Too late too soon (6)

6.

Harbor Lights był pod oblężeniem.

White nie mógł w to uwierzyć.

Pieprzone zwierzęta opanowały szpital.

Pieprzone zwierzęta panowały na ulicach.

Pieprzone, pieprzone zwierzęta! Jakim cudem ten transgeniczny brud, nieprzygotowany zupełnie, wzięty z zaskoczenia przez całą akcję likwidacji, bez zapasów, zaopatrzenia, łączności, zdołał nie tylko podnieść się od uderzenia, ale co gorsza odwrócić zupełnie los? To było kompletnie nie do pojęcia.

Co najgorsze, kompletnie nie do pojęcia była wiadomość od jego zwierzchników. Przerwać akcję likwidacji? Czy oni oszaleli, do cholery? Pracował nad nią przez tygodnie, jak przekonać odpowiednich ludzi, kampania w mediach, odpowiednie podsycanie nienawiści głupich ludzi… w gruncie rzeczy było to naprawdę proste. Wiedział oczywiście, że za taką eskalację agresji na ulicach oberwie mu się, ale nie na długo. Po paru tygodniach żaden polityk nie będzie chciał pamiętać agresji tłumu, a jedynie fakt, że można zbić karierę na żywej, płonącej nienawiści wobec tych zwierząt… żaden więc publicznie nie potępi tego linczu, nie chcąc się narazić na utratę stołka.

Jedyny problem stanowił fakt, że jego ludzie przegrywali. Za cholerę nie potrafił zrozumieć, jak to się stało. Ten brud nie zasługiwał na istnienie, w ogóle nie powinno się go powoływać do życia. Jego ojciec oszalał dokumentnie. Ale on nie oszalał. On był jedynym rozsądnym w tej rodzinie. Wykorzysta swoje zdolności odpowiednio.

„Otto!” warknął w stronę swojego asystenta „Chcę gubernatora na linii!”

~ * ~

Gdybym była królową rasy ludzkiej, królową Ziemi czy czegoś tam jeszcze, a co podciągnęłoby Tava pod moją jurysdykcję, wysłałabym tego sukinsyna prosto pod sąd wojenny.

Jak głupi musi być urodzony żołnierz, by nie posłuchać rozkazu? By nie chronić najsłabszego członka grupy, co niby leży w ich naturze? Chronić własny gatunek, to podobno ich najsilniejszy instynkt!

Zgrzytnęła zębami, czując jak powoli w tym szaleńczym biegu traci siły… ale mimo wszystko coś miała jeszcze w rezerwie. Co do licha podkusiło Tava, by wrócił po nią? To przecież było czystą głupotą! Przecież nie zostałaby tam, paczenie umysłu skończyłoby się prędzej czy później… a może po prostu bał się, że zwieje, zniknie i już się nie pokaże?

Faceci to idioci. Naprawdę.

Westchnęła, słysząc jak jeden z helikopterów odłącza się od konwoju i kieruje na południe. To była jej szansa. Jak do cholery ten kretyn dał się tak łatwo złapać?

Ściągnęła chustę z głowy i zawiązała tak, by zakrywała twarz, zostawiając oczy. Naciągnęła kaptur, jednocześnie skanując ciemne, nocne niebo. Trzydzieści dwie sekundy do spotkania… podeszła do krawędzi dachu i spojrzała w dół, cofając się prawie natychmiast,

Cholerni dziennikarze i ich kamery.

Ale nie było już czasu na to, by zmienić miejsce misji. Wzięła głęboki oddech, skupiając się na chwilę na pasażerach helikoptera. Konwój był spory, Tav miał silną ‚ochronę’. Jeśli coś pójdzie nie tak, chociaż jeden drobny szczególik, to oboje będą mieli przekichane…

Przeskoczyła bez wysiłku na sąsiedni dach i przykucnęła w ciemnościach, by reflektory jej nie uchwyciły… helikopter nie zbliżał się do budynków ani też nie schodził na niebezpieczną wysokość.

Ludzie bywają zabawni. Nawet transgenik przeskoczyłby te trzydzieści metrów… no dobrze, wyjątkowo silny transgenik.

Oddech.

Skupienie.

Sześciokrokowy rozbieg, odbicie…

Skok…

„Łala… kocham cię Kal…” wymamrotała z wdzięcznością, czując pod palcami dłoni metal na wpół wciągniętego nadwozia. Ileż to jeszcze razy przyjdzie jej dziękować za naczelne motto Kala? Grrr, z milion razy.

Swoja drogą, pilot na pewno go nie słyszał. Co za osioł lata z na wpół wciągniętym podwoziem? Desperat albo idiota przy tym typie śmigłowca…

Usłyszała zaskoczony krzyk ludzi na ziemi. Zaklęła. Kamery. Kurczył się jej czas. Czas na plan awaryjny… skierowała helikopter nad zatokę. Co to za problem zmanipulować umysłem pilota?

Rozhuśtała się, po czym silnym kopnięciem uderzyła w okienko. Naturalnie nie zbiło się, szyby były z superwytrzymałego plastiku.

Naprawdę szkoda, że ta akcja musiała wyglądać na akcję transgeników, Tav już byłby bezpieczny na ziemi…

Pilot zaskoczony odwrócił na moment głowę i dostrzegł kawałek nieproszonego gościa. Drzwi prawie natychmiast otworzyły się, ujawniając załadowany pistolet i …

„Aaaaaaaa…” pociągnęła, a wrzask spadającego do zatoki ciała dźwięczał w uszach.

„Co wrzeszczysz, palancie, i tak przeżyjesz…” burknęła, ale jej słowa i tak zagłuszył huk wirnika. Kolejny był trochę inteligentniejszy. Tylko trochę.

„Aaaaaaaa…”

Drzwi otworzyły się po drugiej stronie, ziejąc pod brzuchem helikoptera ogniem z broni maszynowej. Prawie natychmiast jakaś kula rykoszetem odbiła się od podwozia, uszkadzając coś w maszynerii… Łup. Karabin ze świstem poleciał w ciemną toń zatoki.

Faceci to idioci. Szczególnie ludzkie samce…

Zlokalizowała Tava. Nawet go nie przywiązali do podłogi helikoptera. Palanty. Ale był nieprzytomny z powodu obrażeń. Bękarty.

Rozhuśtała się, korzystając z momentu ich myślenia nad zmianą strategii…

„Hejka…” w ułamku sekundy jej głowa pojawiła się w wejściu, a ręka już ściągała do siebie z przeogromna silą transgenika. Ludzie nie zdążyli nawet sapnąć.

Puściła podwozie. Trzy sekundy później przecięli ostrą tafle wody i znaleźli się w ciemnej otchłani.

Trzymając usta i nos Tava zasłonięte, upuściła częściowo kształt.

Mieli nie więcej niż cztery minuty. Tyle wytrzyma w tym stanie transgenik bez szkody.

Ok. nikt nie patrzy, czas poszaleć z obcą magią.

~ * ~

„Sami.” Dave w szoku gapił się na szlochającą histerycznie ciężarną transgeniczną, która przed kilkoma sekundami została przywieziona przez ich konwój „Gdzie pozostali?”

„Tav… ” chlipała, łapiąc spazmatycznie powietrze „Wrócił po Nem.”

„Zostawił ją?” Rain prawie udusił się w szoku; szybko objął szlochającą dziewczynę, chociaż jego zranienia wciąż były paskudne. Ale zdenerwowanie nie było dobre ani dla niej, ani dla dziecka. Byli zależni od siebie nawzajem. Nie zniósłby gdyby się coś im przydarzyło. Nie po tych wszystkich trudach, jakie podjęli, by się tu dostać.

„Nie…” widać było, że desperacko usiłuje nad sobą zapanować. Dave dziękował Bogu w duchu, że Aleca nie było na ostrym dyżurze. To byłaby katastrofa. Facet i tak był pod ekstremalnym stresem, kierując walką ze szpitala.

„Ona… ona… użyła swoich zdolności, żebyśmy przeszli… ale Tav był przeciwko i kiedy tylko przekroczyliśmy punkty kontrolne piątego sektora i zobaczył naszych, zawrócił. To było trzy godziny temu!” jęknęła w udręce „Jego krótkofalówka nie działa. Telefon tez.”

„Dave!” wrzask Aleca przedarł się nawet przez grube ściany. Skulili się. „Chodź tu!”

Z niechęcią powędrował do głównego holu. Alec stał przed telewizorem, zmieniając ręcznie kanały. Pilot nie działał.

„Podali na czwórce… ‚schwytano jednego z głównych liderów rebelii transgeników’, blabla, ‚obecnie transportowany do bezpiecznego miejsca’.”

„To jak czyste wyzwanie. Oni chcą, żebyśmy przyszli po niego.”

„Co jeśli naprawdę schwytali Tava?” Alec spytał ponuro, krążąc od monitora telewizora do ściany. Krótki, monotonny marsz w tę i z powrotem. Mógł z przerażającą klarownością policzyć szanse Tava na przeżycie, jego wojskowy trening pozwalał na to. I Nem… Chryste, dlaczego się rozdzielili? „Co, jeśli mają mojego brata?”

„Nic teraz nie zrobisz!” głos Biggsa był stanowczy „Potrzebujemy więcej siły, od dwóch godzin nie ma żadnych nowych nadejść. Musimy postępować według planu, Alec.” podkreślił słowo ‚plan’, to z pewnością pomoże uciszyć szalejący i wręcz promieniujący od ich dowódcy niepokój. Ale czemu się dziwić? Tam była jego kobieta i jego brat. W dodatku prawdopodobnie porwany przez tych skurwieli z NSA. „Nie mamy pewności, że go porwali. To mogła być dziennikarska sztuczka, by nas wywabić z ukrycia. Nie zostało nam wiele czasu, Alec.”

„Wiem.” 494 przejechał dłonią po włosach w czystej frustracji. Pierwszy wybuch adrenaliny i testosteronu do krwi kazał mu natychmiast przetrząsnąć całe miasto w poszukiwaniu Nem i Tava. Lecz w gruncie rzeczy bardziej przydawał się tutaj, kierując powoli szalę na ich stronę. Im szybciej opanują ulicę, tym szybciej zapewni bezpieczeństwo Nem i bratu. Powtarzał to sobie jak mantrę. Niestety natura odziedziczona po zwierzęcych antenatach z próbówki domagała się o wiele agresywniejszej odpowiedzi na groźbę niż jedynie dowodzenie tą akcją przez radio. Czuł się po prostu cholernie, bardzo cholernie bezsilny. Jak głupia marionetka losu, która nie ma nic do powiedzenia. Nienawidził tego uczucia. Tej bezsilności, krążącej w żyłach, budującej cegiełka po cegiełce straszliwą wprost frustrację… nie mógł zawieść. Nie mógł zawieść po raz kolejny. Jego rasa liczyła na niego. I może nawet Nem. Kto to wiedział? Ostatecznie Dave sam przyznał, że sama nie wiedziała, jakby zareagowała na jego widok – przywalić czy nie? Trzymał się tej myśli jak nadziei, desperacko, mocno, siłą woli. Na pytania przyjdzie czas później.

„Ewakuacja według planu.” potwierdził z ciężkim westchnieniem własny, wcześniejszy rozkaz. Do szóstej rano szpital byłby wolny od ich okupacji. Pozostawało mu mieć jedynie nadzieję, że Tav był przy Nem, że był na tyle przytomny, by odczytać właściwie sygnał wysyłany na częstotliwości niesłyszalnej dla ludzi. Wiadomość była jedna: Plan. Każdy znał w nim swoje miejsce, każdy znał plany, każdy znał swoją część strategii. I żaden człowiek nie mógłby tego złamać. Przed laty zdołał jakoś przekonać transgeników z Psy Ops, by poszli im przy tym na rękę. Nic nie mogło złamać ich programowania, by ukryć przed ludźmi Plan.

~ * ~

„Haha…” Nem jęknęła, wypluwając z płuc wodę. Jej obce geny doskonale radziły sobie z mało utlenioną cieczą, zwłaszcza w jej obecnym fizycznym stanie – prawie beznadziejnym – i przez ostatnią godzinę holowała oporne ciało Tava do brzegu.

Był coraz zimniejszy i Nem nie potrzebowała przekopywać się przez bazy danych Manticore, by wiedzieć, że to zły znak. Właściwe to bardzo zły. Jego puls zwalniał. Tav osuwał się w letarg, śpiączkę, czy jak to tam nazwać. Jego ciało usypiało się, pogrążając się cicho i bezboleśnie w otchłań, na dnie której czaiła się śmierć.

„Co do cholery znaczy Plan?” szturchnęła go nieznacznie. Nie poruszył się. Westchnęła.

„I tyle pomocy z twojej strony.” jęknęła. Przewróciła się na plecy, patrząc się w rozgwieżdżone niebo. Za nim, daleko, bardzo daleko, był niegdyś jej dom. Dom, który stanął w ogniu z powodu chciwości Antarian, którzy nie rozumieli, że można kochać bardziej własne dzieci niż potęgę i bogactwo, że życie współpobratymców było miliony razy ważniejsze niż opinia u innych ras. Kogo obchodziło, kto był potężniejszy, silniejszy? Przecież i tak żaden z Antarian nie wiedział, co znaczyła potęga. Nie wiedział, co to znaczyło posiadać odpowiedzialność za życie swoich pobratymców. To była potęga. To była odpowiedzialność. Zupełnie nie rozumiała, jak można było walczyć o tron… generalnie ujmując same obowiązki, mało profitów z tego oprócz faktu, że każdy przedstawiciel twojej rasy słucha twojego bezpośredniego rozkazu i pada przed tobą na kolana… ogólnie rzecz ujmując, nieciekawa perspektywa.

Już czując się odpowiedzialna za życie Tava, nie czuła się najlepiej. Znała fizjologię Rain, lecz nie znała jego, czystego transgenika.

Nagle coś ją zaalarmowało. Podniosła czujnie spojrzenie, skanując świat dookoła.

Antarianie w pobliżu.

„Tav…” mruknęła cicho do jego ucha „Miejmy nadzieję, że nie należysz do nadmiernie dumnych facetów…”

Przerzuciła go sobie przez ramię.

Ok. Plan.

Co do cholery znaczyło to słowo? Czy odnosiło się do wolności transgeników, lokalizacji ich nowego miejsca – głównej centrali czy też miejsca zbiórki? Albo ratunku.

Niestety, odkąd Tav pozostawał nieprzytomny i szybkie skanowanie jego energii wyraźnie ukazało, że szybko się nie ocknie – szkody były olbrzymie – miała tylko jedno wyjście. Wyjście, które za nic się jej nie podobało.

Przesiać wspomnienia Redgara.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *