Chaos i masakra (4)

Chaos i masakra 4.

Gene z trudem tłumiła triumfujący uśmieszek. Wydawało się, że ucieczka Danieli przed towarzystwem będzie miała marne konsekwencje, tymczasem nikt nie miał jej tego za złe. Mogli obserwować bez trudu i ze wszystkich stron młodą kobietę, która przysiadła sobie w cieniu by odpocząć. Wydawało się wręcz, że okoliczne panie z towarzystwa prześcigały się w zabijaniu wzrokiem, kiedy tylko jedna z nich zrobiła krok w kierunku panny Krokowskiej. Mogła polać się krew, hurra!

Tymczasem jej samej w głowie było inne przelewanie krwi; przeczesywała wzrokiem tłum w poszukiwaniu własnego zielonookiego wampirka zastanawiając się co do diabła zatrzymało go w domu. Miała nadzieję spotkać go wcześniej, tymczasem byli praktycznie wszyscy członkowie rodziny Woodstonów oprócz niego, wwiercający jej dziurę w głowie.

Chyba tylko pan Woodston był neutralnie nastawiony. Zdawał się nie przejmować zbytnio jej osobą, ale nie był też wrogi w przeciwieństwie do swojej żony. Może wychodził z założenia póki oficjalnie się nie zaręczą albo nie pobiorą, nie ma czym się przejmować.

Pani Woodston była z kolei kompletnie odmienną historią. Miała alergię na jej osobę i słusznie się jej bała, bo miała przeogromny wpływ na swojego jedynego syna. Rządziła domem żelazną ręką i nie lubiła, kiedy ktoś sprzeciwiał się jej planom. A plany wobec swojego jedynaka Woodston miała zupełnie odmienne, nie włączające Gene zupełnie.

Oficjalnie miała bowiem rywalkę. Bella była dokładnie taką synową, o jakiej marzył wredny babsztyl. Z dobrej rodziny, na pewno będzie miała posag, dobrze ułożona i ładniutka jak z obrazka. Miała liczne, lecz nie nazbyt liczne rodzeństwo, nigdy nie chorowała, co też gwarantowało że ród nie wygaśnie po ich jedynym żyjącym potomku.

Na samą myśl, o tym dwojgu razem, skręcało ją na mdłości a paznokcie bezwiednie wbijały się w skórę, tworząc krwawe ślady. Nie była super skoligacona, ledwie córka pastora bez posagu, używająca języka wcale nie w celu prawienia uprzejmych frazesów, ani specjalnie ładna. Ot, zwyczajna dziewczyna bez świetlanych perspektyw. W oczach pani Woodston nie miała żadnych szans. Na szczęście to nie jej gust decydował. Trochę niepokoju miała po zeszłorocznych plotkach łączących Bellę Beadle z Normalem, ale sama wiedziała doskonale jak puste i złośliwe potrafiły być plotki. Nie wyglądało, by zielonooki poświęcał jej jakąkolwiek uwagę poza standardową, towarzyską uprzejmością. Mimo to bała się, że gdzieś za jej plecami rodziny dojdą do porozumienia i nie pozostanie im żadna nadzieja.

Nieobecność syna nie była w żaden sposób tłumaczona przez Woodstonów, spodziewała się więc że zielonooki zjawi się niedługo w glorii wolnego, niezależnego finansowo kawalera i natychmiast otoczy go wianuszek dam. Życia jej nie starczy, by zrozumieć, dlaczego tak bardzo był rozpowszechniony pogląd, iż nadskakiwanie i narzucanie swojej obecności miałoby wywołać chęć ożenku. Być może dlatego, że szerzył się wśród mało rozgarniętych, głupiutkich panienek które do niego się śliniły, ich matek i zamężnych znudzonych niewiast (i nie miała wątpliwości, iż nie bez powodu darzyły go swoją uwagą).

Normal Woodston był popularny, musiała mu to przyznać, obojętnie jak bardzo nie przypadało jej to do gustu. A zaczęło się tak niewinnie, kiedy Arabella – jej kuzynka – wysłała go na parafię po nuty jakiejś melodii, raz, drugi, trzeci, czwarty… Mogła zrozumieć, raz czy drugi mogła wzbudzić w ten sposób jego zainteresowanie, ale powtarzanie do znudzenia tej samej sztuczki na kilometr pachniało matrymonialnymi zamiarami. Zielonooki lubił stan wolny, to było pewne kiedy tylko go zobaczyła – o zgrozo, ubrana niezbyt kompletnie nie spodziewając się zupełnie gości i będąc sama w domu. Tragedia. podsumowała z niesmakiem. Nie wiedziała, gdzie oczy podziać, on zaś aż za dobrze wiedział. I drażnił ją potem o tym przy niezliczonej ilości okazji.

Teraz bardziej chciała wypruć mu flaki, by potoczyła się gęsta, błękitna krew. W skrytości ducha zbierało się jej na płacz, i musiała użyć całej siły woli by tego nie okazać. Tylko złośliwe, śledzące ją oczka cud miód Belli powstrzymywały ją od schowania się w kąt i rozpłakania.

A Gene rzadko płakała, jeszcze rzadziej miała na to ochotę. To nie był jej styl. Porażki jak każdy, ciężko przetrawiała, lecz po ojcu odziedziczyła twardość i zarazem dystans do świata, i do siebie.

Rzadko pozwalała sobie na słabość. Może i młoda była, i nieobyta tak bardzo z wielkim światem jakby Woodstonowie chcieli. To był ich problem, tak dotychczas sądziła.

Jedno krótkie zdanie od swojego kuzyna o Normalu natychmiast wylało na nią kubeł lodowatej wody. Już wcześniej miała złe przeczucia, ale na te wieści jej w ogóle nie przygotowały. Morderstwo na zielonookim nie wchodziło w grę, sama zbyt wiele na tym by straciła. A łzy cisnęły się mimowolnie do oczu, gdy tylko sobie uświadamiała, jak niewielki na niego miała wpływ skoro zdecydował się na tą podróż. Jak niewiele musiała dla niego znaczyć, skoro paryskie uciechy ledwo pojawiły się na horyzoncie a już jej unikał. Nawet jego matka była dla niej w tym momencie serdeczniejsza niż obraźliwa wymowność jego obaw przed pojawieniem się na dobroczynnej imprezie.

Najprościej było zapomnieć o własnych strapieniach, kiedy przejmowało się strapieniami i losem innych ludzi. I tak też naturalnie Gene postąpiła. Pilnie obserwowała reakcje ludzi na Danielę, uprzejmość jaką jej okazywano, szacujące spojrzenia panów bardziej zainteresowanych gładką buzią niż stanem społecznym.

Nie obyło się także bez kilku krytycznych i zazdrosnych uwag. Panna Mary naturalnie nie lubiła popularności nowej mieszkanki plebanii. Na swojego pecha miała odwagę dać upust swoim przytykom w czasie, kiedy mogło to dojść do uszu Longbottona. Lord był tego dnia w ponurym nastroju, nie wiadomo czym wywołanym – bowiem interesy szły świetnie, córki były zdrowe a małżonka piękna i urocza jak zwykle.

Akurat na jego frustrację nie mogła i nie zamierzała nic czynić. Ale kto inny tego dnia rozglądał się za zdobyczą, a jego opanowane zwykle oblicze na kilka sekund zmieniło się w coś trudnego do opisania. Była to mieszanka czystego głodu, który w kolejnej sekundzie ustąpił zdziwieniu, a potem w najdłużej utrzymujące się rozbawienie.

Wiktor Fox był adwokatem. Nie na tyle starym, by być słynnym i mieć duże wpływy, ale radził sobie nieźle i niewątpliwie powierzchowność miał pociągająca. Miks tych dwóch cech przyciągał nieraz płeć przeciwną (i nie tylko, jeśli miała być szczera w opisie), ale Wiktor znacznie bardziej wolał być myśliwym niż zwierzyną.

W Wiktorze był też jakiś wewnętrzny chłód, niedostrzegalny na pierwszy rzut oka. Łatwo można było nazwać go zimnym draniem. Osobiście się do tego nie skłaniała. Żył wg własnych zasad, inni ludzie rzadko kiedy byli przedmiotem jego osobistego zainteresowania – chyba, że jako ofiary pewnej dozy wrodzonego sarkazmu i złośliwości.

Ale lubiła skurczybyka! Przynajmniej był stały. Wiedziała czego można było się po nim spodziewać. Usłyszała kiedyś, że nazywają go inteligentnym skurczybykiem. To określenie idealnie do niego pasowało.

Teraz najwyraźniej zagiął parol na jej nową przyjaciółkę. Wiktor miał potencjał, tylko czy akurat Daniela zasługiwała by być jego ofiarą?

Jej dywagacje na nic się przydały, bo zanim zdołała wyrwać się obecnym rozmówcom, Wiktor zdążył przystąpić do akcji. Przysiadł się do Danieli, coś mówiąc z uśmieszkiem. Wymienili ledwie kilka zdań, ale za chwilę oboje roześmiali się czymś rozbawieni.

Ok. Może jej interwencja nie była potrzebna, lecz przysięgała, że jeśli ośmieli się tknąć jej ślepego krecika to może w okolicy zabraknąć latarni do rozwieszania jego klejnotów!

~ * ~

„Nieładnie tak uciekać, panno Danielo… Znajduje pani radość w tym osamotnieniu, czy może radość w cichym wyśmiewaniu grzeszków innych, tak dzisiaj obnażanych?”

Ciemnowłosy mężczyzna przysiadł się do niej niespodziewanie. Już chciała go skarcić, że nie zostali sobie przedstawieni i nie powinni wobec tego ze sobą rozmawiać. Gdy jednak tylko się odezwał, z wrażenia jej serce na moment zamarło, po czym po prostu odtańczyło polkę.

Nawet jej głowa zadziwiła, natychmiast podsuwając nazwisko mężczyzny: Wiktor Fox. I niewątpliwie znali się dobrze, bo nie czułą najmniejszego skrępowania jego obecnością ani niezwykłą jak na dżentelmena bezpośredniością.

„Oba.” uniosła lekko jedną brew. Natychmiast zrozumiał.

„Stawiam dziesięć funtów, który z obecnych tu dzisiaj to najwięksi głupcy. Pani typ? Ja stawiłbym na Woodstona. Postanowił wyjechać do Paryża w interesach.”

Ostatnie zdanie wywołało dziwną reakcję jego rozmówczyni.

„Chyba Pan wygrał, chociaż rywal do tego zaszczytnego miana ostro sobie poczyna.”

„Jaki jest Pani typ?” westchnął z rezygnacją, rozczarowany niepodjęciem gry przez nią.

„Longbotton, naturalnie.”

„Ech… marnym jestem graczem. Nie wiedziałem, że już przybyli.” zadumał się „W takich przypadkach nie dziwi, że zawsze była pani przeciwna zmianie stanu cywilnego. Czy to się zmieniło? Nie wyobrażam sobie bowiem pani na prowincji… angielskiej w dodatku. Musiało zajść naprawdę coś poważnego. Być może baron Wittenberg się ożenił?” zapytał znacznie bardziej bezpośrednio niż się spodziewała, lecz tym bardziej jej to odpowiadało.

„Zdarzył się wypadek, który odseparował mnie od moich przyjaciół.”

„Ma Pani nielicznych, lecz wiernych przyjaciół.” zapewnił zapewne wbrew swojej naturze „Nawet bez uczuć… przyjaźni, umie Pani zjednywać sobie ludzi różnego stanu.”

„Zamierza mnie Pan komplementować?” myśl wydawała się zupełnie niedorzeczna. Nie wiedziała skąd, ale pan Fox nie prawił komplementów. Po prostu się roześmiała – mężczyzna zawtórował.

To będzie ciekawe popołudnie.

~ * ~

„Straciłeś rozsądek. Opamiętaj się!” słyszała w oddali głos Karola. Półgodzinna prawie kłótnia dotyczyła planowanego ślubu. Nie wyobrażała sobie, co w tym momencie przebiega przez głowę bliźniaka Damona. Bynajmniej nie dlatego, że von Wittenberg ją oczerniał. Nic takiego nie miało miejsca i to właśnie zdumiewało ją najbardziej.

Zawsze sądziła, że był przeciwko niej, nie lubił jej a ich sporadyczne kontakty wymuszone były przez obowiązki towarzyskie. Słuchała w zdumieniu urywków zażartej wymiany zdań i nie mogła wyjść z tego stanu. Każde słowo pogrążało ją w nim coraz bardziej.

Miał wiele przeciwko ich planom i najgorsze było to, że nawet rozumiała te obiekcje. Zajmował wysoką pozycję społeczną, był baronem z dziada pradziada, miał do tego spory majątek umożliwiający założenie rodziny i niezależność od opinii innych ludzi. Lecz patrzył na sprawę ze strony człowieka niewyobrażającego sobie małżeństwa nie z rozsądku i bez żadnych widocznych tego korzyści… bądź obowiązków.

Małżeństwo było wspólnotą gospodarczą i społeczną. Mezalianse były wykluczone, mimo iż od lat powiew świeżości przetaczał się przez Europę. Ale tu na wsi, w ziemiańskiej arystokratycznej rodzinie i środowisku doskonale znanym wszystkim jego członkom, ich zamiary musiały wydawać się hipokryzją.

Syn barona żenił się z kobietą nieznanego pochodzenia, w dodatku bez znacznego majątku ani urody uzasadniających ową nierozwagę. Nie była głucha, słyszała i doskonale wiedziała jakie plotki o niej krążyły. Wprawdzie w jednym elemencie były z gruntu fałszywe, lecz nie wybiegała przed szereg i nie chwaliła się sakiewką.

Damon nie żenił się z nią dla jej pieniędzy, ani ona nie zmieniała stanu cywilnego dla jego. Ich ślub stał się rozwiązaniem patowej sytuacji, której inaczej nie umieliby zapobiec. Była gotowa zgodzić się z Karolem. Absolutnie nie należała do arystokracji i nie miała wielu przymiotów, których oczekiwano od drugiej baronowej von Wittenberg. Damon przez ten ślub oferował jej ostatnią ochronę, jaką mógł zapewnić nim wszystko runie.

Wolałaby by wynaleziono lek, nawet gdyby miała resztę życia spędzić jako jego żona, przy jego boku i znosić jego bratową i teścia. Wolała życie od śmierci, co było bardziej naturalne? Był jedną z niewielu bliskich dla niej osób, z pewnością jedyną który wiedział kim naprawdę jest, skąd jest i to bez zastrzeżeń akceptował. Korzyści wynikające ze spółki z nią nie miały z tym nic wspólnego.

I tylko osiem lat pełnej burz przyjaźni mogło to potwierdzić. Za nic w świecie nie chciała go stracić, a rozmiar ofiary która zamierzała w tym celu ponieść, znany był tylko jej.

Ostatecznie, co jej nie zabija… to ją wzmocni. Lata była przeciwna jakimkolwiek próbom wydania jej za mąż. Komplikacje związane z romansem z Damonem do tego tylko przeszkadzały. Wiedziała od lat, że miał ochotę na zaobrączkowanie jej, chociaż nie padło ani jedno słowo. Nie padło też żadne by wiedział, że jej małżeństwo kojarzyło się z koszmarem na jawie.

Wolała być stanu wolnego. Była swobodna, podejmowała własne decyzje, z nikim nie musiała ich konsultować ani słuchać czyichś bezsensownych rozkazów. Nie zamieniłaby tego za nic, na żadne obce nazwisko, wyższy status społeczny, większą sakiewkę… Pod tym względem nie różniła się w ogóle od Karola, dla niej małżeństwo w tych czasach oznaczałoby to samo. Nie znaczyłoby wspólnie spędzonego życia, dopełnienia, oparcia w drugiej osobie. Bo jakby miałaby wyjaśnić obcemu facetowi, że pochodzi z przyszłości? Albo jak miałaby udawać przez całe życie kobietę bez nazwiska, pochodzenia, będą z nich jednocześnie tak dumna, nie umiejąc spaść na dno społeczeństwa i wśród wykluczonych szukać towarzystwa. Nie, to absolutnie nie był dobry pomysł by szukać męża i torpedowała każdy plan do tego zdążający, o ile o nim tylko powzięła informacje.

Nawet jej przyszła bratowa próbowała kilkakrotnie opchnąć ją jakiemuś przedstawicielowi klasy średniej. Uniknęła tego, a obrażona Rachela prawie przestała się do niej odzywać. To na pewno było fajne. Nie musiała znosić tej okropnej snobki.

Pewnego dnia jednak wredna Rachela stanie się żoną najstarszego barona rodu Wittenbergów i stanie się przez to najważniejsza kobietą w okręgu….Życzyła staremu baronowi długiego, długiego życia. Damon, mimo iż w końcu uniezależnił się finansowo od rodziny (i nie wskazywała palcem dzięki komu), nie zamierzał się raczej wyprowadzać z posiadłości. Zapowiadało się więc wcześniej, że jednak będzie musiała kiedyś wynieść się z okolicy i zamieszkać gdzie indziej, a wybór siłą rzeczy padł na Linz. Nawet już kupiła odpowiednią nieruchomość, naradzając się oczywiście z Damonem.

Diagnoza lekarska przyniosła kres wszystkim tym planom. Wiadomo było, że bez antybiotyków zapalenie płuc w oświeconym dziewiętnastym wieku bywało śmiertelne. Pokonał chorobę, ale nie dziwną słabość płuc. Właściwą dla siebie beztroską ignorował niepokojące symptomy, aż wreszcie było za późno. Choroba rozwinęła się na tyle, że lekarz nic już pomóc nie mógł.

By dodać ironii sprawie, zemdlał wstając z jej łóżka. Tylko dzięki wiernym służącym uniknęli skandalu… i podejrzeń Wittenbergów co do śmiertelności choroby. Jeszcze nie wiedzieli jak mniemali oboje. Tym bardziej reakcje Karola były zastanawiające.

Skończyli rozmawiać, oboje nieprzejednani w swoich stanowiskach, lecz nie skłóceni. Damon przyszedł do niej, zmartwiony tą wymianą zdań nie bardziej niż ona sama nią zaskoczona.

„To nie było o jego bezsilności na mój wpływ na ciebie…”

„O ile rzeczywiście jest bezsilny. Nieraz posłuchałem jego zamiast ciebie.” uśmiechnął się na wspomnienie.

„… nie było to także uznanie, że jestem ważna dla ciebie…” zignorowała, dumając przez chwilę o tej dziwnej rozmowie „Myślę, że to zaakceptował mimo tych wszystkich prób byś odszedł od swoich postanowień.”

„Nasz ślub? Wątpię.”

„Naszą zależność od siebie. Myślę, że on wie, iż nie zna o nas wszystkiego, co być może wyjaśniłoby mu ten fenomen, lecz nauczył się to akceptować. Być może też nauczy się, że świadomie nie wystąpię na twoją szkodę?” to nie była płonna nadzieja, ale warto było podsunąć mu myśl by wtajemniczyć bliźniaka.

„On naprawdę nie jest tobie przeciwny… przyjął cię. Lecz wie, że świat taki łaskawy nie będzie. Martwi się, zwłaszcza wizją naszego ekonomicznego nieszczęścia, gdy założymy rodzinę.”

„Powinieneś powiedzieć mu prawdę.”

„Nie o chorobie… Ale przecież nie to masz na myśli, prawda?”

Skinęła głową poważnie.

„Powinieneś wtajemniczyć brata w informację, że nasze małżeństwo pozostanie bezdzietne.” wzięła głęboki oddech „Mam nikłe szanse, że kiedykolwiek zajdę w ciążę, a jeszcze skromniejsze by wziąć pod uwagę donoszenie dziecka. To go uspokoi, bo skoro nie widzi korzyści dla ciebie z tego związku bierze poważnie pod uwagę, że twój upór bierze się z obowiązku. Nie jestem naiwna, Damon, ale też nie złośliwa. Karola niepokoi wizja twojego przyszłego szczęścia rodzinnego, a także fakt, że druga linia baronów Wittenbergów złączy się z nieznaną ubogą krwią.”

„Chyba masz rację…” westchnął ciężko „Nie chciałbym jednak wyjawiać bratu twoich tajemnic.”

„Tym razem masz moje pozwolenie..” uśmiechnęła się „Tylko nie ujawniaj stanu konta. Karol mógłby stać się zbyt entuzjastyczny wobec tego małżeństwa, a Rachel stałaby się miła.”

„Prędzej krwiożercze wiewiórki opanują ten dom niż Rachel będzie próbowała się tobie przypodobać.” parsknął.

„Obyś nie wywołał wilka z lasu…”

~ * ~

Przeciągnęła się. Nigdzie jej się nie spieszyło, nikt jej nie poganiał. Miłe uczucie w żołądku natychmiast zniknęło, gdy otworzyła oczy i zamiast pięknych łuków zobaczyła drewniany sufit na probostwie Gourmandów.

 Była w Anglii, w Killox, nie w Linz.

Usiadła oszołomiona na łóżku, próbując objąć umysłem to, co jej się właśnie przyśniło. Zupełnie jakby weszła w to ciało, przejęła wszelkie myśli, uczucia i jej działania. Była tą osobą, którą śniła!

Oznaczało to, że prawdopodobnie była zaręczona z własnym protoplastą, uświadomiła sobie ze zgrozą. Ale numer. Co następne? Będę własną praprapraprababką?

Parsknęła śmiechem. Zwlokła się z łóżka. Ranek był zimny ale mimo to żadna służąca nie rozpaliła w kominku. Zatęskniła za ciepłem. Jeśli kiedyś założę własny dom, to będę tam grzać do oporu. Żadne rachunki mnie nie powstrzymają.

Owinęła się ciasno kocem i usiadła przy sekretarzyku. Gene zaopatrzyła ją wcześniej w zapas papieru i przybory do pisania. Czas najwyższy, by wykorzystała je na coś przydatniejszego niż plotki z Luizą.

Zaczęła pisać, ale po kilku zdaniach słowa przychodziły jej nadzwyczaj opornie. Coś w głębi duszy wzbraniało jej adresowania listu do Damona.

Zerwali zaręczyny? A może już nie żył? Na samą sugestię nic nie bolało, ale pojawiało się dziwne otępienie i pustka. Coś jakby bezsens tej myśli. Trudno było to rozstrzygnąć, z czego wynikał ten wewnętrzny sprzeciw. O czymś wiedziała jej podświadomość, ale nie chciała się przypomnieć. Kolejna pierdoła irytująca niczym ciotowaty Matt rzucający Caroline.

Zirytowana zmełła arkusz. Nie lubiła tego życia, a w jej śnie wydawała się znacznie szczęśliwsza niż obecnie. Niż kiedykolwiek. Mimo wątpliwości, konfliktu z Wittenbergami, choroby Damona… Czuła się na swoim miejscu. W domu.

Po namyśle sięgnęła po kolejną kartkę. Mogła przecież wykorzystać Wiktora Foxa. Miała przeczucie, że w przeszłości zdarzało się to nierzadko.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *