Chaos i masakra (2)

Chaos i masakra 2

 

Miał wyznaczone spotkanie o trzynastej. Nie cierpiał zarywać lunchu, tylko z powodu braku asertywności własnej sekretarki. Uległa jakiemuś nieustępliwemu klientowi, a on ponosił tego niemiłe konsekwencje. Zrąbany dzień gwarantowany. Nie cierpiał pracy z pustym żołądkiem. Potem wracał do domu i klął zanim jeszcze mikrofala zaczynała swoją magię. A dzisiaj miał ogromną ochotę kląć podwójnie. Żołądek od dziewiątej domagał się obiadu, Adrien go denerwował, a klienci od szóstej rano marudni.

Ochota i powody do zmian już były. A reszta? Możliwości utknęły między pospiesznym przełknięciem batonika, a zamykaniem samochodu pod kancelarią. Ania wysłała mu smsa, że kolejni klienci już byli i są to ci od Sławka. A Sławka to nikt w tym mieście nie ignorował, jeśli życie było mu miłe, nie wspominając o wrażliwych częściach ciała. Karol urządził go z tą sprawą.

„Rodzina… kim bylibyśmy bez nich.” jęknął do siebie, przeskakując stopnie. Cisnął papierek do kosza, poprawił krawat i wcisnął się ponownie w marynarkę. Wkroczył do biura, Ania dała mu akta w rękę i ulotniła się, nim mógł poprosić ją o zamówienie obiadu. Była najgorszą sekretarką, jaką zatrudniali. Zawsze nie tam, gdzie trzeba.

Czekały na niego dwie kobiety. Miał nadzieję, że nie chodziło znowu o sprawę rozwodową. Zarabiał na tym najwyższe prowizje, pewnie dlatego że tak bardzo tego nie lubił. Karol wciskał mu te sprawy, oraz sprawy znajomych, w ten dziwaczny sposób okazując braterską troskę. Jak w ten dzień, miał tej troski powyżej uszu.

Przywitał się. Panie Krokowskie stanowiły typowy przykład, w którym pokrewieństwo ujawniało się w miarę kontaktu. Na pierwszy rzut oka nie było podobieństwa, tylko kolor i kształt oczu pasowały do tej samej puli genów. Starsza pani musiała być kiedyś naprawdę ładna, teraz twarz miała zoraną zmarszczkami i zmęczeniem. Palaczka, ewidentnie. Młodsza była nieco po trzydziestce, przeciętna Polka jakich mijał wiele na ulicy – za jednym wyjątkiem. Ubrana tak strasznie konserwatywnie, że z trudem dusił chęć potrząśnięcia biedaczką. Szkoda, że nie zapięła guzika na nos.

Rozmowa ujawniła kolejny. Mimo różnicy wieku, miały wręcz identyczne głosy. Miały przyjemny tembr, i nie przypominał dzięki Bogu zgrzytu gwoździ.

Początkowo sprawa nie wyglądała zupełnie na rzecz dla niego, raczej detektywa. Zaginęła najmłodsza Krokowska, niejaka Daniela, przed ponad tygodniem.

„Jesteśmy właścicielkami mieszkania od kilku lat, zaciągnęłyśmy na niego wspólny kredyt hipoteczny. Wynajmujemy je, a Daniela też w nim mieszka. To właśnie lokator zgłosił jej nieobecność. Miała wrócić po urlopie na umówioną wizytę serwisanta, jakiś drobiazg w elektryce kuchni wymagający jednak osoby z uprawnieniami. Była w Krokowej, udało nam się ustalić, że wyjechała do Gdyni, gdzie miała przesiadkę – lecz tam nie dotarła. Zaginęła w zeszły wtorek.”

Pedantyczna młodsza Krokowska przerwała na chwilę. Pewnie na oddech…

„Problem powstał od razu w środę. Moja siostra zajmowała się wszystkimi sprawami prawnymi, finansowymi i gospodarczymi rodziny. Daniela zostawiła notarialne upoważnienia dla nas, gdyby cokolwiek się stało. I tu pojawiły się dwa problemy, do których potrzebujemy pana. W piątek, dzień po formalnym zgłoszeniu zaginięcia, odebrałam telefon z banku informujący o wypowiedzeniu umowy i wystawieniu bankowego tytułu egzekucyjnego. Wczoraj popołudniu przyszło zawiadomienie poleconym. Nie muszę chyba nadmieniać, że nie tylko spłacałyśmy wyjątkowo regularnie, ale dokonywałyśmy regularnych dużych nadpłat.”

Mniam. Już chciał prowadzić tą sprawę. Krokowska nawet sobie sprawy nie zdawała, ile w jej opowieści było łamania prawa przez bank. A może nawet wiedziała, w końcu nietrudno było znaleźć formalne warunki dla wystawienia tytułu egzekucyjnego. Procesy przeciwko bankom nadal w Polsce nie były częste, ale to był ogromny niezagospodarowany rynek dzięki samowolce pracowników banków. W dodatku często oznaczało to stawianie przeciwko znanym wielkim kancelariom. Kochał takie bitwy. I nigdy żadnej nie przegrał!

„Znajomy, Sławek Kowalski, polecił Pana jako specjalistę z licznymi sukcesami w podobnych sprawach. W międzyczasie wynikł drugi problem, natury organizacyjnej. Daniela zarządzała wszystkim, mamy upoważnienia – lecz co z tego, nie znamy banków, funduszy, numerów identyfikacyjnych. Zostawiła cały stos, dwie szafy papierów, pełnych prawniczo-bankowego bełkotu, część nawet po niemiecku. Z samej jej firmy ma trzecią szafę. Daniela była zorganizowana, wiem, że gdzieś jest lista umożliwiająca kontrolę nad tym. Laptop został wprawdzie w domu, usiłowałyśmy złamać hasło przez pół nocy. Podsumowując…”

„Bajzel do uporządkowania.” podsumował krótko „I jeden nadgorliwy bank. Będą potrzebne mi te dokumenty, dam paniom listę. Muszę też wiedzieć, czy nie otrzymywała żadnej osobnej korespondencji z banku, która pań nie dotyczyła. Możemy obejrzeć te dokumenty, które zostawiła? Także te, które wydają się nieistotne.”

„Oczywiście.”

„Proszę mnie źle nie zrozumieć… ale w tych dokumentach mogą być bardzo prywatne sprawy.”

„Wiemy.” młodsza nie zawahała się ani chwilę „Daniela nienawidzi, kiedy ktokolwiek wtrąca się w jej życie. Jest bardzo zamknięta w sobie. Ale… to na nas spadną konsekwencje, jej złość albo ludzie wykorzystujący ją i nas przez naszą niewiedzę.”

To mogło być paskudne. Grzebanie w prywatnych sprawach rzadko było ciekawe, ale owocne w sekreciki których nie chcieli ujawniać. Z drugiej strony, jeśli powie Karolowi, że załatwi tą sprawę z polecenia Sławka, dzięki czemu będzie miał znacznie więcej wolnego. I szansę na kolejną wygraną przeciw bankowi. Upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu.

„Rozumiem. W jakim banku mają panie kredyt?”

„mBank.”

Skrzywił się. Oni byli zaprawieni w bojach sądowych. Nie tylko dzięki głośnym nabitym w mBank, ale całkiem sporej ilości znacznie mniejszych i wyciszonych pozwów. Sam przeprowadził dwie sprawy, i chociaż wygrał, to stawanie przeciwko kancelarii która zazwyczaj reprezentowała przeciwnika zapowiadało się na masakrę. Jednych bądź drugich.

„Kiedy mogę odebrać dokumenty? Im szybciej zaczniemy, tym lepiej.”

„Mieszkanie stoi teraz puste, zajmie to tyle, co dojazd i spakowanie ich w pudło. Ze sobą mam tylko swoją część.”

~ * ~

Nie wiedział, czy to jego talenty negocjacyjne czy desperacja Krokowskich, efekt był jeden: miał wystarczająco długo klucze w ręku, by sporządzić kopie. Wspólnie zapakowali papiery w kartony i zawiózł je do biura. Zaangażował stażystę i pozbył się kłopotu. Nie wątpił, że rano dostanie pełen raport. Przy pakowaniu wyglądało na to, że ma fioła na punkcie porządku, więc zapewne niewiele pozostawało do odkrycia.

Żal… miał nadzieję, że zaginiona nie będzie kolejnym mutantem z rodzaju mam pięć szczoteczek do zębów i nie wiem co to stringi….

Wieczorem kiedy zajechał do mieszkania, powitała go dziwna pustka. Dwoje lokatorów było na własnych urlopach, mógł więc swobodnie działać.

Przeszukał wszystkie typowe miejsca, ale nadal nie natknął się na żadną wskazówkę. Dopiero odpinając z korkowej tablicy karteczkę, wyczuł że nie była zwykłej grubości. Odwrócił, z tyłu była przyklejona koperta, jaka zwykle służyła do przewozu banknotów.

Nie była pusta i zawierała nie tylko to, czego szukał, ale i znacznie więcej. Znalazł odpis notarialnego, kilkunastostronicowego testamentu, sporządzonego ze dwa miesiące temu. Oprócz tego była tajemnicza, długa lista cyfr zadrukowanych na pojedynczej kartce, zwykła kilkugigabajtowa karta pamięci, paszport i pliki z pieniędzmi. Niedowierzająco przeliczył pieniądze. To było ciekawe, komplikowało sprawę. Zaczynał podejrzewać, dlaczego Kowalski przysłał Krokowskie do niego. Czyżby nie chciał, by grzebały w sprawach w których nie powinny?

Pracownica jakiegoś biura nie zarabiała tyle w rok. Ba, w dwa lata. Pytanie, czy kasa była legalna czy nielegalna, do kogo należała?

Zajrzał do kuchennych szafek. Miała kilka rodzajów kawy w niemieckich pojemnikach. Z aprobatą wybrał jeden i wstawił wodę w elektronicznym czajniku.

Kawa mile łechtała podniebienie, kiedy zaczął czytać testament. Przeczytał raz i drugi.

„To niemożliwe…” zadumał się na chwilę. Brakowało fragmentu układanki. Zostawiała legalny spory majątek głównie siostrze, w dalszej kolejności matce i dalszym krewnym. Zapisy były wyjątkowo konkretne i precyzyjne, zrobione zaraz po zmianie prawa spadkowego kiedy wreszcie można było zapisać konkretne rzeczy różnym spadkobiercom. Więc to nie była ściema autorstwa Kowalskiego. Kim była Krokowska, a przede wszystkim jakim cudem do diabła, bez wiedzy rodziny i bliskich wspięła się tak wysoko? Ukochana rodzinka zawsze należała do najbardziej wścibskich osób w otoczeniu, zazwyczaj zdołała bardzo dobrze wywąchać pieniądze niczym świnki trufle.

Zerknął na kartkę z zadrukowanymi cyframi. Pewnie loginy i hasła, zapisane w jakimś szyfrze. Konia z rzędem, czy też świnkę z truflą temu, kto zgłębi umysł nieszczęsnej autorki. Spakował wszystko do torby, dopił kawę i usunął ślady bytności.

Czas najwyższy pozwolić asystentom się wykazać. Wstąpi po coś na wynos, mikrofala pokaże magię postępu technologicznego; jak się pospieszy zdąży w międzyczasie wziąć prysznic. Zapowiadał się długi wieczór i jeszcze dłuższy następny dzień.

~ * ~

Ostatnia rzecz, którą mógł przewidzieć, zdarzała się właśnie na jego oczach. W pierwszych sekundach uważał, że to przewidzenie. Lecz nie. Na kanapie przy jego gabinecie siedział nikt inny, jak sam Kowalski.

A sprawa wydawała się tak piękna na początku, no może za wyjątkiem beznadziejnych sweterków Krokowskiej. Ania powitała go ciepłym uśmiechem, radosną informacją, że klienci na ósmą odwołali właśnie spotkanie… ciekawe dlaczego... a raport z BIKu o Krokowskiej leżał już na jego biurku. A dzień zapowiadał się tak pięknie.

Kowalski przywitał go ze zwykłą pewnością siebie. Nie mógł już teraz powstrzymać spekulacji i domysłów. To było absolutnie ostatnie czego spodziewał się po sprawie, sądził jak każdy, że przysłał mu rodzinę jakichś swoich pracowników. Ale bigos. Na razie bezmięsny, ale słabo uśmiechało mu się bycie jego głównym składnikiem.

Nie czuł się na siłach przeciwstawiać komuś takiemu. Lubił swoje członki ciała, wszystkich pięć sztuków. Za każdym bardzo by tęsknił. Mocniej niż za wolnym!

Zapytał o sprawę. Odpowiedział więc zgodnie z prawdą.

„Brakuje fragmentów układanki. Zatrudniłem wczoraj ludzi, by przekopali się przez dokumenty, zebrali międzybankowe informacje i sprawdzili, na ile to możliwe, kto i dlaczego podpisał od razu egzekucję.”

„Pańskie zdziwienie wynika… z mojego osobistego zaangażowania czy kwestii, o których nie wiem?”

„Kwestie prawne… i doświadczenie z bankami.” dodał po chwili wahania „Dziwi mnie ten tytuł, abstrahując od jego nielegalności – nie zdarzyło się coś, co by go wywołało ani nie upłynął od tego odpowiedni przewidziany przepisem czas. Daniela Krokowska nie była… jest, szarym klientem, ma sporo gotówki na której bank z chęcią by zarobił albo zabrał w pierwszej kolejności. Prawdopodobnie o czymś nie wiemy, to tylko kwestia czasu.”

„Nie wydaje się pan zaniepokojony.” zauważył bez trudu.

„Nie.” potrząsnął głową „Na szczęście dla pań Krokowskich, ich krewna była przezorna i zostawiła zabezpieczenia. Z tego, co dotychczas wyniosłem… była rzeczywiście osobą, która znała się na tym, co robi.”

„Była księgową. Doradzała głównie. Miała zadowolonych klientów. Sprawa nas martwi. Absolutnie nie chcemy, by panie Krokowskie straciły to mieszkanie.”

„Nie stracą.” był spokojny. Jeśli to tyle, to naprawdę nie było powodów do obaw. „Czekamy jeszcze na wynik z pracowni, łamią hasło do systemu.”

„Przystoi prawnikowi?” Kowalski zaironizował. Oboje wiedzieli, że wymagał efektów, a efekty wymagały działań nie mających wiele wspólnego z oficjalnymi zajęciami i działaniami prawników.

„Całkiem legalne.” odpił pałeczkę „W upoważnieniach zostawionych dla siostry było wszystko, a my nawet na skan dysku nie mamy czasu. Wygląda na to, że za życia lub swojej obecności nie lubiła, jak ktoś ją sprawdzał albo miał dostęp do tych danych, ale nie miała nic przeciwko temu by siostra miała w razie problemów. Wygląda na mało ufną osobę, nawet wobec najbliższych.”

„Łagodnie ujmując.” Kowalski parsknął „Cóż, wygląda na to, że zajmuję Panu niepotrzebnie czas, który może Pan efektywniej wykorzystać.”

„Ależ skąd. Sprawa po prostu wymaga najpierw zebrania informacji, nie mamy jeszcze nawet połowy. mBank ma dobrych prawników, ale nawet oni nie obronią tytułu egzekucyjnego wystawionego dla osoby wypłacalnej i jednocześnie zaginionej. Ruszyli wzorowe klientki, z pieniędzmi, które w dodatku dosyć jasno uregulowały sprawy na nieszczęśliwe wypadki. Może się sprawa przeciągnąć, nie przewiduję jednak problemu.”

„Cieszy mnie to, że jest pan tak pewny efektów swojej pracy…”

„Mam wzorową klientkę.”

I ból głowy po jednym dniu jej sprawy. Rozmawiał z Kowalskim jeszcze przez kwadrans, zanim łaskawie pozwolił mu zająć się pracą i wyszedł z jego biura. Ponuro kazał odwołać kolejne swoje spotkania, a te których nie mógł, przeniósł na innych.

Wizyta Kowalskiego zaciążyła na nim bardziej, niż chciał przyznać się przed innymi. Chociaż pewnie nie połamałby mu kości osobiście, gdyby nie załatwił tej sprawy, nie miałby czego szukać w tym mieście, nawet z rodzinnymi koneksjami. Zamówił drugie śniadanie i pogrążył się w raportach dostarczonych przez stażystów, asystentów i Anię. Sporo tego było, miała długą historię, ale większość analiz sugerowała absolutnie coś przeciwnego niż konieczność wystawienia bankowego papierka.

Miała tylko wspólny kredyt z siostrą, który ostatnio nadpłaciła i kartę kredytową ze sporym limitem. Przewertował dotychczasowe wyciągi z karty, nic niepokojącego, może za wyjątkiem dużych, regularnych płatności w jakiejś prywatnej przychodni i umiejscowionej tam aptece. Była chora i bank się dowiedział? Wątpił w taki scenariusz, aż tak głupi to nie byli. W banku na rynku do dwunastej nic się nie dowie, kierownika ani wyższego pracownika działu windykacji znaleźć było trudniej niż naturalną blondynkę w Chinach.

Z westchnieniem sięgnął po raport z BIKu i niemal podskoczył, widząc punktację. Mam was! chciał zanucić, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Minęła niemal godzina, zanim przekopał się przez tabelę samego hipotecznego i trzyletnią historię karty kredytowej, zanim znalazł powód.

Karta kredytowa, której termin spłaty mijał w zeszły czwartek, nie została spłacona, jak również kwota minimalna. W piątek wpisali to w BIK, drastycznie zmniejszając jej zdolność kredytową, ba, praktycznie niszcząc kompletnie. Idioci. Z tego samego powodu też wypowiedzieli umowę i wystawili tytuł miesiąc za wcześnie, zapewne zegarki z radości im nawaliły. Miodzio, odszkodowanie będzie piękne, może nawet na prowizję dla niego starczy.

Sięgnął po kartkę, którą zostawiła Krokowska. Zapisana była cyframi; wrzucił ciąg w specjalny program który szybko wyłapał które cyferki są zapisane jako identyfikatory. Gorzej z hasłem, nie mógł próbować dostępu bez końca, kanał zostanie szybko zablokowany.

Pozostawała wizyta w oddziale, i niech będą przeklęci jeśli miał czekać aż odpisy notarialnych upoważnień trafią do centrali ich wewnętrzną pocztą. Do jednego miał nawet blisko, i raczej go tam nie lubili. Uśmiechnął się pod nosem. Może jednak jego kości nie skończą jako przysmak kurczaków…

~ * ~

Udobruchanie Danieli było poważną sprawą. Luiza naprawdę nie miała ochoty na jej wyjazd, polubiła dziwaczną cudzoziemkę za brak uniżoności i traktowanie jej jak normalnego człowieka, ale ojciec się uparł więc nie miała wpływu na tą decyzję. Zapomniała wspomnieć, że stroje miały być dla niej, co tak przeraziło biedaczkę że zamknęła się w swoim pokoju i nie wychylała stamtąd nosa.

Właściwie stroje miała nabyć pastorowa, ale Luiza nie mogła odmówić sobie tej wycieczki. Średnio też ufała pani Gourmand, tej kobiecie w głowie były piękne ubrania tylko dla swojej córki i na pewno nie chciałaby dla niej konkurencji. Gene była w wieku akurat na szukanie męża, co nie umknęło żadnej z jej krewnych płci żeńskiej. Większości za to umykał buntowniczy duch Gene, który Luiza bardzo w niej podziwiała. Chciała mieć takie poczucie humoru i siłę charakteru. Sama była zwykłą dziewczyną, jedyne co ją wyróżniało to pochodzenie i nieciekawe perspektywy ekonomiczne, jeśli nie zdoła wyjść za mąż przed śmiercią ojca.

Nie miała najmniejszej ochoty być podopieczną stryja, on najpewniej wyrzuciłby ją na bruk, zanim doszłoby do pogrzebu. Równie mało ochoty miała na zamążpójście. Szczerze, która kobieta chciałaby być uzależniona od jakiegoś obcego mężczyzny, udającego zainteresowanie, a w rzeczywistości liczącego na korzystne koneksje i posag? Towarzystwo było zmanierowane, nie chciała wydawać się za jednego z nich, ale pewnego dnia nie miałaby wyboru.

Do tego czasu mogła korzystać z jednej z niewielu prawdziwych znajomości, ale popsutą przez własną niedomyślność. Daniela nie należała do snobek, a najwyraźniej urazili jej dumę. Trudno było niezamężnej kobiecie, bez koneksji, przyjąć taki podarunek. Nawet jeśli pochodził od męża uratowanej kobiety. Gdyby się nad tym zastanowić, to chyba ojciec miał rację, że powinna wysłać pastorową… tylko efekt byłby koszmarny. Przeklęta etykieta.

Zapukała cicho do jej pokoju, odpowiadało jej stłumione proszę. Daniela siedziała przy oknie, jej dłonie były zajęte robótką. Odkrycie, że potrafi co nieco, jakoś jej nie zdziwiło. Wybrała raczej zadziwiający zestaw do robótek, ale wiedziała w czym wybierała. Do tego kupiła wczoraj po zakupach cały zapas materiałów, co wywołało prawdziwy, szczęśliwy uśmiech na twarzy Danieli, i przełamało impas po katastrofie z krawcową. Miała cichą nadzieję, że od wczoraj humor się jej poprawił. Nadal nie jadała posiłków z nimi, za co była zła na ojca. Jak chciał się wywyższać, niech to robił nad Cedrickiem, a nie jedną z najbardziej wartościowych osób w tym domu. Nie tak okazywało się wdzięczność za uratowanie swojej kobiety i córki. Jej matka mogła być martwa, podobnie jak siostra, a ojciec traktował ją tak protekcjonalnie. Wcale się jej to nie podobało!

Niestety zostało im ledwie parę dni razem, więc musiała zapewnić, że była mile widzianym gościem na plebanii należącej do Gourmanda. Tak wiele tygodni nie minie w końcu, zanim wyjadą na wieś i będą mieszkały na tyle blisko, by się widzieć bez dezaprobaty ojca.

„Coś się stało?” spojrzenie Danieli spoczęło na nią z uwagą. Dzisiaj jej oczy były bardziej szare niż granatowe. Miała dziwne oczy, zmieniały się w zależności od różnych rzeczy. Kiedy bolała ją głowa, były mętne. Kiedy się uśmiechała, przeważały szare iskierki. Czasem z byle powodu zmieniały się, niczym kalejdoskop, zupełnie jakby tysiące myśli naraz przechodziły przez jej głowę.

Była więc w dobrym humorze, liczyła więc na łut szczęścia. Niestety musiała tak dobierać słowa, by zrozumiała. Nie było to łatwe, nie z tym co chciała wyrazić. Aaach, dlaczego nie uczyłam się języków zamiast dygania? To nie w porządku; guwernantka uczyła ich co najwyżej francuskiego i prostego siedzenia, a nie rzeczy przydatnych w życiu.

„Przyszłam porozmawiać o twoim wyjeździe. Miałam nadzieję… mam… że nie poczytasz tego za bezczelność, narzucanie się… wiem, że papa chce dobrze, na pewno nie będzie przeciwny… czy mogłabym odwiedzać się u Gourmandów? Wkrótce wyjedziemy do naszej wiejskiej posiadłości, jak tylko mała będzie mogła podróżować. Stamtąd mamy znacznie bliżej do siebie, niecałe dwie mile. Nie będziesz miała nic przeciwko?”

Wydawało się jej przez chwilę, że Daniela tłumi uśmiech, ale to była chyba tylko iluzja.

„Nie, nie mam nic przeciwko.” odpowiedziała poważnie „Nie znam Gourmandów. To zapewne zacni ludzie, lecz przecież całkiem mi obcy. Bardzo się cieszę, że chcesz kontynuować znajomość. Sprawi mi to wiele radości. Mam z kolei także prośbę do ciebie.”

„Tak?” zachęciła.

„Czy mogłabym do ciebie pisać? Mój angielski nie jest doskonały, lecz mam nadzieję, że mniej zwrócisz uwagę na formę niż na intencje…”

Luiza była słodka i zaniepokojona, nie było trudno się zgodzić. Kolejne dni upłynęły na ostatecznych przymiarkach, czytaniu beznadziejnych opowiadań w wersji niemieckiej i angielskiej, wprawianiu palców w robótkach ręcznych. Nic nowego, nic niezwykłego nie stało się przez te dni i godziny, może za wyjątkiem nudnej jak flaki z olejem uroczystej kolacji na której spotkała kilku innych, zaproszonych gości.

Myślałby kto, że życie arystokracji było ciekawsze. Ale tak naprawdę za zamkniętymi drzwiami nie działo się nic, do czego by tęskniła, co by podziwiała, co chciałaby kontynuować…

~ * ~

Pastor Gourmand wcale nie był przyschniętym staruszkiem, jak się obawiała. Wyglądał całkiem młodo, najwyżej na czterdziestkę, chociaż musiał mieć więcej. W oczach czaił się humor, podobnie u jego córki. Gene miała niezwykłe oczy – bursztynowe, kiedy tylko się w nie spojrzało, nie można było oderwać wzroku. Pani Gourmand była podobna do córki, ale była blondynką, a w jej oczach zamiast humoru czaiła się stateczna godność pani pastorowej. Przywitała ją dosyć oficjalnie, zajmując stanowisko w hierarchii, jednoznacznie sugerując, że jest tylko gościem.

I życie stawało się wspaniałe…

Małomiasteczkowa plebania nie była oczywiście pańską rezydencją, co jednocześnie smuciło i jednocześnie było ogromną ulgą. Nie mieszkała już w muzeum, lecz w normalnym domu. Miało to swoją wadę. Gourmandowie nie byli bogaci, chociaż dom świadczył o zamożności na równi z misterną fryzurą pani domu. Mniej służby oznaczało, że musiała sobie radzić sama i nie miała już na swoje zawołanie pielęgniarki ani pokojówki. Co za szkoda… Nawet zaczynała się przyzwyczajać do tego luksusu.

Gene prowadziła do nowego pokoju, mieszczącego się naprzeciwko jej własnego. Był urządzony znacznie prościej niż rezydencja, i po raz pierwszy poczuła ukłucie. Anglicy, czy nie, dziewiętnastowieczni dekoratorzy nie słyszeli o żywych barwach w dziewiętnastym wieku. Wnętrze, chociaż sprawiało wrażenie dostatku i porządku, było tak ponure i ciemne, że miała ochotę uciec. Zatęskniła za swoim dawnym pokojem w Białogórze, z kolorowymi ścianami bez śladu tapet. Ciemne meble, ciemna tapeta, tylko właściwie łóżko było zasłane jasnymi prześcieradłami.

I puste.

Myśl przyszła nagle, nie wiadomo skąd. Wstrząsnęła się. Może była cnotką przez ostatnie lata, a może nie – nie mogła nic o tym czasie powiedzieć, ale trochę przerażało jak coś nagle pojawiało się w jej głowie. Albo w zachowaniu. Wiedziała podświadomie dużo rzeczy, i dopóki się na nich nie skupiła, przychodziły naturalnie.

Jak chociażby głupie sztućce przy stole. Uroczysta kolacja nie wprawiła jej w zakłopotanie, niemal mechanicznie wybierała właściwe sztućce. Wiedziała, których użyć, chociaż tego nie pamiętała. Majaki o dawnej pracy w hotelu niewiele były przydatne, z biegiem lat przecież niektóre zasady korzystania uległy zmianie, jak również zwyczaje i konwenanse znane w Polsce były inne w Wielkiej Brytanii. Nie wspominając o różnicy dwóch stuleci. Gdzieś tego musiała się nauczyć tak dobrze, że stało się naturalną czynnością. Ciekawe, gdzie? Albo kto ją nauczył?

O czymkolwiek by nie pomyślała, cały czas myśli wyjeżdżały w stronę tego niebezpiecznego tematu. Co przez lata tu robiła? Jak trafiła do tego dziwnego świata? Dlaczego nikt jej nie szukał? Czy ten ktoś wiedział, skąd była? Raczej nie… to nie było możliwe, nie wierzyła w to, by komukolwiek z dobrej woli opowiedziała tak fantastycznie brzmiącą historię. Uznano by to za majaki szaleńca.

Jej samej własne życie wydawało się szaleństwem. A zwłaszcza tu. Musiała coś zrobić, coś wykonać, inaczej zwariuje. Nie nadawała się do siedzenia w domu i nudów, skazana na fakt, że większość działań publicznych należały do facetów. Boże, dzięki ci za feministki i dwie wojny światowe. Właściwie tylko zamożne damy, i to niepowstrzymywane przez mężów, braci, ojców, i całą inną męską plejadę „mądrali”, były aktywne poza domem albo czymś zarządzały.

Miała szczerą nadzieję, że gdzieś tam nie wyszła za mąż. To byłaby katastrofa!

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *