Chaos i masakra (6)

6.

Na probostwie zaszły konieczne zmiany. Bez Gene dom wydawał się jej pusty. Nie było do kogo odezwać ust, służba przemykała cieniem gdzieś w tle. W przyszłości wydawało się jej dziwne, jak można żyć tuż obok a jednocześnie w zupełnie innym świecie. Doświadczała tego na własnej skórze… i nie było wcale źle. Oba światy wzajemnie się przenikały i były od siebie zależne. W końcu czym byliby państwo bez zastępu służby?

Była naprawdę wdzięczna losowi, że nie wylądowała gdzieś na marginesie społecznym… samodzielne życie nie było wcale takie łatwe, bez tych wszystkich cudów techniki. Nawet nie wiedziała zupełnie, jak się przechowywało i konserwowało żywność. Czasem dania były ciężkostrawne, ale tak były też jej współczesne, smak znacznie się nie różnił… nauczyła się przygotowywać herbatę, co było szczytem jej kulinarnych możliwości w tym świecie.

Dywagacje dotyczące podziału klas społecznych nie sprawiły jednak, że polubiła czyszczenie zębów kredą. Nadal tęskniła za pastą do zębów… bieżącą ciepłą wodą… nowoczesną muzyką… i okularami. Zastanawiające, bo wcale super wzroku nigdy nie miała, ale czuła że w dziewiętnastym wieku możliwości okulistów bardzo się różniły od dwudziestopierwszowiecznych…

Listy od Gene przychodziły regularnie, ale to nie było to samo co jej obecność. Zwłaszcza w salonie. Doceniła ją po fakcie, nic tak nie rozpraszało często niezręcznej ciszy, gdy bywał u nich Martin Brush. Jego matka naturalnie miała swoje obowiązki, innych znajomych też, ale jej synalek był denerwujący. Czy on naprawdę nie miał co robić? Najwyraźniej nie miał, i nie zdawał sobie sprawy jak jest niemile przez nią widziany. Niejednokrotnie starała się go unikać, czasem w tak absurdalny i niegrzeczny sposób (co nie należało co codziennych czynności eks panny Krokowskiej, o nie, stała się wzorem grzeczności i uprzejmości), że zarobiła kilka pełnych zdumienia spojrzeń od pastora. Nawet odważył się ją zapytać cóż takiego się działo, a na jej słownie wyrażoną niechęć wobec młodego sąsiada zareagował dziwnym kaszlem. Cokolwiek to znaczyło, nie zamierzała dociekać, ale przynajmniej od czasu do czasu bawił się w jej sojusznika i pozwalał jej zniknąć jak kamfora nim pokojówka zdążyła zaawansować „pana Martina Brusha”.

Pastorowa raz zasugerowała podczas podwieczorku, iż młody panicz przychodzi tu dla jej towarzystwa. Jej przerażone spojrzenie musiało trafić nawet do tak opornej na rzeczywistość damy, inaczej nie porzuciłaby tak szybko i skwapliwie tego tematu. Zdawało się wręcz, że jej niechęć do niego była znana każdemu wokół, tylko nie jemu (czy był tak zadufany w sobie by tego nie widzieć czy też zwyczajnie nudził się w domu, nie dociekała). Pomna złośliwości miejscowych plotek, zaczęła unikać go na znacznie większą skalę niż było to uznawane za przyzwoite…

Longbottonowie wrócili do Londynu. Lato rozkwitło w pełni. Cokolwiek lord miał do załatwienia w stolicy, wystarczająco zirytowało jego średnią córkę. Luizie wcale ta nieobecność na wsi i „nieobserwowanie komedii” nie przypadła do gustu. Wymieniały korespondencję jeszcze częściej. Ba, nawet w jednym z listów opisała jakąś poważną rozmowę, którą Brush odbył z jej ojcem. Szczerze żałowała, że ta rozmowa nie zatrzymała go w Londynie na dłużej, miałaby kilka dni spokoju!

Co dobre jednak szybko się kończy i dała się kolejny raz zaskoczyć, niczym ciężarny królik przed światłami samochodu na nocnej szosie w lesie… porównanie było o tyle trafne, że komuś roiły się tematy rozmnażania z nią w roli głównej, i to wcale nie były jej urojenia!

Szok usłyszenia najdziwniejszych, wyrażonych w wielu okrężnych słowach oświadczyn w wersji full wiktoriańskiej musiał chyba się odbić na jej zwykle opanowanej twarzy, bo przez chwilę pan Brush nie był już tak pewny swego. Snuł przez chwilę radosne plany na przyszłość, póki mu w końcu nie przerwała. Oświadczyny! Wobec mężatki! Na chwilę w amoku wcale nie pamiętała, że jej stan cywilny znało tylko kilka osób i on o niczym nie wiedział (bo niby dlaczego miała go informować?), ani nawet się nie domyślał.. ale furia zapłonęła w jej krwi i miała najczystszą ochotę popełnić mord.

Z ogromnym trudem panując nad sobą, znalazła jakieś uprzejme słowa w swoim ubogim angielskim słowniku i podziękowała, zwracając uwagę iż absolutnie taka propozycja nie może zostać przyjęta i nie życzy sobie więcej słowa na ten temat. Młody panek patrzył z niedowierzaniem, aż wreszcie opuścił probostwo z takim samym wyrazem zdumienia na twarzy, co wzburzenia na jej.

„Co za kretyn! Jak on śmiał!” chodziła w tę i z powrotem po salonie Gourmandów, nie mniej gwałtownie niż kilka tygodni temu chodził pastor. O wilku mowa, a wilk tu… pastor wszedł do salonu, najwyraźniej oczekując zastać w nim jeszcze swojego gościa i patrzył na nią zdumiony i zdezorientowany słowami inwektyw pod adresem Brusha, jakie z siebie wyrzucała. A nie należały wcale do słownika, które powinna znać dama, o nie! W jego oczach pojawiło się po chwili zrozumienie, zwłaszcza kiedy z wściekłym oburzeniem opisała mu co zaszło przed chwilą. Trochę zmartwił się niepowodzeniem swojego przyjaciela, ale z drugiej strony to było zabawne bo równie dobrze jak ona wiedział, że miała męża!

Tylko jej samej nie chciało się w tej chwili z tego śmiać.

Że też na ziemi chodzili tacy idioci! Czy on naprawdę uważał, że jakakolwiek kobieta chciałaby go za męża, niechże ta, której stawiał listę swoich wymagań? Miała szczerą ochotę wyrzucić mu w twarz, co może sobie zrobić z ideałem kobiety którą miał w swoich marzeniach i chciał kupić za to, co marnego miał do zaoferowania jako mężczyzna.

Psiakrew, nie nazwałaby go nawet mężczyzną! To była odmiana jakiejś oślizgłej meduzy!

Pastor nie odważył się wybuchnąć śmiechem. Pewnie na jego miejscu też by się nie odważyła, nawet mimo przezabawności ze strony osoby trzeciej. Niestety teraz należała bardziej do strony zainteresowanej, i po jej trupie, ale nie pozwoli by jakiś tam Brush dyktował jej życie.

Prędzej zdechłaby z głodu, niż musiałaby znosić taką amebę przy sobie!

~ * ~

Okazało się jednak, że albo Brush był znacznie większym idiotą, albo optymistą. W jego przypadku mogło to znaczyć to samo… albo że był tchórzem i nie potrafił przyznać się do ewidentnej porażki.

Dwa dni później wybrała się do miasteczka z pastorem – pastor miał do wysłania kilka listów i drobne sprawunki do załatwienia, a jej się nudziło. Nic nowego ostatnimi czasy, nawet po przejściach. Życie było nudne i jednostajnie. Zwariować można było.

Ale jak to w małej społeczności, plotki żyły własnym życiem i jeśli się na nie zwracało wystarczającą uwagę, to było zajęcie na całe długie godziny. To był sekret wiecznego zajęcia panny Mary i jej wpływów w okolicy. Nie zazdrościła jej. Musiała mieć tyle jadu w sobie, złośliwości i kompleksów, że jej życie w zupełności jej nie pociągało. Wolała już nudzić się.

Ale to panna Mary oczywiście, ze swoim długim językiem, wypaplała fakt podobno „powszechnie wiadomy” i kiedy grzecznie czekała na pastora, rozprawiającego o atramencie z subiektem, przystąpiła do ataku. Serdecznie jej pogratulowała „szczęśliwego rozwiązania” i tym podobne bzdety truła w potoku słów przez co najmniej pięć minut, nie dając jej dojść do głowy. Zdumiona patrzyła na staruszkę, która zazwyczaj znajdowała tyle złośliwości w dokuczaniu i komentowaniu postępowania innych, że nie dotarło do niej w ogóle czego gratulowała. Bo przecież o przedłużającym się braku Damona to nie mogła nic wiedzieć, Fox raczej nie pisnął ani słowa, facet słynął z dyskrecji i o ile pamiętała, słono mu za dyskrecję zapłacili – zwłaszcza tej starej ropuszce.

Paskudne podejrzenia podniosły swój łepek dopiero kiedy w jednym zdaniu wymieniła ją i nazwisko Brusha. Co za palant… pomstowała Znalazłby sobie inną naiwną ofiarę…

Na pannę Mary nie zamierzała wylewać pomyi, w końcu co ona winna była głupocie jednego osobnika płci przeciwnej, i to na tyle głupiego, że nie wiedział z kim zadziera. Chyba po raz pierwszy w życiu cieszyła się, że jest baronową. Zgniotę tego idiotę jak robaka, niech tylko będzie jakaś okazja. Żadna moja sympatia do pani Brush mu już nie pomoże. odgrażała się w myślach.

„Cieszą mnie wszelkie życzenia szczęścia i pomyślności, zwłaszcza od pani, panno McKennit. Cieszyłabym się jeszcze bardziej, gdybym wiedziała czemu je zawdzięczam? Nie zaszły w moim życiu żadne zmiany, może za wyjątkiem wynajęcia prawnika pana Foxa by odnalazł moich bliskich? Słyszałam, że jest skuteczny, lecz nie sądziłam iż jego umiejętności wyprzedzają sławę…”

Wiktora pewnie piekły uszy, mogła się założyć, a biedna staruszka zaróżowiła się nieznacznie. Mam straszny wpływ na ludzi.

„Moje życzenia szczęścia na nowej drodze; usłyszałam wczoraj u państwa Brush o pani zaręczynach. Zawsze się cieszę, kiedy młodzi ludzie zakładają rodziny. To wielka zmiana, ale i wielka radość.”

Załamka. Normalnie załamka. Czy ci ludzie naprawdę uwierzyli w te bzdury? Jakim cudem taki ktoś jak Martin Brush mógł bez większych problemów zaręczyć kogoś wbrew jego woli, kto nigdy wcześniej nie wykazywał mu przychylności ani nie występował publicznie przy nim?

Meandry wiktoriańskiego myślenia Anglików chyba nigdy nie będą dla niej jasne i zrozumiałe. A już myślała, że co nieco zasad opanowała! Już nawet życie na małej wiosce, na białogórskim świeczniku nie było tak dziwaczne ani nie przygotowało jej do tej karuzeli.

Gdyby w Białogórze gruchnęła wieść, że jedna z Krokowskich jest zaręczona, to chybaby w ciągu pięciu minut dostałyby informację zwrotną włącznie z nazwiskami całego łańcucha źródeł tej sensacyjnej wiadomości. Tutaj można było obmówić kobietę w ogóle nie przejmując się źródłem ani stanem faktycznym. Teraz pół sklepu przysłuchiwało się tej konwersacji, a nie wątpiła że plotki rozgorzeją jeszcze dalej.

„Co państwo Brush mieli do powiedzenia w sprawie mojego stanu cywilnego?” spytała ironicznie „Nie wiem dlaczego pani sądzi, że obcej rodzinie poleciłabym przekazać sąsiadom informacje o zaręczynach które nie mogłyby zaistnieć! Jeśli jestem zaręczona albo zamężna, albo dopiero będę, doprawdy, panno McKennit, osobiście pani przekażę tę radosną informację i przedstawię szczęśliwego wybranka.” złagodziła ton i dodała z lekką urazą „Doprawdy… panno McKennit, jak mogłabym w ogóle myśleć o jakichkolwiek zaręczynach, jeśli niewiele wiem o swoim życiu przed wypadkiem… Pozwala pani obcym ludziom obmawiać mnie w tak złośliwy sposób? Szerzy pani plotkę złośliwszą niż jakakolwiek inna!”

Panna Mary otworzyła usta i przez chwilę wyglądała jak ryba wyjęta z wody. Przez chwilę nawet jej współczuła, po czym szybko przeszła do podziwu słysząc stonowaną, wyważoną odpowiedź. Miała staruszka ikrę, i obycie w towarzystwie. Kto jak kto, ale nawet zaczęła ją lubić.

Sympatia ta przerodziła się w myśl o pewnym podstępie, która następnego popołudnia została zrealizowana. Panna Mary była instancją w parafii, ale nawet ona nie potrafiła zatrzymać potopu. Mojżesz był z niej kiepski, nawet z laseczką na której się wspierała podczas spacerów. Zirytowana niepomiernie napływającymi gratulacjami, udała się do panny Mary po poradę jak zatrzymać plotki. Brushowie bawili bowiem w Londynie, i jeśli czegoś nie zrobi, albo nie zmusi ich do natychmiastowej demencji, wybuchnie skandal który zmiecie jej nazwisko do najbliższej latryny!

Nawet pastor się poświęcił, rozumiejąc ogrom powagi sytuacji i za radą panny Mary towarzyszył jej do Londynu. Nie, nie Brushowie byli jej celem, ale Lord Głupców, czyli Longbotton. Jeśli kogokolwiek słowo miało być prawem w ich okolicy, to jego a nie jakiegoś tam paniczyka z długami po uszy.

Wiedziała doskonale, że nie była zapowiedziana a jej liścik do Lorda wyprzedził ją może zaledwie o kwadrans i zupełnie niczego nie wyjaśniał. Mimo to przyjął ją łaskawie w swoim gabinecie. Czy to była łaskawość czy chęć ucieczki od gości, dla których wydawał tego wieczoru kolację, nie zamierzała wgłębiać się w powody i przyglądać darowanemu koniowi w zęby.

Był nawet w niezłym humorze, ale kiedy przedstawiła mu sprawę, nieco go skwasiła. Zirytowany zgrzytnął zębami, zadzwonił po lokaja i coś mu przekazał. Służący ulotnił się dosyć szybko, rzucając w jej stronę spojrzenie pełne ciekawości.

„Jest pani pewna, że nie chce uwagi ze strony pana Brusha?”

„Absolutnie żadnej!” niemal wykrzyknęła.

„Pani małżeństwo byłoby rozwiązaniem wielu problemów…”

„I komplikacji… Pan Brush nie jest człowiekiem, u boku którego widziałabym siebie albo jakąkolwiek inną damę. Na pewno nie tego okropnego człowieka!”

„Dlaczego?” zaciekawiła go, bo wpatrywał się w nią jakby wyrosły jej nagle czułki.

„Mężczyźni bywają tacy ślepi… a to na nich spoczywa przywilej wyboru córkom mężów.” westchnęła już spokojniej, jak na damę przystało „Dlaczego Wasza Lordowska Mość zalicza Martina Brusha do dobrych partii? Być może w pewnych sferach byłby mile widziany, ale żadna przyzwoita panna z dobrej rodziny nie spojrzałaby dwa razy w jego stronę. Pan Brush nie reprezentuje niczego, co mogłoby być atutem w oczach zainteresowanych. A jego ostatnie działania sugerują nadto wyraźnie, co sobą reprezentuje.” skwitowała, najwyraźniej rozbawiając tym Longbottona.

Rozprawa była krótka, i od pewnego momentu włączała nawet państwa Brush. Nie było jej wcale przykro, kiedy wił się we wstydzie przed własnymi nieświadomymi jego kłamstwa rodzicami ani że służba podsłuchuje zapewne hurtowo pod drzwiami. Longbotton z jakiegoś powodu był wściekły na młodego panka, nie zamierzała dociekać dlaczego, dopóki dodawało to paliwa do jego działań.

Mogła się założyć, że po wszystkim, opiernicz dostanie w domu niezły. Żal tylko było pani Brush. Nie takiego syna chciała wychować, ani tym bardziej wstydzić się za niego przed potężnymi znajomymi. Ledwo uniknęli skandalu, a i tak o tej historii pewnie będą opowiadać jako anegdotce w towarzystwie baaardzo długo. Niech szlag trafi tego idiotę!

Wszystko ucichło w ciągu zaledwie dziesięciu minut. Już od połowy przeprawy spoczywała w fotelu, będąc bardziej słuchaczem i obserwatorem niż aktywnym uczestnikiem awantury. Mary doradziła jej dobrze, chociaż do tego okazała się nad wyraz przydatna.

„Nie odpowiedziała pani na moje pytanie…” Longbotton zwrócił się do niej, kiedy państwo Brush z czerwonym jak burak synem opuścili salon. Służba na korytarzu usiłowała wyglądać na bardzo zajętą, ale i tak nikogo nie oszukali. Niezłą mieli rozrywkę. „Dlaczego nawet przez chwilę nie rozważała pani przyjęcia Brusha?” wyjaśnił, kiedy spojrzała na niego oczekując dalszych wyjaśnień.

„Już wyjaśniłam. Nie reprezentuje sobą niczego, co jest mile widziane u drugiej strony. Ale to tylko wymówka, bo odmówiłabym także osobie z zasadami, stanowiskiem społecznym i niezależnej finansowo.”

„Sugeruje pani, że Brush nie ma żadnej z tych cech?”

„Oczywiście. Nie ma kręgosłupa moralnego, dowodów chyba po dzisiejszym wieczorze nie muszę przedstawiać? Potrafi stosować się do norm społecznych, ale nic więcej od niego się nie uzyska.”

„Nie.” zachichotał.

„Nie ma dobrej pozycji społecznej, jego ojciec był zamożny, to wszystko co można o nim powiedzieć. Pani Brush to niewątpliwie gwiazda na rodzinnym firmamencie, ale z przykrością stwierdzam, że syn na tym nie umie skorzystać.”

„Na pozycję różnie można patrzeć…”

„Jestem dumna ze swojego nazwiska i nie mam ochoty łączyć go z nazwiskiem człowieka, który publicznie mnie oczernia, próbując zmusić do działania wedle swojej woli.” wycedziła przez zęby „Nie pochodzę z utytułowanego rodu, więc może to Waszej Lordowskiej Mości wydawać się dziwne, lecz nie zamierzam obrażać pamięci mych krewnych ani aktualnych takim związkiem.”

„Wystarczy, rozumiem w zupełności.” podniósł z geście poddania ręce. Inna kwestia, którą wymieniła, interesowała go tak naprawdę. Jak tylko do niej nawiązać? Była ostatnią sprawą, której nie wymieniła. Może zadzwonić w stary dzwon? „Nawet jednak te wady muszą ustąpić wobec… konieczności utrzymania się.”

„Martin Brush nie jest w stanie zapewnić dobrobytu swojej rodzinie. Nie umie żyć na poziomie, który zapewnia jemu aktualny dochód od rodziców, a państwo Brush toną w długach. Pod względem materialnym to byłaby katastrofa. Być może młody panek potrzebuje rozsądnej żony, która go ujarzmi i weźmie sprawy finansowe w swoje ręce – tylko to na pewno nie będę ja.”

„Nie wiedziałem, że państwo Brush mają problemy finansowe.” rzucił, mając nadzieję na więcej informacji. Skąd w ogóle o tym wiedziała? Jego sekretarze nie potrafili tego sprawdzić, a sam osobiście im to zlecił bo zamierzał z Brushem przystąpić do większego interesu i nie chciał stracić złamanego pensa! Inwestował w to pieniądze z posagu Luizy, te fundusze musiały być absolutnie bezpieczne.

„Nie sądzę, by o tym rozpowiadali.” dodała życzliwie „Poza tym to bankier, potrafi kilka rzeczy. Na pewno jednak mają problemy finansowe, to widać. W tempie prac przy posiadłości, wyposażeniu, zamknięciu niektórych sal, które już są wykończone, mniejszej ilości służby niż winna być w domu tej wielkości. Przecież służba dworska rozmawia między sobą, i w rodzinach także. Oficjalnie państwo Brush dopiero zatrudniają służbę, mając problem ze znalezieniem odpowiednio wyszkolonych wolnych ludzi w okolicy, gdzie jest tyle pańskich siedzib, ale to brzmi jak idealna wymówka. Nie opieram się na plotkach czy zestawieniach, tylko na własnych obserwacjach co się dzieje w ich posiadłości. Służbie płacą na czas, nie mogliby sobie pozwolić na spóźnienie o dzień, bo wszystko wyszłoby na jaw. Wiem, jak są zarządzane takie domy, jak być powinny i co można zamieść pod dywan. Domy na kontynencie nie różnią się od tych tu, w Anglii. Poza tym, czy państwo Brush sprzedawaliby dom w Londynie, gdzie prowadzą interesy, gdyby było ich na niego stać?” spytała retorycznie. Musiał jej przyznać, że brzmiała diabelnie logicznie, jak na kobietę. Potrafiła dostrzec rzeczy oczywiste dla kobiet, i wyciągnąć z nich własne wnioski.

„Być może to jest właśnie powód, dla którego tak bardzo Brush usiłował wmanewrować mnie w małżeństwo.”

„Jak to?”

„Liczył na pieniądze, oczywiście. Występowałam pod rodowym nazwiskiem, kilkakrotnie w przeszłości prowadziłam interesy z kancelarią w której pracuje pan Fox. Są powiązani jako bankierzy. Mogli usłyszeć coś o mnie wcześniej. Prawie cała moja rodzina już nie istnieje, jedna czy dwie osoby na tym świecie mogłyby rościć sobie prawo do mojego majątku. Idealna kandydatka na naiwną, zwłaszcza że nie pamięta większości swoich czynów z przeszłości. A angielskie prawo ani nie wspiera własności kobiet, ani rodzin od których majątek swój posiadają.” dodała z goryczą „Nie mam już praktycznie rodziny, ale mam bliskich, lecz cóż na razie z tego? Wysłałam pana Foxa po barona Damona von Witteneberga. Prowadziliśmy wspólnie wiele przedsięwzięć, to wielki przyjaciel na którym zawsze mogłam polegać. Mam nadzieję, że wkrótce przyjadą… i ta farsa się skończy, a ja wrócę do Linz. Marzę o chwili, kiedy będę mogła zapomnieć o znajomości z państwem Brush.”

Chrząknął. Informacje były raczej… zaskakujące. Nie spodziewał się zupełnie, by była dziedziczką wielkiego majątku, ale najwyraźniej wystarczającego by ktoś rościł sobie na niego chrapkę, szczególnie paniczyk który tonął po uszy w długach i potrzebował sporo gotówki. Zanotował w duchu, by rozpytać w kancelarii o powiązania Krokowskiej. Nieco rozbawiała go cała ta farsa, bo nie dalej jak tydzień temu odbył z młodym Brushem poważną rozmowę i zdecydowanie odradzał mu poślubienie swojej podopiecznej. Nawet sugerował, by zrobił z niej swoją kochankę, w końcu stali na „tak rożnych pozycjach społecznych…”. Miał szczerą nadzieję, że panna Krokowska nigdy o tej rozmowie się nie dowie… albo przeinaczy ją na swoje poczucie rodowej dumy.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *