Chaos i masakra (5)

Chaos i masakra 5.

Telefon zadzwonił o niemiłosiernej porze, lecz wiedzieli już że nie dzwoni bez powodu.

Sławek uruchomił sobie znane tylko kanały, i była mu dozgonnie za to wdzięczna. Umysł przyzwyczajony do oglądania różnych amerykańskich seriali podpowiadał zgrabny obrazek małej grupki ludzi, monitorującej wszystkie możliwe kanały i rejestry rządowe, włącznie z policyjnymi i sprawdzających każde zgłoszenie pod kątem poszukiwań jej krnąbrnej siostry.

Znaleźli ją w końcu, ale miejsce odnalezienia skonfundowało całą rodzinę. Danielę znaleziono w pobliżu Linz w Austrii, jakiś zabłąkany miejscowy znalazł ją w lesie i zawiadomił odpowiednie władze. Potem została przekazana do Wiednia, gdzie przebywała w szpitalu. Nie mieli żadnych informacji dlaczego, skąd, ani kiedy tam wylądowała. Tym bardziej nie wiedzieli dlaczego przebywa w szpitalu, tym bardziej NZR.

W te pędy poleciała kupować bilety na samolot, na szczęście mogła wylecieć jeszcze tego samego dnia. Zostawiła sprawy formalne prawnikom, uzbroiła się w odpowiednie upoważnienia i ich tłumaczenia.

Było już późno, kiedy wylądowała na Wiedeń-Schwechat, a jeszcze później nim dotarła do miasta. Nie było szans, by wpuścili ją do Danieli, więc zadokowała w hotelu w pobliżu szpitala, spędzając bezsenną noc nad rozmyślaniami dlaczego przewieźli ją do specjalistycznej placówki. Mała blondyneczka zawsze miała ostro postrzelone w głowie, może czasem zbyt mocno by pomógł jakikolwiek specjalista, na nią nie było mocnych. Niemalże spodziewała się usłyszeć jakieś ostre komentarze, prowadzące do sali w której było jej łóżko, ale nic takiego nie nastąpiło.

Pielęgniarka prowadziła ją w głąb intensywnego, jakby miała dostąpić jakiegoś wtajemniczenia. Zamiast głosów, słyszała tylko ciszę przerywaną szumem aparatury i sporadycznie aktywnością jakiegoś przemykającego równie cicho pracownika. Nawet zwykły gwar dużego miejskiego szpitala jakby niknął za drzwiami tego oddziału.

Odprowadziła ją do pokoju zajmowanego przez siostrę, a sama poszła powiadomić lekarza który odbywał jeszcze jakiś poranny obchód. Nikt więc nie przygotował jej zupełnie na widok, który zastała.

Wyszła w następnej sekundzie z pokoju, usiłując opanować mdłości. Nie poznawała jej, zupełnie. Przesłała dziękczynne myśli do Sławka, który wyłapał ją po zapisach medycznych. Szczęściem w nieszczęściu było, że miała oprócz grupy krwi jakieś jej odczynniki, występujące wyjątkowo rzadko, więc nagły wzrost zapotrzebowania na dokładnie taki zestaw w wiedeńskim szpitalu natychmiast podniósł alarm, który sprowadził ją tutaj. Sławek męczył polskie służby medyczne o sprowadzenie zapasów jej własnej krwi, bo Daniela przez ostatnie dwa lata na pewno należała do krwiodawców. Za wiele oczywiście krwi z odpowiednim terminem przydatności nie mogli przysłać, ale to była zawsze jej krew – najlepsza, zwłaszcza że znając życie mieli problem ze znalezieniem krwi o tych piekielnych współczynnikach.

Nigdy specjalnie się tym nie interesowała, sama nawet nie wiedziała jaką miała grupę krwi, o szczegółach nie wspominając! Być może sama mogłaby być nawet dla niej dawcą, przez własną niewiedzę mogła zmniejszać jej szanse powrotu do zdrowia. Skrzywiła się na myśl o tym. Jak to wszystko się zakończy, pewnie będę specjalistą.

Kilka minut zajęło jej opanowanie się na tyle, by bez trwogi mogła spojrzeć na jej twarz – czy też to, co było widoczne w miejscu twarzy. Daniela była przykryta po samą szyję kocem, spod którego wystawały różne rurki. W ustach także miała plastikowe paskudztwo, pod nosem także, poprzylepiane do twarzy szpitalnymi plastrami, wiedziała że to pomaga jej oddychać… ale żeby aż tak? Chyba tak… jej buzia była mocno spuchnięta, zaczerwieniona w dziwny nienaturalny sposób. Prawe oko wyglądało jakby ktoś ją pobił, skóra zaczynała przybierać już różne odcienie żółtego i fioletowego.

Myślała, że coś takiego mogła zobaczyć tylko na ekranie, w fikcji, w najgorszym koszmarze nie sądziła, że będzie rzeczywistością konieczną dla przeżycia jej bliskich.

Znalazła jej dłoń pod kocem, była przerażająco zimna kiedy od pozostałej części ręki biło nienormalne wręcz gorąco. Wzdrygnęła się. Do pokoju wkroczył lekarz, ku jej niezmiernej uldze. Jej głowa była pusta i nawet nie wiedziała jakie pytania zadać, ale ten człowiek raczej miał doświadczenie ze zdenerwowaną rodziną swoich pacjentów i mógł wyjaśnić sporo kwestii. I nie rozczarowała się. Przedstawił się spokojnie, spytał czy mówi po niemiecku. Na jej zdenerwowane przytaknięcie, bardzo pokrótce streścił pobyt Danieli na ich oddziale, ale najgorsze dopiero miała usłyszeć.

Pobyt nie miał na celu jej powrotu do zdrowia. Ratowali jej życie, a rokowania były niemal beznadziejne. Doznała bardzo rozległych obrażeń, od dwóch operacji głowy, które przeprowadzili, utrzymywał się obrzęk mózgu i wysoka gorączka. Miała też liczne obrażenia ciała i to rozmiar tych obrażeń był większym zagrożeniem niż nawet problemy z mózgiem. Nie rozumiała terminów medycznych, których używał, ale przesłanie było jasne. Jeśli coś miało się udać, to lepiej by poradziła sobie z urazami ciała, bo jeśli się to nie stanie, nie przeżyje. Mogła przeżyć z tak uszkodzonym mózgiem, ale nawet uszkodzony musiał czymś rządzić.

Podziękowała mu gorąco. Kiedy wyszedł, pielęgniarka dała jej dokumenty do pouzupełniania i pomogła je wypełnić. Z przerażeniem patrzyła na listę zabiegów, badań, testów, na którą wstecz musiała wyrazić zgodę. Cieszyła się, że szpital mimo nieznanego statusu pacjenta, decydował się na to wszystko w ciemno, by ją uratować i zwiększyć szansę na przeżycie i powrót do zdrowia. Ale złośliwy chochlik gdzieś w tyle głowy zapytywał czy rzeczywiście jest z czego tak się cieszyć, bo rachunek wystawiony za to wszystko będzie kosmiczny, a drogi państwowy NFZ zwraca za rachunek dopiero po opłaceniu.

Miała wyrzuty sumienia, że w takiej chwili pomyślała o pieniądzach, kiedy Daniela leżała i walczyła swoimi nikłymi siłami o przetrwanie. Musimy ją ratować, nawet jeśli powstałe przez to długi spłacane były przez nasze wnuki. myślała desperacko.

~ * ~

List od Foxa był cholernie lakoniczny i treściwy. A i tak doprowadzał ją do szału.

Była oficjalnie zaginioną od ponad dwóch miesięcy i nikt nie poczynił w tym względzie żadnych działań. Nic. Kompletnie! Fox absolutnie nie słyszał, by Wittenbergowie cokolwiek zrobili w tej kwestii. Co więcej, Damon był Bóg jeden wie gdzie, od niego także nie miał żadnych informacji. Po napisaniu oficjalnego listela do niego, do kancelarii przyszła tylko krótka listowna notka od jego brata, iż Damon von Wittenberg wyjechał i nie zna jego obecnego adresu.

To tylko pokazywało, jak niewiele obchodziła ludzi. Żołądek na przemian to podjeżdżał pod gardło, to innym razem przekręcał się we wszystkie strony. Nienawidziła tego stanu, gorzej, przez to była poddenerwowana i z niecierpliwością oczekiwała na każdy list czy wiadomość. Coś jakby w niej pękło, przestała nad sobą panować i wmawiać sobie, że wszystko dobrze się skończy, nawet ułożenie sobie życia w tutejszym czasie przerażało ją jak nigdy wcześniej. To nie mogło skończyć się dobrze. Porządek rzeczy istniał nie bez powodu, ludzie nie podróżowali między różnymi czasami, a co gorsza nie wkradali się w życie i los swoich protoplastów. Co ona najlepszego zrobiła z tym małżeństwem? Dlaczego poświęcała dla tego całego Damona przyszłość i istnienie własnej rodziny, włączając w to własne życie?

Nie była na tyle durną i pełną pychy blondi, by wierzyć że była jakąś szczególną osobą i los przesłał ją nie bez powodu. To były bajki dla dzieci, w które wierzyła równie mocno co w rzeczywistość swoich opowiadań. Mogła przebywać w tym świecie, rozmyślać nad nim, układać losy, charaktery, powiązania i emocjonować się do zakichanej śmierci całą tą karuzelą. Ale to nigdy nie będzie rzeczywistością. Nie mogło być.

Oficjalnie miała więc przechlapane.

Myślenie o własnych troskach tylko wpędzało ją w depresję, zwłaszcza wobec wysiłków okolicznego towarzystwa, by się zasymilowała. Wysiłki w większości przypadków były oczywiście pozorem, towarzyską pustką. Trudno było dociec, co tak naprawdę ci ludzie myśleli, chociaż co niektórzy na pewno nie byli złośliwi, a już na pewno nie byli nieuprzejmi. Mogła kilka osób określić nawet jako serdecznych, nawet gdy skręcało ją znów w żołądku na myśl jakby czegoś kompletnie nie łapała.

Do lubianych przez nią osób należała niewątpliwie pani Brush. Nie przepadała za jej mężem (na szczęście rzadko go widywała), za synem tym bardziej – budził zbyt niemiłe wspomnienia pewnego osobnika poznanego jeszcze na studiach. Była to „dama starej daty” z odrobiną przewrotności widoczną w arystokratycznym spojrzeniu, ale i dużym dystansie do oficjalnych reguł towarzyskich. Sama za młodu popełniła coś, co nazywano wówczas mezaliansem, i chociaż wcale to nie było dla niej samej pociechą, skoro do tej kategorii spadała wg dystyngowanej pani Brush, to już wolała jej towarzystwo niż jej nadętego synalka… niestety przyjemność obcowania z panią Brush niejednokrotnie była okupiona nieszczęściem kontaktu z Martinem. Cóż. Każda róża miewała kolce, a sama też święta nie była.

Dni upływały dosyć jednostajnie. Jedynym urozmaiceniem byli na plebani goście, w tym Luiza, która zjechała na wieś razem z rodziną. Często się widywały i nie było w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę jak niechętnie mówiła o rodzinie…

Między jej rodzicami dobrze się nie działo, ale nie spodziewała się niczego innego po tym co widziała i słyszała od służby w Londynie. Uważała Longbottona za wielkiego głupca niepotrafiącego sięgnąć po okazję podsyłaną przez los. Człowiek na tyle kochał swoja żonę, że w pogoni za chęcią posiadania syna nie chciał ryzykować życia małżonki następnym połogiem, przed którym ustawicznie ostrzegali go lekarze. Będąc facetem jednocześnie nie umiał się obyć bez seksu, więc brał sobie kochanki – nigdy żadnej na dłużej, jakby to miało polepszyć sprawę! Nie pojmował w ogóle, że tracił tą osobę, na której wbrew społecznej konwencji zależało mu najbardziej, nie rozumiał dlaczego żona się od niego coraz bardziej odsuwa. Lady Longbotton musiała wystarczająco często być oskarżana przez rodzinę męża o brak syna, nie wątpiła że znaleźli się i tacy co wysuwali zarzuty że odsyła męża do kochanki i nie wypełnia obowiązków żony. Ostatnie miesiące nie należały w rodzinie do szczęśliwych, mimo że powinny – w końcu Longbotton po połogu żony miał okazję jakich niewiele nie spłodzić kolejnego dziecka, a nawet to potrafił sknocić i mogła założyć się o własną głowę, że pożycie małżeńskie u nich leżało. Któż zatem mógł dziwić się Luizie, iż pragnęła wyrwać się z domu?

Nie było to jednak takie proste. Do posiadłości zjechała także najstarsza córka, która nie lubiła być zostawiana sama sobie ani lodowatej atmosferze domu. Mówiono, że nawet służba chodziła na paluszkach byle nie irytować państwa. Jak to zwykle w wielkich dworach bywało, część służby trzymała buzię na kłódkę, ale plotkowali zawzięcie między sobą albo w swoich rodzinach. Efekt był taki, że cała okolica wiedziała o problemach małżeńskich Longbottonów, ale oficjalnie nikt nic nie pisnął. Nawet na salonach bano się poruszyć tą kwestię. Longbotton był bardzo wpływowym lordem i nikt nie ważył się publicznie skrytykować jego prywatnego życia.

Lady Dunar chcąc nie chcąc również stała się częstym gościem na plebanii. Na początku trochę zbyt arystokratyczna, a jednocześnie z nieśmiałym dystansem do ludzi, szybko została spacyfikowana przez Gene i stała się bardziej ludzka. Zapowiadało się, że w okolicy rozkwitnie prawdziwa międzyklasowa przyjaźń. Nawet mogłaby być zazdrosna, gdyby nie towarzystwo Luizy.

Wracały pewnego popołudnia ze spaceru. Gene i lady Dunar spiskowały coś między sobą i ustalały plany, Luiza wyśmiewała posiadłość państwa Brush, którą oglądały tego dnia. Wyglądało na to, że przeprowadzka trwała – czemu zawdzięczała rzadsze wizyty swojej sąsiadki i jej synalka. W sumie nawet nie było jej żal, bo miała obok trzy przyjaciółki i czekała na wieści od Foxa.

Podobno Wittenberg był wczesną wiosną w Londynie – co tłumaczyłoby także jej obecność na wyspie milionów deszczowych dni. Wiktor obiecał ściągnąć Damona za fraki, nie patrząc na koszty. Miała nadzieję, że gdzieś tam po drodze nie zmienili oboje zdania i nie rozstali się w gniewie, podłóg woli jego rodziny. Oficjalnie przechlapane wkroczyłoby wówczas na zupełnie inny poziom.

Na razie większy problem w domu stanowiły sercowe tarapaty Gene. Nikt głośno nawet słowa nie powiedział, ale po spojrzeniach służby wiedziała, że plotki w parafii ruszyły pełną parą. Zastanawiała się, kto był ich źródłem (miała nadzieję, że nie dewotka Mary), bądź też ich romans wcale nie był tak tajną sprawą jak wcześniej uważała?

Z drugiej strony, naprawdę nie podejrzewałaby Gene o brak rozsądku czy omamienie przez zielone oczy. Kto to jednak wiedział, co tak naprawdę się działo? Sama nieraz była ślepa na to, co się działo w życiu innych, co myśleli; czasem lepiej było bowiem nie wiedzieć. Mogli ją nazywać Krecikiem, ale najgorszą sprawą było widzieć lub wiedzieć o czymś i nie móc nic zrobić. Nie wiedzieć, jak zareagować, jak pomóc. Nigdy wcześniej nie należała do elokwentnych osób, często czuła się niepewnie w relacjach z innymi ludźmi, bo jakoś się normalności w tym nie nauczyła.

Podobnie było teraz. Gdzieś w jej głowie telepała się wiedza, że Gene o tym wyjeździe wiedziała więcej, ale nie potrafiła tego przetrawić, przekuć w swoje zachowanie. Co u licha miała zrobić lub powiedzieć? Nawet nie wiedziała, co było potrzebne, niechże jak to osiągnąć. Czuła się kretyńsko bezsilna i równie bezsilnie patrzyła na to wszystko.

Pastor wezwał ją zaraz do gabinetu, kiedy tylko wróciły ze spaceru. Przeczuwając kłopoty, zostawiła kobietki bez słowa i z duszą na ramieniu wkroczyła do jaskini lwa. Zdążyła tylko usłyszeć za sobą szept Gene „Biedna Daniela, tata wygląda na zdenerwowanego…”, zanim drzwi zatrzasnęły się za nią niczym wrota więzienia.

Usiadła w fotelu, oczekując na „wyrok”. Pastor chodził niczym dziecko z ADHD w tę i z powrotem po gabinecie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca i najwyraźniej szukając słów by wyrazić to, co go gnębi. Jak dla człowieka, który był zawodowym kaznodzieją i był znany ze zdolności oratorskich, to musiało być coś naprawdę dużego.

W końcu westchnął ciężko i usiadł niczym złamany życiem człowiek w swoim fotelu. Nie wyglądał dobrze. Zaczęła pojmować, że taki wpływ to raczej nie jej sprawy mogły na niego mieć, aż takim egocentrykiem nie była… Mimo to nie spodziewała się tematu rozmowy. Gdy wreszcie z siebie wydusił, co go tak zdenerwowało, tematem okazała się Gene i jej problemy matrymonialne. Do biednego pastora dotarły w końcu plotki o tajemnych zaręczynach córki i zrejterowaniu amanta, który wyjechał do Paryża w interesach. Cóż, o tym mogła mówić i to mówić ze spokojem, bo od kilku dni telepało jej po głowie rozwiązanie, które wydawało się niegłupie. Kto by zresztą pomyślał, że znajomość tak dziwnie zawarta, okaże się całkiem przydatna w przyszłości? Zielonooki mógł być zielonookim, ale był idiotą jeśli myślał, że odległość nie stanowi problemu dla ich związku i zaręczyny utrzymają się po obu stronach. W zasadzie to Gene była pewna, że ją zostawi, wbrew słodkim deklaracjom które zapewne usłyszała po awanturze o ten wyjazd… Mężczyźni byli tak długo zainteresowani, jak obiekt był pod ich nosem. Pod tym względem Gene dobrze znała płeć przeciwną. Gorzej było z nią… kobiety łatwo nie zapominały. Były inaczej skonstruowane, i otoczenie także nie było łaskawe.

„Ona tak szybko o nim nie zapomni.” przytaknął jej słowom z niepokojem. Cóż bowiem mogło dać zaprzeczenie? Absolutnie nic. Gene była w strasznym tarapatach, po tej historii z tajemnymi zaręczynami każdy przyzwoity mężczyzna pięć razy się zastanowi zanim uderzyłby w konkury. A w okolicy było w czym wybierać, i to wśród panien znacznie zamożniejszych niż jego córeczka.

„Kobiety żyją w domu. W spokoju, w odosobnieniu. Oddane na pastwę uczuciom i wszystkim tym myślom, które dopadają człowieka kiedy jego ciało jest zaangażowane lecz nie umysł…” powiedziała cicho, mając już w głowie ułożony cały plan „Nie zaprzeczy Pan, gdyż nie ma czemu. Ani kobiety, ani mężczyźni nie są bardziej skorzy do zapominania. Wam po prostu życie co chwila podsuwa możliwości odetchnięcia od własnych trosk i uczuć. Nam… wręcz przeciwnie. Gene nie zapomni tutaj. Każda rzecz i krzak w tej parafii będzie jej przypominać. Sąsiedzi także nie pozwolą zapomnieć… mam wrażenie, że sprawa między nimi była znana co najmniej kilku z nich?” spytała ostrożnie, bojąc się odpowiedzi. I słusznie.

„Pewnie nie ma człowieka, który by nie wiedział. Przynajmniej do teraz.”

Wezmą ją na języki i przemielą. Nie będzie miała tu życia.

„Wy macie swoje interesy, sprawy, coś co wyciąga was na zewnątrz i zmusza do aktywności… być może więc właściwym będzie podsunięcie ich dla Gene?” zaproponowała po chwili namysłu „Naturalnie… odpowiednie dla młodej panienki z dobrego domu.”

„Nie wiem, czy to taki dobry pomysł.” westchnął „Nie potrafię zagwarantować jej utrzymania poza domem. Jak pani wie, nie jesteśmy zamożni, a wszelkie nadwyżki odkładamy na zabezpieczenie dla pani Gourmand i Gene, kiedy odejdę. Nie chciałbym uszczuplić tego zapasu, dlatego jeśli ma pani jakiś niewymagający wielkich nakładów finansowych pomysł, z chęcią wysłucham.”

Uśmiechnęła się. To był człowiek bezpośredni i nie odrzucający jej wizji, widzący jednak zagrożenia… przekonanie do jej pomysłu nie będzie zatem problemem.

„Rozumiem, że nie rozważa pan odesłania jej do rodziny?” upewniła się.

„Nie. Gene zawsze spędza część zimy z naszą rodziną w Londynie, wydawałoby się to im podejrzane, taki nagły i nieplanowany przyjazd. Nie chcę wzbudzać podejrzeń.”

„Być może jest pewna możliwość… lecz musimy wtajemniczyć w część naszych zamiarów lady Dunar.”

„Lady Dunar? Cóż ona ma z tym wspólnego?”

„Lady Dunar… potrzebuje towarzyszki. Duma nie pozwoli jej przyznać się tej potrzebie, lecz zbyt często dama ta jest otoczona tylko służbą kiedy mąż wyjeżdża w interesach. Jest bardzo samotna, sam pan wie, jak często zjeżdża do rodzinnego domu.”

„Tak. Lord Longbotton jest raczej rozgniewany, nawet jeśli jego młodsza córka żartuje, jakby starsza nie wyszła w ogóle za mąż.”

„Możemy zasugerować lady Dunar, by wracając do domu zabrała ze sobą w gości Gene. Ich przyjaźń nie jest głęboka, ale z pewnością ta wizyta przyniosłaby radość i spokój obu paniom. To na pewno bardzo korzystna propozycja i lady Dunar jej przyklaśnie. Będzie miała idealną wymówkę. Żadna strona na pewno nie zaoponuje…”

Pastor po raz pierwszy uśmiechnął się.

„Lecz jak to przeprowadzić? Nie chciałbym narażać reputacji własnej córki.”

„Proszę zostawić to mnie. Znajdę okazję do rozmowy w najbliższym czasie nie przekazując żadnych konkretów; poza tym mamy sojuszniczkę w postaci lady Luizy. Pozostaje tylko spakować kufry.”

~ * ~

Problem był dziecinnie prosty do rozwiązania. Gdyby pastor wiedział, z jakim entuzjazmem lady Dunar zaaprobuje pomysł zaproszenia Genevieve do swojego domu, być może dwa razy by się zastanowił. Ale słowo się rzekło, czego oczy nie widziały, tego także nie żal. W ten sposób ustalono, że lady Dunar zaprosi nową przyjaciółkę najpierw do londyńskiego domu, a potem do swojej posiadłości i ugości ją co najmniej do późnej jesieni. Nikt chyba w okolicy nie był tak zadowolony z tego pomysłu jak sama strona zapraszająca. Chociaż pewnie pastorowa stawała równo w szranki, to jednak jej radość i zadowolenie miały inne podstawy. Nowa znajomość znacznie zwiększała bowiem szanse Gene na poznanie”odpowiednich” kawalerów.

Cóż, nietrudno było przyznać matronie racji. Z Luizą zakładały się po cichu, ile danego wieczora z ust danej pani padnie zachwytów nad pomysłem. Musiała przyznać sobie zasługi; chociaż tak naprawdę niewiele zrobiła prócz podsunięcia oczywistej oczywistości. Najwyraźniej jednak podział klasowy zamraczał co inteligentniejsze głowy. Pozostało im tylko współczuć.

W wyniku tychże zasług, pastorowa stała się dla niej milsza i patrzyła bardziej łaskawym wzrokiem. Ba, dało się nawet zjeść śniadanie i obiad w jej towarzystwie bez skrętu żołądka. Cud nad cudy. Nieoczekiwaną przyjemność zepsuć musiał jednak inny stały towarzysz ich kolacji.

Pani Brush i jej syn, kiedy się w końcu osiedlili w nowej posiadłości, stali się wyjątkowo częstymi gośćmi na plebani. Jej sympatia dla starszej damy rosła. Na tak wiele spraw patrzyły pod podobnym kątem, zauważały podobne sprawy, miały podobne wartości – do tego stopnia, że nie sprawiało ogromnej różnicy, że ona pochodziła z czasów dwieście lat późniejszych niż czasy sąsiadki. Pani Brush przypominała jej matkę. Jakkolwiek bolesne było myśleć, że nigdy nie zobaczy się już swoich bliskich, to jednak nowa przyjaźń ze znacznie starszą damą pozwalała mieć nadzieję, że znajdzie nowych we współczesnym świecie.

Pewnego popołudnia przyszedł list od Wiktora Foxa. Mimo podejrzeń, że może zawierać tykającą bombę, otworzyła ją przy popołudniowej herbacie.

Koperta zawierała bilet wizytowy. Świeżutko wydrukowany, z pięknym herbem Wittenbergów i jej inicjałami. Baronowa Daniela von Wittenberg. Coś paskudnie zakuło ją w serce. Gdzie jest Damon? pomyślała z rozpaczą. Głębokość tego przebłysku, rozpaczy i tęsknoty do w zasadzie obcego jej męża przerażała tak samo jak wizja jego śmierci i zostania samej na świecie.

Odwróciła bilet na drugą stronę. Wiktor pięknym pismem skreślił na nim kilka zdań.

Zaskoczyła mnie Pani niepomiernie. Mam nadzieję, że nie oznacza to braku Pani zaufania odnośnie mojej dyskrecji. Poszukiwania niedługo zakończą się sukcesem. Ustaliłem przyszłe miejsce pobytu Pani małżonka, zawiadomię go osobiście po przyjeździe do Londynu.

Odetchnęła z ulgą. A więc żył… niepewna, czy powinna czuć ulgę czy może zamartwiać się, schowała liścik do koperty a kopertę do kieszeni sukienki. Kto to bowiem wiedział, na ile służba przeszukiwała jej pokoje w poszukiwaniu kolejnego tematu do plotek.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *