Chaos i masakra (7)

Chaos i masakra 7.

Wrócili na plebanię po północy. Dzień był wyczerpujący, ale miała poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Adrenalina i wściekłość nie buzowały już tak we krwi. Służba pospiesznie przyniosła im zimną kolację, zjedli w milczeniu nie chcąc rozwodzić się o sprawie.

Uważała ją za zakończoną. Cokolwiek teraz roiło się w głowach ludzi, to już nie był jej problem.

Nie miała najmniejszej ochoty na kontakty z sąsiadami, odmówiła nawet przyjęcia pani Brush – niewątpliwie przybywającej z gałązką oliwną, ku zgryzocie pastorowej. Panna Mary pewnie ostrzyła sobie język, obmawiając nowych rezydentów na włościach. Niezbyt fortunnie wprowadzali się do tutejszego towarzystwa, każdy to przyznawał.

Nie minęło wiele czasu, a usłyszeli o wyjeździe państwa Brush. Plotki w parafii ucichły, chociaż niejedni z wielką uciechą powtarzali historię o upokorzeniu nowobogackich. Ludzie potrafili być złośliwi i z chęcią ściągali w dół każdego, kto wg nich wybił się przed szereg.

Fox ucichł, nie miała od niego żadnych informacji i coraz bardziej martwiła się tym, o czym nie miała informacji. Żaden sen jej nie pomógł w znalezieniu rozwiązania, chociaż parę drobnych wspomnień wróciło. Pamiętała już jak wyglądała rzeczona Rachel, Karol i umiała skojarzyć imiona ich dzieci z obrazem twarzy. Najstarszy bratanek był niewiele młodszy od Gene i przygotowywał się do studiów od jesieni. Pozostałe dzieci nie były zbyt ciekawe ani nie wyróżniały się niczym ponadprzeciętnym. Ot, zwykle małe baronówny i gromadka ich braci.

Zostawiła w domu służbę i nieco martwiła się o nich. Ale na wypadek licznych swoich wyjazdów, zaangażowała miejscowego prawnika do obsługi ich wypłat. Niewiele pieniędzy miała przez niego zainwestowanych, dodała trochę akcji wiedeńskich przedsiębiorstw, które wypłacały ładną dywidendę. Dochody z tych inwestycji pozwolą utrzymać dom podczas jej nieobecności i zapewnić byt tym ludziom. Niewiele o nich pamiętała, ale także niewiele osób zatrudniała. Pamiętała dosyć młodą kucharkę, którą przyjęła z dworskiej kuchni Wittenbergów (wcześniej była pomocnicą dworskiego generalismussa kuchni), przez mgłę własną pokojówkę razem z kilkoma historiami jak doskonale potrafiła być dyskretna i jeszcze dwoje innych ludzi, którym nie potrafiła przypisać żadnej funkcji, ale którzy pomogli jej tamtej strasznej nocy z mdlejącym Damonem.

A przecież byli i ci, których zamierzała bądź już najęła do domu w Linz… czy o nich też zadbała?

Odpowiedź nadeszła nadspodziewanie szybko. Dwa tygodnie po rozprawie z młodym pankiem, na plebanii zjawił się gość. Starsza kobieta wyglądała bardzo nobliwie, ale budziła także sympatię po pierwszym spojrzeniu. Miała za sobą bardzo długą drogę i przesyłał ją nie kto inny, jak Karol von Wittenberg. Była jej pokojówką, co sama potrafiła stwierdzić, i to nadzwyczaj lojalną.

Cokolwiek by nie mówili o jej szwagrze, potrafił trzymać buzię na kłódkę. Nowo przybyła ucieszyła się z powrotu na służbę do swojej pani i dostarczyła tony informacji o rodzinie i plotek o rodzinnej awanturze związanej z ich ślubem. Ale nadal nie wiedziała gdzie był Damon i to zaczynało spędzać jej sen z powiek. Bała się śmiertelnie, że została wdową zanim zdążyła na dobre być mężatką.

Karol w tajemnicy przekazał Sarze informacje o ich ślubie (podobno sam był świadkiem na nim, czego niestety nie była w stanie samodzielnie potwierdzić, gdyż jej pamięć pobytu w Londynie gdzie miał wcześniej odbyć się ślub, była dosłownie zerowa), więc kobieta przywiozła szczere gratulacje od wszystkich pracowników. I tak doskonale wiedzieli o ich trwającym lata romansie, nie było szans na ukrycie tego. Nie widziała powodu, dla którego nie cieszyliby się z ich ślubu, więc podziękowała z głębi serca.

Wyglądało na to, że odzyskiwała tożsamość… nie cieszyło ją to ani trochę, cóż bowiem znaczyło samo nazwisko? Nic. Inni mogli twierdzić, że wszystko – ale byli w błędzie.

~ * ~

Następny list od Luizy był niesamowitą niespodzianką. Zawierał więcej pytań i wykrzykników, niż zdołał pomieścić niewielki liścik. Skonfundowana wpatrywała się w zapisany papier, głowiąc się co to miało znaczyć, dopóki nie uświadomiła sobie na jakiej papeterii wysłała do niej ostatni swój esej i parsknęła śmiechem. Biedna Luiza.

Rodzina Longbottonów nie wracała na wieś, zdecydowali się zostać w Londynie. Lady Longbotton bardzo źle się czuła, wdała się wysoka gorączka i z niepokojem oczekiwali na werdykt losu, kiedy lekarze nie mogli już pomóc. Małą lady odseparowano od matki, co wcale nie było pocieszeniem dla niej ani dla pozostałych członków rodziny. Nazywała głupcem jej męża, ale też nie potrafiła mu nie współczuć. Nietrudno było pojąć, co w jego głowie się teraz telepało. Bezsilna złość wobec losu mogła zaowocować każdą głupotą i ignorowaniem jakichkolwiek innych spraw niezwiązanych z chorobą żony. Diabeł zacierał ręce, Cedrick Longbotton ze swoją żoną zapewne także nie rozpaczali.

Chociaż śmierć obecnej lady Longbotton tymczasowo oddalała groźbę spłodzenia kolejnego potomka, to zawsze istniało niebezpieczeństwo że ponownie się ożeni po upływie wymaganego okresu żałoby. Mogła się przy tym założyć, że Cedrick będzie torpedował każdą taką próbę, a jeśli nawet się jego brat ponownie ożeni niewielkie miał szanse na syna. Jak wieść gminna niosła, żadna bowiem z jego kochanek nie poczęła z nim dziecka. Jedynymi potomkiniami były trzy córki, które miał ze swoją żoną.

Przynajmniej to było pociechą biednej kobiecie. Ale niewielka to pociecha na łożu śmierci. Nie wiedziała co dolegało Jej Lordowskiej Mości, o chorobach publicznie nie rozprawiano, nie wiedziała więc jak realne było zagrożenie. Lady Dunar naturalnie pospieszyła do łoża matki, i należało odebrać Gene. Zaoferowała pastorowi, że sama to uczyni. Zaaferowany jakimś przedsięwzięciem parafialnym zgodził się bez trudu.

Nie była nigdy jakimś specjalnym gościem w domu Longbottonów, lecz już od pierwszego kroku w progu czuła żałobę przenikającą atmosferę domu. Naturalnie nikt jeszcze nie nosił żałoby po żyjącej, beznadzieja i pogodzenie z losem na twarzach służby mówiły za to wszystko.

Śmierć ich pani była także wyrokiem na większość z nich. Pracowali i byli lojalni wobec obecnego lorda, nikt nie chciał przypaść w spadku drugiemu w kolejności synowi – lordowi Cedrickowi. Czy zasłużenie uważano go w tym domu za czarną owcę i źródło wielu nieszczęść, jakie na nich spadły, mogła ocenić osobiście. Na pewno brakowało mu taktu i świadomie ignorował zasady, nie starając się ukryć fałszywie brzmiącym współczuciem błysk chciwości w oczach. Patrzył już na ten dom jak na swoją własność. Pewnie oblicza, ile czasu jeszcze jego braciszek pożyje, pomyślała z niesmakiem oglądając go z galerii tak samo jak niegdyś służba oglądała ją. Pozostawiony sam sobie podnosił co cenniejsze elementy wystawione na widoku, przyglądając się im uważnie i mrucząc potem z aprobatą.

Cedrick nie musiał się obawiać braku spadkobierców – miał trzech synów w różnym wieku, a jego małżonka prawdopodobnie była w ciąży z kolejnym dzieckiem. Tak wnioskowała z plotek pokojówki. Bo nawet pokojówki mniej plotkowały gdy ich pani leżała walcząc o życie.

Gene właściwie zbytnio nawet się nie rozpakowywała z podróży z domostwa Dunarów. Wystarczyło więc kilka poprawek, zgarnięcie kilku bibelotów i można było zatrzasnąć kufer.

Oczekiwały tylko na wolną chwilę lorda Longbottona by mogły się pożegnać. Ale tutaj Longbotton zaskoczył je obie, prosząc gorąco by Gene została przy jego najstarszej córce przez ten krótki czas. Po listownej naradzie z pastorem Gourmandem, zostały obie. Wprawdzie lady Dunar była kobietą zamężną, a dom pełen był służby, woleli nie nadwyrężać i tak nadszarpniętej opinii Genevieve.

Lady Longbotton odeszła do wieczności tej samej nocy. Jedyną pociechą bliskich było, że stało się to w czasie snu, kiedy nie była już świadoma bólu ani gorączki trawiącej jej ciało. Longbotton zamknął się u siebie, nie dopuszczając nikogo, pozostawiając córki własnemu smutkowi. Długo jednak temu nie były pozostawione, pani Barnes bowiem, jako ochmistrzyni, zwracała się teraz do lady Dunar z prośbą o polecenia. Tyle należało załatwić i zorganizować, o tylu sprawach pomyśleć… a żadna z córek do tego głowy nie miała. Nie dane im było pogrążyć się w żałobie i smutku. Obowiązki publiczne czekały.

Jednomyślnie zajęły się z Gene tym, co wymagało wyjścia na zewnątrz i kontaktów z ludźmi, z którymi należało się skontaktować. Longbottonównom pozostawiły zawiadomienie rodziny i to, co nie wymagało wielkiego wysiłku i jasnego myślenia. A przede wszystkim trzymały je z dala od przygotowania ciała do pochówku.

Pewne obrzędy i zwyczaje niewiele się różniły od tych, które znane jej były w dwudziestym pierwszym wieku. Było łatwiej. Jednocześnie naszły ją paskudne, czarne myśli, które zwiastowały kolejne wspomnienia. Już się zajmowała pogrzebem jako córka. Co gorsza, nie czuła by to miało się zdarzyć w czasach w których żyła obecnie. Pamięć dźwięku przelatującego samolotu podczas odprawiania pogrzebu wystarczyła za wskazówkę. Nie chciała wiedzieć, czyj pogrzeb z przyszłości zapomniała. Znaczyło to, wcale nie pamiętała wszystkiego z przyszłości i jej przejście w czasie mogło odbyć się zupełnie inaczej niż sobie dotychczas wyobrażała. że Tak było łatwiej, nie myśleć o tym, przynajmniej teraz. Jeszcze ponure, czarne myśli kiedyś ją dopadną, to było pewne.

Następnego wieczoru Miriam przekazała jej, że czeka na nią jakiś gość w jednym z salonów. Przekonana, że to kolejne osoby którymi należało się zająć w związku z pogrzebem i przyszli znowu coś ustalać, z ciężkim westchnieniem podążyła amfiliadą pokoi do zielonego salonu, gdzie zazwyczaj przyjmowano gości. Zadziwiające, jak wielkim biznesem był ludzki pochówek.

Otworzyła drzwi, nie przejmując się kompletnie brakiem służby. Człowiek wyłącznie służący do tego by cały dzień otwierać drzwi – cóż za marnotrawstwo ludzkiego życia. Dla jednych było to oznaką luksusu i statusu społecznego, liczba służących w domostwie, dla niej oznaką przeżarcia społecznymi stereotypami. Ludzkie życie nie zależało wcale od losu.

Sama była tego doskonałym przykładem, potrafiła zawalczyć i podnieść się z każdej sytuacji.

Pokój oświetlało kilka kandelabrów, mimo to zamrugała nie wierząc swoim oczom. Wstrząśnięta zatrzymała się w pół kroku. Żołądek fiknął koziołka, gardło zaschło…

„Damon?”

Niemal upadła, kiedy się odwrócił – patrzył na jakiś drobiazg przy kominku. Policzki były zapadnięte, skóra nawet w świetle świec miała chorobliwy szary odcień, a eleganckie ubranie szyto kiedy miał rozmiar dwa razy wyższy. Nie miała wątpliwości, stała naprzeciwko ciężko chorego człowieka, i własnego męża, a mimo to…

W głowie miała kompletną pustkę. Nie czuła niczego, nie wiedziała czy w ogóle ma coś czuć? Nie było śladu przywiązania, które pamiętała ze swojego snu. Zresztą, to nie był sen, to była rzeczywistość, jej życie. I właśnie chyba sobie w nim poważnie grabiła, stwierdziła z przerażeniem. Damon podszedł do niej powoli, szukając swoim srebrnym spojrzeniem czegoś w jej twarzy. Niepokój odbił się także i u niego. Powoli przytulił ją. Nie opierała się… przynajmniej po pierwszej sekundzie, w której musiała stłumić odruch. Nie była przyzwyczajona by ktokolwiek ją dotykał. I że to było całkiem miłe, stwierdziwszy w drugiej sekundzie, odprężyła się. Co ma być, to będzie.

~ * ~

W głowie miała pustkę. Daniela spała, wyczerpana kilkoma godzinami przytomności. Kiedy otworzyła po raz pierwszy oczy, wyglądało jakby była w ciężkim szoku, zdezorientowana gdzie jest i co tu robi. Dopiero jej pojawienie się w zasięgu wzroku nieco ja uspokoiło, ale nie odniosła tym stuprocentowego sukcesu. O nie. Srebrno-niebieskie spojrzenie rozglądało się nerwowo wokół, z pewnym niedowierzaniem oglądając urządzenia intensywnej terapii porozkładane wokół niej.

Widać było, jakby coś przemieliło ją przez maszynkę. Przynajmniej jej głowę. Prawie się nie odzywała, przestraszona i zrezygnowana. Zniknęły te dawne iskry, nadające blask oczom. Miała ochotę zamordować tego, kto ją tak urządził. Nie zasłużyła na to. Na świecie były miliardy znacznie paskudniejszych ludzi, ich nikt nie pobił prawie na śmierć. Najgorsze było, że w ogóle nie widziała chęci wyjaśnienia. Jak zwykle, jej siostra uwielbiała zamykać się w sobie i nie dzielić prywatnymi sprawami. Czasem sama miała ochotę ją udusić!

W szpitalu potrzymali ją trzy dni, zanim zgodzili się i zorganizowali transport medyczny do Polski. Przynajmniej oszczędziła na bilecie lotniczym z powrotem, nawet jeśli rachunek za to będzie spory, mogła jej towarzyszyć i pilnować by nic jej nie niepokoiło i ludzie wokół odnosili się do niej właściwie.

Gdzieś w międzyczasie zadzwonił do niej ich adwokat, przekazując już finałowe ustalenia z bankiem i informując, że wobec odnalezienia ich zguby bank odstępował całkowicie od dotychczasowej linii. I teraz czekają na zgodę Danieli, kiedy lekarze orzekną że jest w stanie podejmować decyzje świadomie. Niewiele to zmieniało, bo i tak zamierzała pozwać ich za wszystkie problemy i bezprawne działania mające ukryć nieudolność i ich błędy do sądu. Co się nerwów przez nich najadła, w czasie kiedy jedynym zmartwieniem było odszukanie zapobiegliwej ponad miarę siostry, to było jej.

Wreszcie dotarli do szpitala we Wrocławiu, przejęli Danielę i austriacka obsługa jej podziękowała. Pożegnała ich z sympatią. W końcu to byli ludzie, którzy uratowali jej siostrę.

Dwie godziny później przyjechała ich mama. Paradoksalnie, podróż przez Polskę w budowie trwała dłużej niż ich podróż z Wiednia. Był początek weekendu, korki niesamowite, ale szczęśliwie dotarła. Zostawiła je razem, by mogły się sobą nacieszyć. Miała nadzieję, że wizyta mamy poprawi Dani humor, a sama poszła załatwiać formalności namnożone przez polskich urzędników.

Ze względu na stan zdrowia odnalezionej, było prowadzone z urzędu śledztwo. Nie wiązała z nim żadnych większych nadziei, bo jej siostra nie zamierzała współpracować z nikim w tej kwestii, nawet z własną rodziną co dopiero mówić o obcych policjantach i śledczych. Mała blondynka była nieprawdopodobnie uparta, to niestety musiała jej przyznać. Skoro jednak ten upór utrzymał ją przy życiu, nie zamierzała głośno na to narzekać.

~ * ~

Sąsiedzi nie zostali zaskoczeni informacją, iż przebywający na plebanii gość okazał się Austriaczką (chociaż tylko przez małżeństwo). Okolicę lotem błyskawicy obiegła wiadomość, że Daniela Krokowska nie nazywała się tak już jakiś czas, i że to było jej panieńskie nazwisko. Obecnie nazywała się Wittenberg, i jak głosiły wieści, była żoną młodszego syna niemieckiego barona. Pan Wittenberg był ciężko chory, co znacznie utrudniło spotkanie małżonków po wypadku. Najwyraźniej jednak bywają także życzliwi ludzie na tym świecie, gdyż adwokat Fox, osobiście zaangażowany w poszukiwania męża swojej dawnej klientki, wykonał swoje zadanie śpiewająco.

„I pomyśleć, że nie uznawałem jej za dobrą partię nawet dla Brusha…” skwitował ciężko sytuację lord Longbotton do swojego pokojowca, co szczęśliwie dla niego nigdy nie miało dotrzeć do zainteresowanej. Teraz pani Wittenberg była pożądanym towarzystwem. Nie wiadomo, czy to wspomniane dobre serce, czy usłużność Foxa szukającego kolejnego wpływowego klienta, ale Longbotton wszedł w posiadanie poufnej informacji, jaki posag wniosła pani Daniela swojemu małżonkowi. To była ciężka zniewaga dla angielskiego lorda, którego własne córki nie mogły liczyć nawet na ułamek tej sumy z rodzinnej fortuny. Być może to sprawiło, a być może wpływ nowej kochanki, jak wieść niosła, o wyjątkowo złośliwym języku, ale Longbotton zarzucił w końcu wielkopańskie maniery i przestał oceniać innych po pozorach. Z pokora przyjął lekcję od losu, która w ostateczności miała zaprowadzić go do rozwiązania najbardziej palącego rodzinnego problemu. Stało się to jednak w ciągu kilku następnych lat, i historia ta warta była własnej opowieści.

Towarzysko Brushowie byli skończeni, co przełożyło się jeszcze na pogorszenie ich interesów. Nie mieli czego już szukać w okolicy składającej się głównie z napuszonych państwa i plotkujących ponad miarę sąsiadów. Nawet pani Gourmand wróżyła Brushom, że szybko pozbędą się swojej nowej posiadłości. W tej okolicy byli skończeni. A wszystko to dzięki jej niepozornemu gościowi. Kto by przypuszczał, że przygarnięta nieznana kobieta okaże się szacowną austriacką baronową? W miarę upływu tygodni coraz mniej przypominała tego przestraszonego kurczaka, który po raz pierwszy postawił na plebanii stopę, rozglądając się trwożnie dookoła. Przeradzała się w osobę, która władała innymi i decydowała o losie innych, zamiast być w pozycji, gdzie decyzje innych wpływały na jej. Albo być może po prostu to z niej wychodziło, ukryte przez wypadek. Ludzie nie zmieniali się ostatecznie tak bardzo…

Jedno nie pasowało tylko do szczęśliwego zakończenia historii. Maż pani Danieli nie wyglądał dobrze, i wszyscy bez słuchania plotek wiedzieli, że sprawa jest praktycznie beznadziejna. Dr Janes, którego polecali Longbottonowie, starał się ostrzec młodą panią o nadchodzącym nieuchronnym końcu. Daniela Wittenberg miała jednak własne zdanie nawet w tej kwestii i nie wierzyła lekarzowi. Za pomocą Foxa sprowadziła lekarza, który pomagał jej mężowi wcześniej podczas ich pobytu w Londynie i jego krótkiej wycieczki na kontynent w celu załatwienia interesów po ślubie. Werdykt był zaskakujący, wg tego lekarza pacjent był w lepszym stanie niż w czasie, kiedy go poprzednio badał. Być może to była motywacja, wola walki teraz, osobista motywacja, kiedy w końcu po tylu latach, dopiął swego, ale faktem było – dr Rammel stwierdził, że nastąpiła wyraźna poprawa w stanie pacjenta od kiedy jego żona „się odnalazła”. To była iskra, na którą czekała.

Wysiłki, by utrzymać Damona przy życiu, zaprowadziły ją w końcu znów na ulice Londynu. Lekarze byli zgodni, że absolutnie nie powinien wstawać z łóżka i podróżować, taki wysiłek mógł go zabić. Cherlał gorzej niż jej mama w ostatnim stadium raka – co pamiętała jak przez mgłę, ale jednak – i bała się, że naprawdę dziewiętnastowieczna medycyna nie miała dla niego nic do zaoferowania. Na razie wmuszała w niego to, co znała jako naturalne antybiotyki, a niewiele tego było i na pewno nie mogły się równać produkowanym w fabrykach specjalistycznym lekom.

W Londynie było wielu lekarzy, chociaż na pewno nie tacy, których sama określiłaby mianem specjalistów. Szczęściem dla niej, z wizytą u kuzynów przebywał właśnie pewien mało znany rosyjski lekarz, którego historia niemal zapomniała. Niemal, bo mimo braku sławy za życia, to jednak jego własne badania nad gruźlicą płucną w kolejnych latach były podstawą wielu odkryć w medycynie. Musiała namówić go do zbadania Damona, a może i przedłużenia pobytu o parę miesięcy i porzucenia petersburskiej praktyki. Pewnie kosztować będzie to fortunę, lecz teraz jej sakiewka była wręcz przepełniona. To niesamowite, jakie pieniądze można było zbudować, kiedy się wiedziało gdzie uderzyć i arystokratyczne nazwisko jej wspólnika otwierało właściwe drzwi by móc wykorzystać tą wiedzę.

Sojusz z własnym przodkiem był nadzwyczaj owocny. Chociaż pewnie teraz nie będzie żadnym jej przodkiem. Szanse na dziecko były nikłe, według prostej logiki powinna przestać istnieć już dawno temu. Ale była, żyła, i jak się okazało – nie ona jedna sama w dziewiętnastowiecznej Anglii.

Londyn był wielki, nie wszystkie ulice przypominały te, które znała z przyszłości. Paskudna bieda wyzierała z niejednego zakątka – mania czystości i porządku publicznego przyszła później. Oczywiście ulice w lepszych dzielnicach wyglądały znacznie lepiej, a im większymi pieniędzmi dysponowali właściciele konkretnych rezydencji, tym lepiej wyglądały publiczne place i ulice w ich pobliżu. Niestety, lekarz do arystokracji nie należał, chociaż stać go było na kilkutygodniową wizytę u krewnych. Na pewno nie była to wizyta zawodowa, z Londynu do Piotrogrodu było piekielnie daleko nawet w jej czasach. Odszukanie go zajęło jej kilka dni, a starając się uniknąć wszelkich znajomych którzy „wzięliby sprawy w swoje ręce” i odradzaliby jej tą akcję, wybrała jeden z hoteli na obrzeżach Londynu. Daleko mu było do eleganckich placów, salonów pełnych arystokracji, ale oferował absolutnie wszystko, co za pieniądze można było w tych czasach dostać. To było miejsce dla osób, które poszukiwały także dyskrecji, jak się okazało przy kilku zdarzeniach, których była świadkiem.

Ostatniego dnia pobytu kazała Sarze spakować wszystkie rzeczy, bo dorwała w końcu lekarza i wymusiła na nim obietnicę przyjazdu do Killox jeszcze tego samego popołudnia. Bagażowi znosili pakunki, a ona załatwiała ostatnie sprawy w recepcji. Nie używała nazwiska Wittenbergów i to nie dlatego, że Rachel przewróciłaby się od razu do grobu na samą sugestię, że jej bratowa mogłaby w takim miejscu w ogóle się zjawić. Krokowska było w biznesie znacznie bardziej znanym nazwiskiem, i w przeciwieństwie do niezbyt znanej na wyspie austriackiej korony baronowskiej, dało tym razem więcej możliwości. Zaowocowało też w końcu znalezieniem nieszczęsnego Rosjanina.

Wsiadła do powozu, Sara nastąpiła za nią i ruszyły. W tej samej chwili ktoś wyszedł zza rogu budynku, i niemal go nie zauważyła. Niemal, było tak blisko… Odwróciła głowę w szoku, zanim ją w ogóle zauważył. Krzyknęła do stangreta, by się zatrzymał i niemal tratując biedną pokojówkę wyskoczyła na ziemię. Pobiegła w stronę wejścia, mężczyzna zniknął jej na kilka sekund w holu, ale kiedy tylko wpadła tam z impetem, on nadal tam był. I nadal przyprawiał ją o szaleńcze bicie serca.

Zaczął rozmowę z jakimś typowym angielskim dżentelmenem; nawet jego głos był taki sam jak zachowała w pamięci, akcent miał nadal polski, ale angielski opanowany perfekcyjnie. Dziewiętnastowieczny angielski, a nie jakieś nowomodne dyrdymały. Dotknęła lekko jego ramienia. Odwrócił się na ułamek sekundy, ale to wystarczyło by słowo zamarło mu w ustach. Ciemne, teraz wręcz czarne oczy były ogromne z szoku. Wpatrywali się w siebie tak oboje, niezdolni przetrawić tej informacji naprzeciwko kogo stoją, dopóki głos Sary nie przerwał tego ocznego tete-a-tete.

„Proszę pani?”

Odwróciła się machinalnie w stronę pokojówki, wytrącając się z oszołomienia, i Norberta też. Uśmiechnął się szeroko i zanim zdążyła mrugnąć przytulił, okręcając ją wokół ich osi.

„Wariat.” mruknęła po polsku, na co się roześmiał.

„Jakbym stracił rozum i miał przewidzenia, bo to niemożliwe byś stała tu obok mnie.”

„Podobnie.” przyznała, ale niemal natychmiast przypomniała sobie, dlaczego wsiadła do powozu. Musiała wracać do Killox, nawet wobec takiego cudu, bo liczyła na kompletnie inny. Za pół godziny musiała odebrać doktorka i dowieźć go do Damona. Psiakrew!

Nawet nie mam czasu dopytać, co tu robi. Pomyślała z konsternacją.

„Muszę jechać…” westchnęła mało szczęśliwie, kiedy postawił ją wreszcie na posadzkę holu. Spochmurniał natychmiast.

„Teraz?”

„Teraz.” przytaknęła „Nie mogę się spóźnić, i tak byłam zbyt długo w Londynie.”

„Cóż jest ważniejszego od rodziny? Kiedy wydaje się, że już dawno ją pogrzebano?”

Jakbym słyszała Lenę… uśmiechnęła się nieznacznie.

„Cieszę się. Naprawdę. Nigdy nie sądziłam, że kogokolwiek jeszcze zobaczę na tym świecie, niechże żywego.”

„Nie jestem tu sam.” rzucił łobuzersko, najwyraźniej licząc na pewien efekt. Niestety jedyne, co osiągnął to jej żal i dalsze trzymanie się planu. Żaden krewny nie mógł jej w tej chwili powstrzymać. Teraz Damon też należał do rodziny. A ona jego. Była jego żoną, u licha, i nie wybaczyłaby sobie nigdy przedłożenia po tylu latach wsparcia z jego strony nad jednorazowy cud w postaci własnego kuzyna.

„Nie teraz, Norbert. Muszę jechać, ale nie mogę też zostawić tu ciebie bez żadnego kontaktu.”

„Daleko jedziesz?”

„Do innej części Londynu, po lekarza, i od razu do Killox.”

„Mogę jechać z tobą?” wypalił.

„Jeśli zapakujesz się teraz do własnego powozu, bo ja nie będę miała miejsca.” uniosła brew „Będziemy mieli potem mnóstwo czasu na wyprostowanie tych lat, ale naprawdę, jeśli teraz nie wyjadę, będę żałować do końca życia.”

„Nie zdążą zaprząc koni.”

„Masz coś do pisania?”

„Znajdzie się.”

„Dam ci adres, to probostwo w Killox, mieszka tam pastor nazwiskiem Gourmand.”

„Tam jedziesz?” zdziwił się niepomiernie „Co u licha wygnało cię na jakąś prowincjonalną plebanię?”

Mężczyźni byli jednak zbyt prości. Jak to co? Inny mężczyzna!

Wieczór zastał ją już w Killox. Doktorek gruntownie przebadał Damona, a poranek spędził na konsultacjach z jego dotychczasowymi dwoma lekarzami. Podczas podróży wypytał ją dokładnie o dotychczasowe traktowanie chorego i ku jej uldze nie padło ani jedno słowo krytyki. Nie dawał jej jednak żadnych złudnych nadziei. Był pesymistą w tym przypadku, a zbadanie chorego nie polepszyło rokowań. Był skłonny zgodzić się z diagnozą doktora Janesa, chociaż też nie odrzucał możliwości, że jakiś czynnik od czasu leczenia przez tego ostatniego wszedł w drogę chorobie i dzięki temu Damon Wittenberg jeszcze życia się zawzięcie trzymał.

Z podejrzeniem, że to ona sama, się nie zdradził. Wystarczająco wydawała się znerwicowana umierającym mężem i własnym wypadkiem, który pozbawił ją znacznej części wspomnień.

Ulokowali go pospiesznie w miejscowej gospodzie. Na jedno jej skinienie dostał najlepsze pokoje, jakimi dysponowało to miejsce. Plebania niestety nie była miejscem, gdzie pomieściłby się tłum służby, dwie pielęgniarki, właściciele i Wittenbergowie. Zajęli dwie jedyne gościnne sypialnie. Były na przeciwnych krańcach domu, co nie cieszyło wcale świeżo upieczonego małżonka, co szybko Petegriew stwierdził nawet bez najmniejszego słówka ze strony zainteresowanego. Para była nawet dosyć zabawa, pomijając niemal śmiertelne okoliczności. Jako że jednak uwaga ze strony małżonki była tutaj najwyraźniej najsilniejszym czynnikiem sprawczym, który powstrzymywał chorobę od zwycięstwa, musiał odbyć z nią następnego poranka poważną rozmowę.

Jej pokojówka, imieniem Sara, niewątpliwie musiała podsłuchiwać tę pogadankę, która przyprawiła lady Wittenberg o dziwne drżenie rąk. Podejrzewałby ją o bycie cnotliwie nieświadomą żoną, ale ze spojrzeń, które w jej stronę czasem jego pacjent rzucał, wynikało coś dokładnie przeciwnego. W efekcie, kiedy do Danieli przybyli goście, Damon uparł się by jej towarzyszyć – niekoniecznie zgodnie z zaleceniami lekarzy, bo w końcu kazali mu zostać w łóżku i jego żonie mu towarzyszyć, a nie na odwrót.

Pielęgniarki szybko sprowadziły wózek i Damon po raz pierwszy od wielu dni opuścił sypialnię. Nie wyglądał najlepiej, ale najwyraźniej nawet na to nie zwracał uwagi. Pokojowiec doprowadził go szybko do jako takiego porządku i mogli sprawdzić, kto ich nieopatrznie nękał.

Okazało się jednak, że to tylko Norbert ze swoją małą świtą. Przywitał się z nią równie radośnie, co wczoraj i tylko groźne spojrzenie Damona ją zreflektowało. Przedstawiła ich sobie, słówkiem nie wspominając o ślubie.

Ale pamięć Damona von Wittenberg była bez uszczerbku, to ciało chorowało. Sporo musiała mu naopowiadać o ich potomkach, skoro od razu wiedział z kim miał do czynienia.

„Syn twojego chrzestnego…” spojrzał na nią zupełnie zaskoczony nazwiskiem przedstawianego „… i twój kuzyn w pierwszej linii. Dobrze pamiętam?”

Skinęła w odpowiedzi głową. Zwrócił się więc do Norberta.

„Byliśmy pewni, że cała rodzina nie żyje.” było to bardziej otwarte pytanie-oskarżenie, niż stwierdzenie. Znacznie lepiej wiedział niż ona sama, czym były dla niej ostatnie lata. Sama, niepewna, bez rodziny i rzucona dwieście lat wstecz bez żadnego wyjaśnienia. Co z tego, że był przy tym jak znalazła się w dziewiętnastym wieku, skoro żadne z nich nie wiedziało jak to się stało. Ale byli pewni, że nikt z nią wtedy nie przybył. Ostatecznie, przy takich niezwykłych zjawiskach, nie zaszkodziło być ostrożnym. Kto wie, co mogli sknocić?

„Nic dziwnego w tych okolicznościach. Gdyby nie przypadek, nas także by nie było… nie dowiedzielibyśmy się niczego o losie Danieli.” usiadł w fotelu naprzeciwko. Zapowiadała się długa historia. „To Lena znalazła ślad. Wysłała twoje opowiadania do wydawcy, jedno wróciło z dziwną adnotacją. Mieli już je w zbiorach, ale archiwalnych. Tak starych, że ich zawartość nie podlegała ochronie praw autorskich. A jednak… Lena przysięgała, że to ty napisałaś to opowiadanie, bo była tego świadkiem.”

„Nie pamiętam wysyłania czegokolwiek do wydawcy. Które?”

„Coś o krwiożerczych wiewiórkach. Nie pytaj, nie znam szczegółów.” potrząsnął głową na niewypowiedzialne pytanie „Lena zaczęła grzebać. Pewnie było to dla niej odskocznią od rzeczywistości.”

„Mama zachorowała, prawda?” spytała bezpośrednio „Nie pamiętam dokładnie, ale to musiało być przed moim zniknięciem. Bo kiedy poznałam Damona, byłam w żałobie.”

Potwierdził.

„Tak. Zachorowała. Szukanie informacji o tobie było odskocznią dla Leny. I miała na to środki, więc było to dosyć efektywne.”

Dziwne. Bo pamiętała pogrzeb. Czyj więc był?

„Nie miałem nic przeciwko, by zmienić… otoczenie, więc przyłączyłem się do nich. Jesteśmy tu już prawie 10 lat.”

„Mama?”

„Niestety nie udało się jej pokonać choroby. Zmarła już tutaj. Zdążyliśmy zapuścić korzenie – na wypadek gdybyś tego potrzebowała. Najwyraźniej jednak poradziłaś sobie znakomicie.”

Wzruszyła ramionami.

„Nie potrzebuję uznania innych ludzi by być dumną z nazwiska.” zauważyła „A Lena? Nie ma jej w Londynie?”

„Nie. Nie mieszkamy na wyspie, tylko w Gdańsku. Lena pojechała do Włoszech, śledziła ciebie.”

„Nie pamiętam, byśmy byli we Włoszech?” zerknęła na Damona. Zaprzeczył krótkim ruchem głowy. Nie śmiała pytać, co teraz przechodziło mu przez głowę.

„Raczej ślady ciebie.” Norbert poprawił się „I tak od lat, bo rękopis w wydawnictwie pojawił się w nieco innej dacie.”

Łagodnie mówiąc. Jeszcze parę latek zajęłoby im czekanie na pojawienie się Danieli w wydawnictwie. To był szok, spotkanie jej w Londynie. Mimo lat, które niewątpliwie minęły, niewiele się zmieniła. Myśleli, że być może jej nie poznają albo postarzeje się. Teraz musiało być jej bliżej czterdziestki, a wyglądała jakby dopiero minęła ćwierćwiecze. Albo nawet mniej. W przeciwieństwie do siostry, los był łaskawszy. Zdążyła nabroić, jak zauważył. Nie wspomniała o ślubie, ale pierścionek na jej ręce mówił inną historię. Lena nie będzie zadowolona, ale na początku zapewne ulga odnalezienia siostry przeważy nad wszystkimi tego niedogodnościami.

„Więc znalazłeś mnie. Co dalej?”

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *