywiście Kowalski nie kropnie go po drodze za opieszałość sądu w wyznaczaniu daty rozprawy Krokowskiej.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *