Chaos i masakra (3)

Chaos i masakra 3.

Daniela trochę go przerażała. Doświadczeni ludzie nie potrafili złamać hasła, a kartka z cyframi nic im w tym nie pomogła. Nie znał stanu rachunków bankowych Krokowskiej, a bank wykręcał siano ogonem. Czy jakoś tak. Wolał już myśleć o niej, niż o ostatnich kilkudziesięciu godzinach. Głowa pękała mu po ostatnim weekendzie u brata; miał serdecznie dosyć wszystkich swoich bratanków i bratanic, nawet jeśli Karol mógłby dać się za nie pokroić. Gdyby jeszcze jego podłe samopoczucie wynikało z jakiejś imprezy, albo własnej głupoty, ale nie – to były tylko, czy aż dzieci. No i zawsze mógł powiedzieć, że weekend z bandą wrzeszczących bachorów nie należy do najmądrzejszych decyzji. Ale Karolowa uparła się go resocjalizować w kwestii nieposiadania dzieci, nie mógł się już wymigać. Jego bratowa była dziwna, ale nie przerażająca, inaczej by odmówił. Nie wiedział czemu uważała, iż takie koszmarne dwa dni z jej uroczym potomstwem, z którym sama przestawała sobie dawać radę, miałby skłonić go do zmiany zdania. Nie chciał mieć dzieci. Kropka. Jeśli już, to przypadek brata tylko go od rozmnażania odrzucał i utwierdzał w przekonaniach.

Z miłą chęcią powrócił więc wcześnie rano do biura i zajął się z pozoru ciężkim przypadkiem Krokowskiej. Problem polegał przede wszystkim na braku dostępu do rachunków, bo bank wykręcał się od przyznania. Trzeba więc było ich obejść, zgadując w magiczny sposób na podstawie informacji, co takiego roiło się w głowie kobiety gdy wymyślała hasła.

Dopiero największy schizofrenik w ich biurze, Adamus, ich dochodzący specjalista od wszystkiego, a szczególnie zdobywania dziwnych i nieprzydatnych informacji, rozwalił ich kompletnie wytrzaśniętym z sufitu rozwiązaniem. Aż bał się zapytać… Wcinał w kuchni crossainty z pobliskiej piekarni (śniadania przy tym stadzie nie mógł zjeść spokojnie), jeszcze ciepłe, patrząc jak zwykle na arkusz i usiłując znaleźć w nim jakiś sens. Adamus podkradł jeden i zerknął mu przez ramię na druk.

„Jakie krwiożercze wiewiórki nr 2?” spytał bez entuzjazmu.

„Słucham?”

„Jakie krwiożercze wiewiórki. To.” stuknął palcem w kartkę. Damon popatrzył na niego, w pierwszej sekundzie nie rozumiejąc co powiedział, po czym sprintem rzucił się do własnego biurka. Włączył stronę banku, wpisał login, dodał hasło podane przez kolegę…

„Ona naprawdę jest przerażająca.” szepnął do siebie. Charakterystyczny czerwono biały układ systemu transakcyjnego od razu na pierwszej stronie pokazał stan wszystkich rachunków. Ekonto było na zero, ale na pozostałych było wystarczająco gotówki, by spłacić nie tylko kartę kredytową. W ostatecznym rozrachunku miał więc rację. Kolejna sprawa rozwiązana, i to bez wielkiego wysiłku.

Wyciągnął z szuflady i przejrzał raz jeszcze paragraf umowy dotyczący spłaty. Powinni byli pobrać z rachunku oszczędnościowego, jeśli nie wystarczało spłaty z rachunku głównego. Uśmiechnął się. Chyba ktoś zapomniał napisać odpowiedni fragment kodu, albo zlecali to ręcznie..? Złośliwie zlecił najpierw przelew z rachunku oszczędnościowego, potem spłatę całkowitą karty. Żadne nie wymagało potwierdzenia smsowego, a jakby co miał duplikat karty SIM. Sprawa była rozwiązana. Teraz należało tylko doprowadzić do ostrego zgrzytu zębów jedną panią z centrum na Kuźniczej, która zajmowała się aktualnymi kredytobiorcami oraz jej kierownika Miałczyńskiego, z samego rana w poniedziałek. Jak znał życie, już była – w końcu należało wyjść do domu punkt szesnasta.

Na kontach była wystarczająca kwota, by spłacić ponad trzyletnie raty. Zadumał się przez chwilę. Może nie miała tyle pieniędzy, by zastąpić hipotekę gotówką, ale na pewno miała wystarczająco środków by jej warunki były inne. Zadziwiające, co potrafiła zrobić, by ukryć pieniądze przed rodziną. Nieźle rozumieli się z Adamusem, to też był schizofrenik na jawie, wiecznie nieufny i podejrzewający najgorsze. I nigdy nie płacący za śniadanie, zawsze musiał komuś coś podebrać. Ale przynajmniej raz jego skąpstwo się przydało. Nic dziwnego, że odgadł hasło bez problemów. To były pokrewne dusze.

~ * ~

Sprawa z pracownicą banku była prosta, gorzej szło z jej debilnym kierownikiem. Doprawdy, nie rozumiał czasem polityki wielkich firm, by na kluczowe stanowiska dawać kompletnych kretynów, zakompleksionych, ale umiejących za to włazić w tyłek zarządowi czy innym siłom sprawczym w firmie. Kiedy przychodziło do problemów, wszyscy płacili za błędy debili, a debile z każdym wypowiedzianym zdaniem i każdą podpisaną decyzją nie tylko nie mieli pojęcia jak sprostać sprawie, lecz ją pogarszali. Żadna ilość i jakość szeregowych pracowników nie mogła zapobiec katastrofom wywołanym przez takich osobników. Niemal współczuł kolegom po fachu, którym przekażą przypadek – niewielkie mieli pole do manewru, by zmniejszyć głupotę zleceniodawców. Bitwę mieli z góry przegraną.

Zirytowali nawet świętą Krokowską, co uznawał za cud nad cudami. Bank wycofał się wreszcie z tytułu wykonawczego, z wielką łaską; nawet nie przesyłając przeprosin za brak wywiązania się z własnych obowiązków i spowodowanie takich problemów. Wręcz przeciwnie, sugerował kolejne w związku z zaginięciem Danieli. Szczęśliwie rodzina dziękowała za paranoję dziewczyny, że środki na trzyletnią spłatę trzymała na rachunku spłaty. Z finansowego punktu widzenia było to głupotą, ale ratowało im tyłki na miesiące, jeśli nie lata, gdyby trzeba było zarządzić oficjalne uznanie zaginionej za zmarłą. Nie powiedział rodzinie, co znalazł z dokumentami, złożył tylko testament i pieniądze w depozycie, upewniając się że na rachunkach bankowych były pieniądze na zlecenia i inne stałe rzeczy, obciążające jej konto.

Po ostatniej wizycie w banku, Krokowska miała furię w oczach. Nie spodziewał się zobaczyć tej spokojnej, opanowanej osoby w takim stanie. Oczywiście, winien był nieszczęsny kierownik regionu od hipotek, sugerujący kolejne wypowiedzenie umowy z racji „zaginięcia” tym razem. Przy okazji napatoczył się ponownie Kowalski, spędzili dużo czasu na jej uspokojeniu. Następnego dnia mieli podpisywać ugodę z bankiem, sprawa nie zajęła mu nawet tygodnia, ale był pewien że napsuła krwi na znacznie dłużej. W międzyczasie, od ostatnich ustaleń do sporządzenia przez oddział treści samej ugody, dopisali fragment dotyczący zrzeczenia się wszelkich roszczeń wynikających ze stworzenia tego zamieszania i wszystkich z niego wynikających problemów. Ach, scena była wręcz poetycka. Facet powinien się cieszyć, jeśli Kowalski nie zamówi jego podróży na najbliższy cmentarz.

Teraz już wiedział, że znów Krokowska będzie ich klientem, tym razem w sprawie o odszkodowanie. W pierwszym rzucie naprawdę nie podejrzewał jej o chęć odszkodowania, czy wyciąganie pieniędzy od banku. Nie ten typ, a spotkał w ciągu kilku lat naprawdę sporo różnych ludzi i typów. Feralny kierownik tak ją wkurzył, że wystarczyło parę zdań potem ze strony Kowalskiego i mógł ostrzyć oręż. Doprawdy, tak łatwo zdobytej klientki jeszcze nie obsługiwał.

~ * ~

A jednak kolacja nie okazała się tak nudna dla pewnej osoby, która siedziała naprzeciwko młodego gościa Longbottonów. Martin Brush, bo tak nazywał się ów osobnik, był dosyć młodym, przyciężkawym i poważnym człowiekiem. Lubił jednak się uśmiechać, albo też sprawiała to jego pogodna twarz, że inne osoby takim go odbierały. Jego obecność wprawiała innych w pogodny nastrój, co było nieocenione kiedy się zapraszało starsze osoby, ględzące nudno o swoich heraldycznych tematach i komentowaniu, który krewny ostatnio upolował najlepszy posag.

Martina zapraszano także z innego powodu. Był synem zamożnego bankiera i chociaż nie należał do arystokracji, jego rodzice mieli spore wpływy. Zresztą, małżeństwo państwa Brush należało do gatunku tych, kiedy kobieta z niezłym herbem wybierała mężczyznę zapewniającego niezłe życie. Spodziewano się, że ich jedyny syn odziedziczy spory majątek. Póki co jednak, państwo Brush kupili dwa lata wcześniej majątek ziemski i budowali na nim nową, rodzinną siedzibę.

Mężczyzna w końcu musiał mieć siedzibę, jeśli nie dziedziczył jej po ojcu nie wypadało jej nie wybudować. Równie ważne było przekazanie jej dalej synowi. Szczęściem lub nieszczęściem, pani Brush miała duże problemy ze szczęśliwym wydaniem na świat dzieci i małżeństwo zakończyło niebezpieczne próby na dwojgu żywych dzieci. Starsza córka Margaret nie była niestety jeszcze zamężna, ale na szczęście już zaręczona. Przyszłość wydawała się nieznana tylko wobec młodszego potomka. Spodziewano się, że na pewno odniesie sukcesy i połączy nazwisko Brush równie pomyślnie, jak ojciec połączył z nazwiskiem jego matki.

Właśnie na terenie przejętego przez nich majątku, leżała parafia pastora Gourmanda. Nowi właściciele nie mieli zasadniczo nikogo, kogo mogliby polecić władzom kościelnym na to stanowisko, wobec czego z łatwością ulegli perswazjom Longbottona i rodzina pozostała dalej w miasteczku. Było to bardzo na rękę lordowi, bo jego włości sąsiadowały z parafią i mógł bez trudu kontynuować przyjaźń bez zbędnego uszczerbku na sakiewce.

Te informacje były doskonale znane młodemu paniczowi. Z zachwytem przyglądał się sąsiadce z naprzeciwka, kompletnie przez nią niezauważany i przeważnie ignorowany. Nie rozumiał słowa po niemiecku, poza tym w ogóle nie przepadał za Austriakami i Niemcami, co nieopatrznie zdradziła jej jedna z sąsiadek przy stole i co na pewno sprawiło, że nie poświęcała mu ani grama uwagi. Był z tego nader zadowolony, bo mógł bezkarnie podziwiać ładną buzię i zastanawiać się, czy nie złożyć jej wizyty na probostwie.

Naprawdę nie należał do bardzo towarzyskich osób, nie lubił poznawania nowych ludzi, znacznie bezpieczniej czuł się w znanym sobie środowisku. Chyba do końca nie wiedział, co ze sobą począć i czy odważy się na tą wizytę, bo nawet zdołał zadać jedno pytanie ślicznemu gościowi i obdarzyć olśniewającym uśmiechem, co ku zdumieniu świadków, spłynęło niczym woda. Chociaż bardziej prawdopodobne było, że w ogóle nie zauważyła afektów pana Martina Brusha i wątpliwe było, by skłaniała ku niemu jakiekolwiek sympatie.

~ * ~

Pierwszy tydzień na probostwie upłynął głównie na wdrażaniu się do nowego życia i codziennych lekcjach angielskiego z panem Gourmandem. Odkryła przy tym, z niemałym zaskoczeniem, iż w chwili w której miała znacznie więcej możliwości używania języka mówionego, okazał się on językiem dominującym i całkiem nieźle zachowanym w jej zmaltretowanej głowie. Nie wiedziała, jak zapisać większość własnych słów, jakie stanowiły konstrukcje gramatyczne, ale używała je na równi z polskim i wiedziała podświadomie, co i kiedy się używało. Przełączyła się niejako automatycznie w taki sam stan, w którym była na studiach. Nie tłumaczyła tego, co chciała wyrazić, wyrażała to, co chciała powiedzieć i było w porządku.

Pastor był co najmniej zaskoczony jej znajomością języka, ale nie nawet w połowie tak jak ona sama. Nie była to jednak przykra wiedza – miała poważne dowody na to, że większość czasu który umknął jej pamięci, musiała spędzić w niemieckojęzycznym kraju. Zarzuciła wreszcie czytanie nudnych książek angielsko-niemieckich; zbyt wielkie problemy miała ze słowem czytanym w tych językach i ćwiczyła bardziej wymowę.

Dla dawnego mola książkowego było to ciężkie przeżycie. Ale musiała nauczyć się funkcjonować w tym świecie, i na pewno tego nie mogła zrobić, dopóki nie opanowała języka. Nawet Gene przyłączała się czasem do lekcji, głównie strojąc głupie ale niezłośliwe miny za plecami ojca i usiłując skruszyć jej opanowanie. Obie wiedziały, że nie lubiła języka, co jakoś umknęło pastorowi na równi z jej żartami.

Z Gene żyło się bezkonfliktowo, nie był to aniołek ani spokojna osoba, ale młoda panna z charakterkiem. Nieco gorzej przedstawiała się sprawa z pastorową, chociaż znacznie bardziej spokojną, to usiłującą poustawiać wszystkich w kątach które im wyznaczała. Nawet Gene nie była do końca wolna od jej tyranii, mimo dwóch dekad praktyki w wymykaniu się rodzicielskim nakazom. Dla tej damy świat był poukładany i każdy miał w nim swoje miejsce, włącznie z nowym gościem.

Kiedy pani Gourmand odkryła jej ręczne umiejętności, a stało się to nadspodziewanie szybko, zatrudniła ją do wykonania obrusu na rzecz kościoła. Szycie na rzecz wszechwładnej instytucji kościelnej najwyraźniej nie było takim nowym wynalazkiem – powinna z większą uwagą czytać powieści historyczne. O ile kiedykolwiek znów po nie sięgnie, bo zaczynała wątpić w swoje zdrowe zmysły, że dwudziesty i dwudziesty pierwszy wiek mogły być tylko snem.

Nie tak szybko uporała się z zamówioną pierdołą na kiermasz na rzecz ubogich, który pastorowa organizowała. Zajęło jej to parę dni, ale było doskonałą wymówką na dwa razy dłużej… i powodem do zastanowienia, czy nie przesadziła, kiedy zobaczyła wyraz twarzy gospodyni pokazując jej swoje dzieło. Na litość boską, to była tylko koronkowa robota, ale chyba była zdecydowanie zbyt szybka i doskonała dla biednej kobiety. Techniki przez lata się zmieniały, a także rozpowszechniały, co musiała uznać po tej konfrontacji. Musiała wykonać coś, co w tym świecie było rzadkością i pewnie przez jakieś środowiska pilnie strzeżoną. Ale co tam – tworzyła sobie rynek i mogła poobserwować, ile jej praca mogła przynieść. Jeśli rozbita o podłogę szczęka pastorowej była dobrym wskaźnikiem, głód jej nie groził.

Najbardziej w zasadzie przeszkadzało jej powszechne stosowanie się do reguł. Sporo prawdy było w powiedzeniu, że oficjalnie praktycznie nic nie było wolno, a już zwłaszcza młodej kobiecie bez pochodzenia. Życie towarzyskie rządziło się bardzo skomplikowanymi regułami i biada była temu, kto je złamał. Rzadko kiedy ludzie się przemieszczali, często skazani na lokalną społeczność i powielanie społecznej roli rodziców. Znacznie częściej zdarzały się loty w dół, niż wstąpienie o jeden schodek w górę. Ona była w zasadzie poza społeczeństwem, jak jej łaskawie pastorowa wyjaśniła.

Naturalnie, bogaci i wpływowi, mieli pod tym względem łatwiej, a ich wpływ promieniował na innych. W pobliżu Killox miało swoje siedziby aż pięciu lordów i kilku nieco pomniejszych panów. To musiało zaważyć zapewne na wyborze państwa Brush miejsca dla ich nowej siedziby.

Pastorowa mówiła sporo o obecnych właścicielach majaku. Pokojówki plotkowały jeszcze swobodniej. Dowiedziała się dosyć szybko, że fortuna rodziny pochodziła z powodzenia ich rodzinnego banku. Pani była ze starej, ale zubożałej ziemiańskiej rodziny, która była zbyt zirytowana tym małżeństwem, by udzielić swojego błogosławieństwa związkowi. Jeszcze bardziej irytowało ich obecne powodzenie małżonków i widoki na piękną pańską siedzibę, która była wznoszona już drugi rok.

Budowa domu postępowała bardzo sprawnie – rzemieślnicy niemal wykończyli jedno skrzydło. Meble i tysiące innych niezbędnych sprzętów czekały równie niecierpliwie, co pani Brush rezydująca obecnie w wynajętym domu w miasteczku.

Dom stanął w najpiękniejszej dolinie w okolicy, więc spacerując z Gene niejednokrotnie miała okazje podziwiać nowo wznoszony budynek. Nie należały w tym do odosobnionych przypadków. Cała okolica przychodziła popatrzeć. W końcu nieczęsto w okolicę sprowadzali się nowobogaccy. Każdy usiłował zgadnąć ile wydano na budowę, jaka była cena mebli i czy lustra były rzeczywiście w pozłacanych ramach. Było to męczące, więc kiedy tylko mogła, starała się unikać sąsiadów i innych osób na spacerze. Dobrze było tylko z Gene, ona mało takimi rzeczami się interesowała.

Przyjemnie było na zewnątrz. Wiosna rozkwitała w pełni, aż nawet kapryśna słynna angielska pogoda nie umiała zepsuć jej tej przyjemności. Psuli za to często sąsiedzi, albo inni jej nieznani osobnicy obgadujący ją za jej plecami. A myślała kiedyś, że biurowe plotki bywały wredne. Śmiechu warte. Te piranie były gorsze niż w kiepskim 3D. Miała ochotę wysłać ich do diabła. Tak było też pewnego ranka, jej nastawienie ani trochę się nie zmieniło.

„Bufet bufetowi nierówny…” mruknęła do siebie, patrząc na przygotowany przez gospodynię i kucharkę posiłek. Nigdy nie lubiła wcześnie wstawać, nie należała do rannych ptaszków, lecz nowe środowisko same ją tego szybko przyuczyło. Jeśli chciała się wymknąć na samotny spacer, nie narażając się na wredne zetknięcie z jakimiś nadętymi sąsiadami, musiała to zrobić wystarczająco wcześnie.

Był też inny powód wczesnego wstawania, chciała uniknąć surowego spojrzenia pastorowej. Wystarczało, że jedli wspólnie inne posiłki. Śniadania były wyjątkiem. Najwcześniej wstawał pastor, co szybko odkryła i spędzali przyjemne pół godziny. Potem do grona przytomnych domowników dołączała Gene, a na samym końcu jej matka.

Wczesne śniadanie miało też inne zalety. Mogła potem zaszyć się w pokoju, udając lub rzeczywiście pracując nad jakąś robótką alb jak zwykle wymknąć się na spacer, nie niepokojona przez nikogo.

Właśnie podczas jednego z takich spacerów w tym tygodniu, odkryła jedną z tajemnic Gene. Nie zauważyła jej, dzięki Bogu, bo miałaby więcej niż kłopoty.

Ale zielonooka tajemnica mogła zrujnować życie Gene, więc trzymała buzię na kłódkę. Zresztą, nie orientowała się w tutejszych sprawach damsko męskich, za wyjątkiem lorda Longbottona, który wg niej należał do wybitnego gatunku męskich kretynów. Lecz przecież nie mogła mu tego powiedzieć. Szczególnie, że uważał ją za osobę niższego gatunku.

Ten ranek należał do wyjątkowo ciepłych. Słońce radośnie wychylało się zza zazielenionych drzew i kwitnących krzewów. Szła aleją obrośniętą (albo ktoś był takim wielbicielem) głogiem. To była jakaś specjalna odmiana, o kwiatach bardziej różowych niż białych i kwitła wcześniej. Zapach był upajający i kręcił w nosie. Z utęsknieniem pomyślała o lekach antyalergicznych, chociaż doprawdy, nie miała na co narzekać. W dziewiętnastym wieku najwyraźniej po prostu się nie kichało i nie dostawało wysypki z byle powodu. To było passe, w złym guście. Za kichnięcie w nieodpowiednim momencie na kazaniu pastora Gourmanda w zeszłą niedzielę, prawie została zlinczowana przez pannę Mary, starą zasuszoną suchotniczkę trzęsącą środowiskiem starszych pań. Chociaż nigdy nie wyszła za mąż, wszyscy uważali jej osobę za jedną z najbardziej wpływowych osób w okolicy, nawet nad niektórymi lady.

I wychodziła z salonów pierwsza, przed mężatkami wdowami. Zaiste, zadziwiające. Albo o czymś nie wiedziała? Panna Mary była bardzo aktywną członkinią parafii i razem z pastorową przygotowywały kiermasz, który miał odbyć się popołudniu. Oczywiście, została już poinformowana, że nie ma innego wyjścia, jak być na nim obecna i coś kupić.

Jakby nie miała na co trwonić pieniędzy… dzięki uprzejmości lady Luizy miała wciąż pełną sakiewkę, wydawało się kompletną głupotą trwonienie nawet pensa na to, co było wystawione. A miała okazję, i to niejednokrotnie, bo z Gene katalogowały przedmioty, obejrzeć co przynosili mieszkańcy parafii. Wyglądało wręcz na to, że kiermasz dla ubogich był swoistą metodą na pozbycie się dziwnych gratów, których nikt nie chciał.

A pannę Mary mogło piekło pochłonąć. Nie zamierzała poddawać się tyranii tej kobiety; znacznie bardziej bała się krwiożerczych wiewiórek niż miejscowej kwoki. Wiewiórki przynajmniej ją znały, znały jej sekrety i tajemnice. A taka Mary? Co najwyżej rozpuści wredne plotki, którym mogła ze swobodą i szczerością zaprzeczyć.

~ * ~

„Myślisz, że jej przyszłość jest tu, w Anglii? Jest wprawdzie cudzoziemką, ale nawet cudzoziemskie dziewczęta mają bliskich, rodziny za którymi tęsknią.”

„Nie wydaje mi się, by w tym przypadku tak było, tato. Daniela niełatwo nawiązuje nowe przyjaźnie, a o dawnych prawie nie wspomina.”

„Niektórzy ludzie nie mają takiej ogłady towarzyskiej i sprawności języka, Gene.”

„Czasem wydaje się nieśmiała… ale doprawdy, nie jest dzieckiem ani nie jest nieobyta. Być może brak jej słów, lecz zapewne także tematów. Dziwność zwyczaju to najmniejszy z kłopotów. Nie czuje potrzeby nawiązywania nowych przyjaźni.”

„Być może powinna czuć potrzebę…”

Gene zamilkła na moment.

„Sugerujesz… że będzie potrzebowała przyjaciół w najbliższej przyszłości?

„Być może nie najbliższej… ale tak. Jest nieznanego pochodzenia i ma wpływowego protektora. Nie może zaszkodzić ładna buzia i kobieca powściągliwość…”

„Powinna rozejrzeć się za mężem?” spytała nie owijając w bawełnę.

„Longbotton nie będzie bez końca płacił.” zauważył całkiem przytomnie „Po za tym wystarczy Cedrick Longbotton na lordowskich włościach i nasza przyjaciółka straci wszelkie poparcie. Nie zdziwiłbym się, gdyby wręcz starał się zaszkodzić. Mogłabyś poruszyć z nią ten temat. Lubi cię i niewątpliwie twoja bezpośredniość przypadła jej do gustu.”

„Dobrze.” westchnęła ciężko w duchu. Nie miała najmniejszej ochoty, ale ktoś musiał to zrobić. Bynajmniej, nie zamierzała jej tego sugerować, by zagięła parol na ich sąsiada, ale od czasu do czasu mogłaby miło uśmiechnąć się do jakiegoś znośniejszego materiału. Mężczyźni byli prości w obsłudze. Wystarczała im niewielka zachęta, pozory zainteresowania i od razu lgnęli niczym pszczoły do miodu.

Z Danielą było to o tyle trudniejsze, że zdawała się nie dostrzegać zainteresowania jakie wzbudzała w okolicznym towarzystwie. Rekonwalescencja była wymówką idealną, by uprzejme odmowy na różne zaproszenia nie stanowiły obrazy a jednocześnie podsycały płomień zainteresowania.

Czasem była ślepa niczym kret. Mogła to pojąć chyba dopiero w momencie, kiedy mówiono do niej wprost. I na Boga, chyba tego potrzebowała… cóż innego bowiem mogła pomyśleć o wydarzeniach z kiermaszu?

Okazja była przednia. Kiermasz czy też bardziej odpowiednim było słowo festyn, organizowany przez parafię nigdy nie był oficjalnym wydarzeniem towarzyskim, lecz trudno było porównywać go do jakiegokolwiek innego. Był jedyny w swoim rodzaju.

Dochód z wydarzenia był przeznaczany na cele dobroczynne i pomoc rodzinom mieszkającym w parafii. Na kiermaszu i aukcjach wystawiano dzieła okolicznych dam i różne przedmioty oferowane przez darczyńców. To była zbyt znakomita okazja by pokazać się, zaprezentować nowe kapelusze i toalety oraz zawartość sakiewek. Publicznie prezentowano nowe zdobycze, chwalono nowe związki i nieco dyskretniej przechwalano kochankami.

Żadna większa sensacja ani plotka nie została na kiermaszu pominięta. Powszechnie i bez nawet wygłoszonego słowa oczekiwano pojawienia się najnowszego nabytku domostwa Gourmandów. Panna Krokowska budziła powszechną ciekawość i każdy pragnął jej zaspokojenia.

Doprawdy nic nie może usprawiedliwiać ludzkiej ciekawości wśród doskonale dobie znanego środowiska. Pragnienie nowego było tak silne, że nawet złośliwości panny Mary nie zdołały uspokoić tego wrzącego ula.

Daniela okazała się tak ładna, jak tylko tego oczekiwano i jednocześnie na tyle zwyczajna, że nie przyćmiła żadnej z przybyłych pań z towarzystwa. Suknia jej była gustowna, przybrana najdelikatniejszą z koronek i wdzięcznie podkreślała kobiecą postać. Obejście miała miłe, uśmiech życzliwy a spojrzenie uważne. Towarzyszyła pannie Gourmand niemal cały czas i nie dała się odciągnąć mimo usilnych prób wielu nowych znajomych.

Samą Danielę, zanim nawet minęło południe, zdążyła rozboleć głowa od nadmiaru nowych nazwisk i spojrzeń rzucanych przez wszystkich. Nie zamierzała nigdy nawiązywać tutaj jakichś głębokich znajomości, wystarczała jej w zupełności akceptacja tych kilku ludzi których lubiła. Nie chciała zabiegać o uwagę innych, unikała jej, a tymczasem wdepnęła niczym śliwka w kompot. Nie mogła doczekać się popołudnia i wieczora, kiedy spodziewano się samych Longbottonów oraz dwóch okolicznych ladies. To był jedyny powód, dla którego jeszcze tu tkwiła. Migrena nasilała się, wraz z malejącą ochotą na odwzajemnianie uprzejmości. Tymczasem Gene, chyba tylko po to, by jej dokuczyć (już zdążyła kilka razy ją strofować za marsową minę), ciągała ją dalej po różnych stoiskach usiłując namówić na zakupy.

Miała inne potrzeby i wątpliwości. Wprawdzie pastor zapewnił ją, że koszty utrzymania pokrywa Longbotton, a od Luizy miała kieszonkowe, ale czuła dziwną awersję do wydawania na nie wiadomo co. Zresztą, na kiermaszu trudno było jej znaleźć cokolwiek co byłoby jej potrzebne, a stopień trudności wzrastał wraz z dodaniem osobistego gustu. Prawie nic się jej tu nie podobało, a swojego obrusu nie mogła nigdzie znaleźć. Kto wie, co z nim zrobiła pastorowa…

Doprawdy, Anglicy byli straszni. Rozgotowywali warzywa, ich ubrania były szarobure niczym ich słynna pogoda, a życie towarzyskie przyprawiało o ból głowy. Nie chciałaby tu mieszkać na stałe, za żadne skarby. Przed oczami wirowało jej czyste błękitne niebo, wspaniałe zielone lasy i migocząca rzeczka w tle. Krajobraz z jej mglistych wspomnień nie był jednak zaopatrzony w słupy energetyczne, wiatraki, wybetonowany brzeg i inne uroki cywilizacji, więc sądziła iż była to wizja miejsca z obecnych czasów. Miejsca, które wiele dla niej znaczyło i było na tyle wryte w jej blond głowę, że nawet z potężną amnezją przewijało się gdzieś w tle.

Wymknęła się spod kurateli Genevieve, pod pozorem schronienia się w cieniu. Przysiadła na ławeczce, która dogodnie stała w cieniu wielkiego dębu na tyłach, za kościołem i na brzegu cmentarza. Zapewne bliscy pochowanych tam osób lubili tu przesiadywać, ale ona też czuła bliższy związek z ludźmi, których nie było na tym świecie. Jedyną różnicą było to, że jej bliscy nie narodzą się jeszcze przez wiele lat. Żadnym pocieszeniem było to, że chociaż się narodzą. I tak nigdy już ich nie zobaczy.

Przez ostatnie tygodnie zastanawiała się, co przygnało ją z pięknej Białogóry do paskudnego Londynu dziewiętnastego wieku. Doszła do całkiem logicznego wniosku, że nie tylko nie pamiętała pobytu w Anglii, ale i części czasu w domu. Kto to wiedział, jaką część ostatnich lat spędziła tutaj? Zresztą, nawet to, co pamiętała, nie było do końca wyraźne i ustępowało wobec wspomnień dziewiętnastowiecznych.

Wiedziała, że była kiedyś w Wiedniu – pewnie tylko po to, by zobaczyć Wittenbergów, poza tym na pewno musiała tam wylądować, by jakoś odnaleźć się w społeczeństwie. Rodzina pochodziła z Austrii, a po jednej ze swoich austriackich przodkiń Danieli Wittenberg otrzymała imię. Mieli krewnych nazwiskiem Wittenberg, w dziewiętnastym wieku byli znaczącą rodziną, więc na pewno musiała skorzystać z tego haczyka i trampoliny do góry. Oprócz imienia miała bowiem ogromne szczęście w nieszczęściu – podobieństwo do przodkini było niesamowite. I pewnie pojechała tam też z ciekawości, która niejednokrotnie wpędzała ją w kłopoty… Agggr. Nie wyobrażała sobie, by rodzinka była szczęśliwa, że nagle pojawia się klon jednej z pań Wittenberg, pewnie wywołałaby chaos, no ale przecież nie robiła za jakiegoś wrednego doppelgangera. Nikogo nie zamierzała złożyć w ofierze!

Przynajmniej do czasu…

Otrząsnęła się z irytujących myśli. Musiała uporządkować to, co wiedziała i zdecydować się co do przyszłości. Nie rysowała się różowo, ani tak ponuro jak uważała jeszcze kilka tygodni temu. Zgodnie ze słowami pastora, Longbotton najwyraźniej płacił za jej utrzymanie. Było dziwnym zwyczajem tego paskudnego kraju, że kobiety nie miały do czynienia wiele z pieniędzmi a jednocześnie zarządzały wszystkim co było związane z domem. Byli niezdecydowani niczym żaba podgrzewana w garnku, zanim się zdecydują co z tym zrobić ich system społeczny uśmierci rewolucja czasów I wojny.

Wątpiła, by mogła przekonać Jego Zadufaną Lordowską głowę, by zamiast przekazywać jakiemuś prawnikowi środki na jej pensję, oddał je do jej dyspozycji. A wykorzystałaby je wspaniale... w końcu na coś lata czytania i pamięci do szczegółów mogły się jej przydać. Zarabianie było proste, jeśli znało się przyszłość, przynajmniej w zarysach. Problemem było tylko zdobycie kapitału.

Po trawie za cmentarzem zaczęły biegać dzieci, po ubraniach można było rozpoznać komu i jak dobrze się powodzi, kto bezkarnie mógł oszukiwać w berka i czyje łzy ocierała guwernantka albo bona. Nigdy dotąd nie widziała razem dzieci z tylu sfer, szczególnie bawiących się razem. Obserwowała ich przez chwilę, ale ostatecznie odwróciła wzrok. Nie mogła na to patrzeć. Była pewna że i tak miniaturowy obrazek społecznych podziałów wrył się w jej mózg niczym wredna szpila.

Miała ogromne szczęście, że urodziła się w swoich czasach i w rodzinie, chociaż postawionej na wioskowym świeczniku, to jednak oferującej swoim dzieciom najlepsze, co wówczas było możliwe. Nie doceniała tego wówczas, narzekając na ciągłe plotki o rodzinie, czepialstwo ludzi w zamkniętym środowisku i uciekła na drugi koniec kraju, gdzie nic jej nie wiązało z rodziną, gospodarstwem dziadków ani pozycją matki. Co to była za ulga! Ludzie oceniali ją tylko po własnych dokonaniach i nie zaglądali ani do jej portfela, ani za próg, ani tym bardziej do sypialni i nie prowokowali nerwicy przez ciągłe pytania o znalezienie męża. Jasne, nadal zdarzały się jakieś odchyły które uważały, że mają prawo ją oceniać, ale kompletnie nie pozwalała im wpływać na swoje życie. Było jej, tylko jej i wręcz spadła w hierarchii społecznej na sam dół, do szaraków, gdzie nikogo absolutnie nie obchodziło czy była córką kierowniczki, wręcz przeciwnie. Dla większości była nikim, ale dla niej oznaczało to nowe, ogromne możliwości i swobodę, której nigdy nie zaznałaby w Białogórze.

Życie w dziewiętnastowiecznej Anglii było niczym kubeł lodowatej wody i karuzela niepewności. Na nowo musiała budować to, od czego tak bardzo uciekała i na czym oparła swoje dorosłe życie.

Cóż, chyba nie tylko brak kapitału mógł być jej problemem. Teraz to widziała.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *