Chaos i masakra (1)

Chaos i masakra.

Takie nieco dziwne opowiadanie, które przyszło mi do głowy w okresie największego braku weny. Akcja dzieje się jednocześnie w dziewiętnastym i w dwudziestym pierwszym wieku. Główna bohaterka Daniela budzi się nagle prawie dwieście lat wstecz i zupełnie nie wie, co ze sobą począć. Nie zabraknie przystojnych bohaterów i złośliwości ze strony antybohaterów.

Pierwsze opodawanie z serii jest juz ukończone, drugie pisze się, a kolejne…. hm. Kiedyś.

Każde opowiadanie jest zamkniętą historią.

 

1.

„To jakiś szalony piąty element…” frustracja w głosie mężczyzny była jasna, nie tylko dla obecnej w pokoju starszej kobiety, ale i wszystkich innych, którzy chcący bądź niechcący uczestniczyli podsłuchując rozmowę. A było ich całkiem sporo, poczynając od służby pana domu po kancelistów i sekretarzy. Któżby zresztą nie chciał podsłuchiwać awantury w tym temacie? Poszukiwanie spadkobierczyni zmarłej pani Krokowskiej nie utrzymywało tego kramu, ale było nierozwiązaną sprawą która niczym cierń kładła się na reputacji ich pana. Gdzieś tam czekała fortuna, całkiem dobrze i bezpiecznie ulokowana, jak niosła wieść gminna. Młoda Krokowska będzie bogatsza niż niejeden wojewoda, i każdy był jej ciekawy. Nieco mniej osób było ciekawych, co się stanie z pieniędzmi, jeśli nie zostanie odnaleziona. I najwyraźniej awantura była także o to właśnie… „Szaleństwo… szukacie wiatru w polu. To niemożliwe znaleźć tą dziewczynę. Nawet nie macie podejrzeń, gdzie jej szukać. To głupota! I niby dlaczego pieniądze miałyby być jej…?”

Aaaa… i dochodzili do sedna tego konfliktu. Podejrzewała od dawna, że tlił się w nim bunt. Byli tu już dosyć długo, do tego stopnia że niektórzy nabierali tutejszych manier i poglądów. Zwłaszcza tych, że mężczyzna góruje nad kobietą i jemu należy się wszystko. Przypominać skąd mieli pieniądze, i jak sobie niektórzy „mężczyźni” z nimi radzili, lepiej im teraz nie wytykać. Dla nich pieniądze były namiastką odzyskania jakiejś normalności w życiu i pozorów wygody. Dzieci cywilizacji... Niektórych wyborów ekipy żałowała już dużo wcześniej, teraz, po wielu latach odkąd wszyscy tkwili w dziewiętnastym wieku, miała się znacznie bardziej na baczności. Daniela byłaby z niej dumna – zawsze podejrzewała wszystkich o najgorsze, szczególnie po rozwodzie rodziców miała do tego wyjątkowo pesymistyczne i podejrzliwe podejście. Oskarżała każdego o chęć korzyści z ich nieszczęść; niestety czas pokazał jak niewiele jej oczekiwania różniły się od rzeczywistości. W XXI wieku niewielu było tych, którzy dbali o nich naprawdę, więc bez żalu podążyła znów dwieście lat wstecz by ją znaleźć. To był jej cel, przez lata był ich. Przysięgła to sobie, że ją odnajdzie, nawet jeśli to byłaby ostatnia rzecz do zrobienia.

A za dziesięć lat wiedziała gdzie się pojawi, tylko że sytuacja pod ręką zaczynała ją niepokoić. Być może nie miałaby tyle czasu, przynajmniej nie póki nie załatwi tego jakoś. A pieniędzy idiocie nie zamierzała dawać, nie poradziłby sobie z nimi. Udowodnił to ponad wszelką wątpliwość. Miał wszelkie dane, by niezależnie od ich misji, stać się niezależnym materialnie, zamiast tego wolał jęczeć, ba, nawet okradać zmarłych. Był paskudnym dzieciakiem socjału i podatków, dzieciakiem cywilizacji z której wywodzili się oboje…

Pieniędzy miała w brud, ale wolała rozwiązać to w inny sposób. Dla nich to była praca, pewnie i urażona duma, masa urażonej męskiej dumy. Dla niej to był cel w życiu, poprzysięgła przed laty że ją znajdzie, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz jaką którakolwiek Krokowska w życiu zrobi! Nie musiał tego rozumieć, ani popierać, ale zamach na pieniądze małej – prędzej przeszedłby po trupie ich wszystkich, niż by je dostał! Zarozumiały gnojek…

„Tylko ci przypominam, że te pieniądze, o które się tak pienisz, należały do jej matki. I miała prawo robić z nimi, co jej się żywnie podoba. Nie przypominam, by zapisywała je moim pracownikom.”

Słowa tylko rozsierdziły jej rozmówcę.

„Krokowska nie żyje. Od lat.” wycedził przez zaciśnięte zęby „A my szukamy wiatru w polu, bez żadnej korzyści z tego!”

„Brak korzyści? Wiem doskonale, ile ci płacę, stawka była potrojona właśnie ze względu na trudność, a teraz stoisz przede mną jak idiota i żądasz pieniędzy kobiety, którą zobowiązałeś się odnaleźć… I?” spytała retorycznie i docięła „Każdego pracodawcę ergo byłego pracodawcę chcesz ograbić z jego pieniędzy, tylko dlatego że nie potrafisz wykonać swojej pracy i znaleźć jego spadkobiercy? A może nie chcesz, bo chcesz zagarnąć pieniądze?” złościła go dalej „Jeśli Krokowska zostanie przez was znaleziona, wasze wynagrodzenie będzie adekwatne z umowy. Zostało to prawnie zabezpieczone na długo przed naszą rozmową. Nie umiesz jej znaleźć, możesz zrezygnować. Dostaniesz odprawę przewidzianą w umowie… i radzisz sobie sam. To naprawdę prosty wybór.”

Zgrzytnął zębami. Zbyt wielu podsłuchiwało, aby mógł powiedzieć opornemu, durnemu babsztylowi co sądzi o jej obsesji. Jeśli będzie miał poparcie większości, odbiorą co im należne było za całe to szaleństwo! Żadne pomysły ani prawnicy nie uchronią babsztyla. Oni też potrafili być skuteczni.

Ciężko było wręcz uwierzyć, że nie obawiała się ich wiedzy, że nie bała się o ten majątek i mogła ich zbyć. Roześmiał się złośliwie w duchu. Jeszcze się przekona, jeszcze zobaczy, jak niepewna była jej pozycja. Pieniądze będą ich, a ona mogła iść do piachu.

~ * ~

Czym innym było zwiedzanie, czym innym mieszkanie na co dzień w muzeum. Chata jak chata, to był pałac pełen ludzi biegających cichaczem w tę i z powrotem, a mimo to utrzymanie stałej temperatury graniczyło z cudem. Wychwalała pod niebiosa wynalazców centralnego ogrzewania, bieżącej wody i kanalizacji. Zawsze ją dziwiło, jak ludzie w poprzednich stuleciach żyli i obywali się bez tego. Cóż, teraz już wiedziała. Poznanie detali od praktycznej strony nie należało do przyjemnych! Tęskniła nawet do takich pierdół jak pasta do zębów i długopis!

Przerażała ją codzienność. Współcześni nie doceniali tak wiele, żyli na co dzień bez większego wysiłku lepiej niż niejeden bogacz w dziewiętnastym wieku.

Doceniała niesamowite szczęście, jakie ją spotkało. Podróż w czasie, normalnie wow! I od razu trafiła do pańskiego stołu, ratując jakąś ważną damę i na tacy miała różne zaszczyty. Tylko życie nadal jawiło się jak jakiś durny koszmar na jawie. Nie bardzo rozumiała, jak jednego dnia możesz położyć się spać w pięknej polskiej nadmorskiej miejscowości XXI wieku, otoczona nowoczesnymi zdobyczami cywilizacji, a obudzić poturbowana dwa wieki wcześniej w innym miejscu kontynentu. Trochę to szczęście było wybrakowane, jak na jej gust.

Z Trójmiasta do Londynu było bardzo daleko, mierząc nawet miarą XXI wieku. Co u licha ją przygnało? W jakim celu? Kto ją przysłał? To nie był sen, wbrew jej początkowym nadziejom, rzeczywistość wokół była cholernie realna.

Przerażały ją zmiany, które obserwowała na własnym ciele. Była sporo lżejsza, nie miała żadnych śladów po trądziku, a strzecha na głowie musiała rosnąć z parę lat. Nie miesięcy! Teoretycznie jako kobieta powinna się cieszyć, lecz wcale tak nie było. Jak wiele nie pamiętała? Co ją tak zmieniło? Co robiła na londyńskiej ulicy?

Pytania jak zwykle mnożyły się w jej mózgu niczym krewetki w 9 dystrykcie, niestety żadnego półautomatu by je skutecznie powystrzelać pod ręką nie miała. Jej szalona wyobraźnia pisarki zatrzymała się i padła w obliczu rzeczywistości. Została zmasakrowana… nawet świeży dopływ tlenu, o którym marzyła od chwili gdy pokojówka wbiła ją w gorset, nie pomógł.

I jeszcze to złośliwe, wredne uczucie, że jej dziwacznego zachowania dla domowników nie tłumaczyło cudzoziemstwo. Zresztą, tutaj cudzoziemka równało się wróg publiczny numer jeden. Normalnie jak Życiowa ciota kontra Święta Trójca. Tylko nikt potem nie mógł nasłać na nią krwiożerczych wiewiórek, co wcale ulgi nie stanowiło!

Zaśmiała się do siebie. Gdyby tylko znali jej myśli, uznaliby ją za szaloną! Może to dobrze jednak, że była w Londynie. Przynajmniej mało co rozumieli.

~ * ~

Pokojówki ciekawie wyglądały zza balustrady, kiedy do głównego holu wkroczyła głośna procesja z rannymi. Podobnie było również w dniu, w którym osobliwy młody gość wstał z łóżka i przy asyście pielęgniarki pokazał się pozostałym domownikom. Zaczęło się od szaleńczego biegu
Anny przez poddasze, kiedy tylko Miriam doniosła, że właśnie ubrała „młodą panienkę”. Ciekawość wygnała więc niemal wszystkich nad główny hol.

„Mówiłam, że ona jest jakaś dziwna…” Miriam szepnęła do Susan, która pomagała w kuchni „Chciała sama się ubrać, ale poległa przy gorsecie.”

„Nie zamierzam kłaniać się przed kimś, kto sam powinien mieszkać na poddaszu…”

„Nic o niej nie wiadomo. Może jest bogatą dziwaczką?” Miriam nadal była sceptyczna „Widziałaś koronkę przy jej kołnierzyku? Albo wykończenie mankietów? Jej strój kosztował pewnie więcej, niż nasze roczne pensje.”

„Może pieniądze ma, ale damą nie jest.” zaprzeczyła „Patrz jak idzie, nawet prosto nie potrafi ustać.” prychnęła z pogardą.

„Uwaga!” ktoś z tyłu ostrzegł, lecz było za późno, z jednego z korytarzy majestatycznie wypłynęła pani Barnes, ochmistrzyni.

„Ufam, że macie wiele innych zajęć.” rozbiegli się w popłochu. Pani Barnes rzuciła tylko krótkie spojrzenie na młodą dziewczynę, schodzącą z pomocą pokojówki po schodach do głównego, błękitnego salonu. Nie była niedowiarkiem, ani plotkarą jak reszta służby. W jednym z nimi się zgadzała – w ich gościu było coś dziwnego. Kiedy prawie miesiąc temu jaśnie pani została zaatakowana, to właśnie jej zawdzięczali życie ich pani i dziecka. W ataku obca sama została ranna, zasłoniwszy lady Jane. Głupia pokojówka stała w tym czasie jak sparaliżowana, ocknąwszy się dopiero kiedy ranna młoda kobieta ich przepędziła! Sprowadzono naprędce pomoc i ku przerażeniu całego domu włączając w to ciężarną jaśnie panią, młoda dziewczyna była więcej niż poważnie ranna w głowę. Lekarze wątpili, by z tego wyszła. Zaskoczyła ich ponownie, bo wracała do zdrowia. Dziwna jak dziwna, ale odznaczała się silną wolą życia. Po trzech tygodniach ledwie zdołała wstać z łóżka i pokojówka pełniąca rolę jej pielęgniarki prowadziła ją teraz do państwa na popołudniową herbatę. Doprawdy, miała żelazne zdrowie i wielką siłę woli do wstania z łóżka…

Atak miał kilka konsekwencji. Jaśnie pani urodziła przedwcześnie śliczną dziewczynkę. Niestety kolejna dziewczynka, a nie tak długo wyczekiwany syn i spadkobierca. W tym stanie wcześniej obie panie nie miały szans porozmawiać i sama pani Barnes była ciekawa efektów tej rozmowy.

Doktor Janes zdiagnozował amnezję, na szczęście nie zapowiadała się trwale. Nieco komplikacji dodawał fakt, że młoda panna była cudzoziemką i niewiele mówiła po angielsku, mając duże trudności w porozumiewaniu się z otoczeniem. Doprowadzało to obsługującą ją pokojówkę do płaczu, ale w skrytości ducha podejrzewała, że oficjalna przyczyna nijak miała się do rzeczywistej. Miriam była niepoprawną plotkarą. Szczęście dla jej pacjentki, nie była jedyną obsługującą chorą i jakoś obyło się bez większych zgrzytów.

Pani Barnes wątpiła, by nowozamieszkała miała złe intencje. Było jej wystarczająco trudno w obcym kraju, w obcym domu, nie znając swojego nazwiska ani rodziny. Niepewna, bez pieniędzy czy przyszłości, wystarczająco musiała się obawiać o swoje życie by jeszcze knuć z lordem Cedrickeim.

~ * ~

Nawet tak zaciętą i zamkniętą osobniczkę płci pięknej jak ją, od czasu do czasu ktoś lub coś oświecało. Obecnie nie mogła liczyć ani na krwiożercze wiewiórki, ani na szaloną Kicie, musiała więc z konieczności skorzystać ze źródeł tymczasowo dostępnych.

Na pokojówkę ledwo co mogła liczyć, najczęściej prawie doprowadzała biedaczkę do łez. Zostawała biblioteka, którą łaskawie podczas herbaty pozwalano jej przejrzeć.

Szczęściem, Longbottonowie mieli kilka pozycji po niemiecku. Angielski jej nie pasił, mimo że praktycznie wszyscy wokół świergotali wyspiarskim narzeczem. Miała go serdecznie dosyć!

Życzliwość jej gospodarzy nie spotykała się z brakiem wdzięczności. Szczerze. Nawet ich lubiła. Wcale nie musieli jej pomagać, wbrew temu, co twierdzili, tym bardziej do tego stopnia.

Dziwne, bo niejednokrotnie odczuwała wstręt wobec innych za wszelkie przysługi. Tylko, że wówczas niejednokrotnie zastanawiała się, co było motywem pomagającego. W domu wszyscy wiedzieli kim była, nie mogła uciec od uważnych, skupionych i ciągle oceniających oczu. Ta sytuacja, niewesoła, wprawdzie, ale jakże uwalniająca! Nie wątpiła, że w domu były kliki i wszyscy aż nadto dobrze się znali, ale być w końcu szarakiem który nie stał ciągle na świeczniku plotek – to był raj.

Och, pewnie niejeden o niej plotkował, co za jedna, dziwna, postrzelona cudzoziemka. I każdy pewnie był daleki od prawdy, więc tym się nie przejmowała. Bo i po co? Martwiła się teraz bardziej o nieznaną przyszłość. Bóle głowy kiedyś miną, rana się zagoi i będzie musiała coś ze sobą zrobić.

Myśl nie była wesoła.

Kiedyś, w przyszłości, tyle poświęciła na naukę, by nie musieć harować, by być niezależną od rodziny i jakiegokolwiek faceta. By nie pracować fizycznie. Teraz to poszło w las, za wyjątkiem znajomości niemieckiego, co z jej studiami w ogóle kłóciło się zupełnie. Dwudziesto pierwszowieczna wiedza jakoś nie była przydatna w dziewiętnastym wieku i nikt nie płacił jej nawet w przybliżeniu tyle, co kiedyś. Psiakrew, nikt jej nie płacił.

Czuła się jak źdźbło trawy na drodze słonia. Ominie ją, zdepcze czy zje? Cokolwiek nie zrobiła, nie była w stanie ruszyć się z pozycji w którą los ją wrzucił. Miała ochotę wyć.

Cieszyła się tylko z tego, że przestała być na świeczniku. Bo kiedy rozpoznaje twoją twarz każdy mieszkaniec kilkunastotysięcznego miasteczka i połowa gminy, zaczyna człowiekowi zwyczajnie wychodzić to bokiem. Nawet Zmierzchu nie mogła swobodnie kupić, a o prezencie urodzinowym siostra słyszała od sąsiadów na dwa miechy wcześniej. Tutaj, oprócz ciekawości skąd się wzięła i zastanowienia nad dziwactwem, nikogo nie obchodziło jak się ubiera, co robi, co kupuje, czy się skrzywiła odpowiadając lub nie na dzień dobry… ani tym bardziej osobiste szczegóły.

Normalnie raj. Z odrobiną czarnego humoru… brakowało jej perspektyw. No bo czym mogła się zajmować? Robić na drutach (kicha, że potrafiła tylko szydełkować)? Czytać przenudną książkę, jedną jedyną, którą znalazła w wersji niemieckiej i angielskiej? Udawać, że rozumie chociaż połowę z paplaniny Luizy? Trochę nie bardzo….

W połowie czwartego tygodnia znów przyszedł lekarz, chociaż zapewne przyszedł tylko po to, żeby nabić rachunek Longbottonom. Niespecjalnie się nią zajmował i nie wykazywał żadnego zainteresowania. Chwilę zastanawiała się nawet, jak kiedykolwiek spłaci ten rachunek, ale postanowiła na razie się nie przejmować. Lekarze obecnie byli drodzy, ale temu to wystawiłaby rachunek za jego własną głupotę. Nie wkurzało się osoby, która ostatecznie płaci.

W międzyczasie Luiza próbowała nieśmiało flirtować z lekarzem, musiała jednak przyznać nieszczęsnej dziewczynie, iż była w tym gorsza niż ona sama! Doprawdy, jak już wierzyła, że ktoś w sprawach damsko – męskich był od niej gorszy, to musiało to być naprawdę, naprawdę złe.

Miała nadzieję, że sama nigdy tak kiepsko się nie rumieniła, dukając coś pod nosem. Chociaż nie, przypominała sobie ze dwa tego typu przykre incydenty, kiedy gwałtowny napływ krwi do mózgu nie skończył się za dobrze dla jej zdolności lingwistycznych… chociaż ciąg dalszy obu znajomości był dosyć dziwny. Ale w purytańskiej Anglii ciągiem dalszym lepiej było się nie chwalić, jeśli się było kobietą i to prawdopodobnie stanu wolnego.

Z wizyty lekarza był w końcu jeden pożytek – zalecał powolne opuszczanie łóżka na kilka godzin, poza tym nadal absolutny spokój i niedenerwowanie jej. Ciekawe czemu? zachodziła w głowę, ale lepsze to niż leżenie w łóżku i gapienie się w sufit, jak przez ostatnie tygodnie.

Luiza była podekscytowana nowinami i obiecała, że pokaże jej dom osobiście. Modliła się, by starczyło jej cierpliwości. Dziewczynie brakowało towarzystwa, jej samej też, tylko że każda mówiła językiem, który druga znała słabo. Porozumiewanie się przypominało bardziej pantomimę niż rozmowę dwóch wykształconych panienek.

Chociaż kto wie, może panienką nie była…? Dziwnym trafem wcale nie czuła się kobietą wolną. Wrażenie pochodziło gdzieś z zakamarków jej pamięci i nie opuszczało jej ani na chwilę. Nie pamiętała tak długiego okresu czasu, że wszystko mogło się zdarzyć.

~ * ~

Nie tak wiele mil dalej, w niedużym domu pastora Gourmanda, podobne myśli przechodziły przez głowę młodej Genevieve. Zadawała sobie to pytanie nieco ponuro, nieco z podekscytowaniem, nieco przerażona. Miała już dziewiętnaście lat i zaczynała być zaliczana przez wredne ciotki i kuzynki do do grona starych panien. Na samą myśl ją skręcało! Ona! Ona – starą panną…?!

Nie podzielała marzeń matki o statecznym mężu i gromadce dzieciarni, doprowadzającej każdą rozsądną kobietę do migreny; do diaska, miała inne plany życiowe! Właściwie to chciała wyjść za mąż, tylko nie za statecznego starego idiotę, jakiego od czasu do czasu życzliwa rodzinka ciągle podsuwała jej pod nos. Dzisiejszy obiad był kolejną kompletną porażką, mniej lub bardziej subtelne aluzje dzisiejszej gwiazdy wieczoru – oślizgłego starca doprowadzały ją do dreszczy obrzydzenia. Aż dziw, że taki zasuszony troll sprawiał oślizgłe wrażenie – i jeszcze ewidentnie szukał młodej dzierlatki.

Niech zbiera na nagrobek, a nie nową służącą, pftu, żonę. Dwukrotnie już żonaty, w dodatku jak jej ojciec był pastorem (szczerze współczuła jego parafianom), stanowił czyste przeciwieństwo tego, czego chciała w swoim życiu od mężczyzny. Kto by chciał utknąć w tym samym paskudnym małym miasteczku, gdzie leczyli hurtowo osoby z lekka niezrównoważone umysłowo, zakopać się w pieluchach i domowych obowiązkach, kiedy świat czekał otworem? Nie chciała ograniczeń, nie chciała by ktoś jak rodzice dyktował jej co ma robić i myśleć. A tym bardziej czuć! Nie czuła najmniejszej wdzięczności, że idiota zainteresował się nią, gapił się w jej dekolt jakby doznał co najmniej objawienia. Złośliwe parafialne plotkary już zdążyły wziąć ją na języki, debatując jaka to dla niej byłaby dobra partia… Miała inne pojęcie dobrej partii i zasądzało się ono w zielonym, kpiącym spojrzeniu które potrafiło jakoś nie zjeżdżać wzrokiem 10 centymetrów w dół, kiedy tylko z nią rozmawiał. Chociaż miała pewność, że niejednokrotnie tu i ówdzie to spojrzenie zatrzymywało się na dłużej, czego dowodem był jej och nie tak wolny stan.

Do dzisiaj nie wiedziała, co zaćmiło jej wówczas mózg, że przyjęła oświadczyny, a już kompletnie nie rozumiała dlaczego zgodziła się na utrzymanie tajemnicy. Wiedziała doskonale, odczuła parokrotnie na swojej skórze, dlaczego ich związek na razie nie powinien wyjść na światło dzienne, ale po co się na całą tą konspirację zgadzała…? Winiła jego, oczywiście, ten przeklęty zdradziecki język i wykwalifikowane ręce. Agrrr..! Traciła przy nim głowę, co gorsza, doskonale wiedział jak to wykorzystać.

Dlaczego nie potrafiła na odwrót? To było nie w porządku, w końcu to mężczyźni dostawali bzika na punkcie seksu, nie kobiety. Szczególnie jak ona, niezamężne!

Cieszyła się z dużej swobody, ojciec obdarzał ją dużym zaufaniem, a matka… skupiała się bardziej na znalezieniu jej odpowiedniego kandydata niż na zastanowieniu się czy będzie go chciała. Miała dużą swobodę, niestety wyglądało na to, że niedługo się zakończy… Mieli mieć bowiem nowego domownika. Ojciec poprzedniego wieczoru wezwał ją do gabinetu. Minęła wychodzącego lorda Longbottona. Byli dawnymi przyjaciółmi z ojcem, o ile wiedziała to właśnie jemu zawdzięczali obecną parafię. Sama słabo znała Jego Lordowską Mość. Pochodzili z różnych środowisk. Była córką dżentelmena, ale nie była bogatą dziedziczką a rodzina Longbottonów należała do arystokracji.

Nie przeszkadzało to jednak w przyjaźni obu panów i zastanawiała się, co tym razem uważyli. Miała nadzieję, że ojciec nie spiskował z matką i nie prosił o matrymonialną przysługę…

To byłoby upokorzenie roku.

Okazało się jednak, że nie było tak źle… Lady Longbotton została uratowana cudem przez pewną cudzoziemkę, niejaką Krokowską (kto wymyślał im nazwiska? nie mogła nazywać się bardziej swojsko, możliwie do wymówienia?), która wskutek ataku sama została bardzo poważnie ranna i potrzebowała czasu na rekonwalescencję. Niestety kiepsko mówiła po angielsku. Nie chcieli oddawać jej w obce, nieznane ręce, więc Longbotton z wdzięczności zamierzał umieścić ją u starego przyjaciela, który studiował niegdyś w Niemczech i język miał w małym paluszku.

Podobno dodatkową zaletę stanowił fakt, że były mniej więcej w tym samym wieku. Lekarz określił wiek nieznajomej na nieco ponad dwadzieścia lat, miała nadzieję że nie okaże się kolejną snobką albo lalunią rozprawiającą non stop o modnych strojach. Wprawdzie kobiety mało kiedy rozprawiały o polityce czy filozofii, ale same były sobie winne. Nie brakowało na świecie inteligentnych, które z własnej woli zakopywały się w pieluchach i płytkich plotkach, porzucając wszelkie aspiracje. Jej rodzina stanowiła tego smutny dowód.

Daniela Krokowska miała przybyć za niespełna tydzień, kiedy tylko lekarz zezwoli na podróż. Podobno była ranna w głowę – miała nadzieję, że nic nie uległo uszkodzeniu, co by mogło mu ulec… Longbottonowie mieli pokrywać koszty rehabilitacji i wizyt lekarskich. Oznaczało to więcej kontaktów z miejscowym szpitalem i pewnym zielonookim sąsiadem. Absolutnie nie miała nic przeciwko… trudno było o lepszą wymówkę.

Oczekiwali więc na młodego gościa i zmiany, jakie miała przynieść.

~ * ~

„Ci Niemcy są tacy bezczelni…” nowo przybyła do domu Longbottonów westchnęła dramatycznie, do tego przechodząc efektownie między kolejnymi salonami. Służący uniżenie otwierali przed nią drzwi. Liczne falbany jej ekstrawaganckiej sukni furkotały wokół, wywołując chwilowy powiew powietrza. Nie mogła powstrzymać rozbawienia, nieznaczny uśmiech ozdobił jej twarz. Nieznaczny – jakoś wiedziała, że w towarzystwie emocji nie należało okazywać. Tym bardziej, że efektowne wejście nieznanej kobiety było obliczone na efekt. Mimo że panoszyła się jak u siebie, chciała poklasku i zainteresowania przynoszoną plotką. Niestety, następny potok słów był w całości mieszaniną brytyjskiego bełkotu i zrozumiała co piąte słowo.

Nagle nieznajoma przerwała potok słów i odwróciła się w jej stronę, jakby dopiero teraz zauważyła brak szczególnego zainteresowania… i fakt, że nie została w ogóle przedstawiona.

„Moja siostra, lady Dunar. Nasz gość, o którym słyszałaś, Daniela Krokowska.” nastąpiła prezentacja i oczywiście ukłoniła się pierwsza, tak wypadało. Młoda arystokratka przyglądała się jej badawczo, w oczach zaczęła tlić się ciekawość i zainteresowanie. Wyrzuciła z siebie kolejny potok słów, z którego nic nie wynikało, tym bardziej zrozumiałego. Oprócz może narastającego chichotu ze strony młodszej lady Longbotton.

Słodkie zdanie Luizy, że nie rozumie angielskiego i znacznie lepiej mówi po niemiecku, nie wymagało tłumaczenia. Tak jak złośliwe „Nadal chcesz narzekać na Niemców?” Kobieta machnęła ręką, wyrzuciła z siebie kolejny potok, uściskała siostrę i opuściła pokoje równie nagle, co się pojawiła.

Daniela zamrugała. Co to u licha miało być?

„Moja siostra lubi… historie.. Jej mąż często przebywa poza domem, albo nim się nie interesuje… Potrafi przyjść kilka razy dziennie, rzucić jakąś zasłyszaną plotkę i wyjść równie nagle. Nie przejmuj się, jej zachowanie nie było skierowane przeciwko tobie.”

„Inne zamiary, spojrzenie, zachowanie… Widać. To jej dom.” odważyła się na wzruszenie ramionami „Musi być młodą mężatką. Nie przywykła do zmiany. Nawet kiedy jest dobra.”

Czuła nawet… rozczarowanie. Dniem codziennym. prawie nic rozsądnego nie robiła, nużyła ją własna bezczynność. Wizyta lady Dunar nie wniosła nic nowego. Nawet nie mogły porozmawiać. co mogłaby powiedzieć wielkiej damie, arystokratce? Raczej nie znalazłyby wspólnych tematów.

„Naprawdę… Niemcy nie mają znaczenia, czy ich lubi czy nie. To tylko wymówka, usprawiedliwienie. Tylko głośno tego nie powie.”

„Zmiany…” uśmiechnęła się. Luiza odwzajemniła uśmiech.

„To prawda.” Luiza uśmiechnęła się z wzajemnością „Bywa u nas tak często, że czasem żartuję, iż wcale nie wyszła za mąż.”

A może czuje się samotna? przemknęło jej przez myśl najbardziej logiczne wyjaśnienie. Tak jak Luiza, mimo rodziców w domu, tabunów służby i życia towarzyskiego, lgnęła do niej niczym pszczoły do miodu.

„Popołudniu idziemy do miasta. Papa był już u pastora, więc możemy….”

„Nie rozumiem.” przerwała. Luiza jedynie wzniosła wzrok do sufitu i użyła prostszej konstrukcji.

„Zakupy. Idziemy po ubrania. To polecenie papy.”

Oooo, krawcowa. Była ciekawa, jak to kiedyś wyglądało, kiedy wszystko było szyte ręcznie, wg określonych wymiarów i dopasowywane do osoby. Mogło być nawet ciekawie, o ile nie każą jej przyglądać się godzinami nudnym przymiarkom kolejnej sukni balowej Luizy. Albo oglądać cudze koronki. Grr.

„Idziemy do osoby, która szyje ubrania.” podsumowała ostrożnie.

Luiza powiedziała coś, co musiało oznaczać przymiarkę. Tylko jakoś zapomniała wspomnieć podczas konwersacji, że przymiarka wcale nie dotyczyła angielskiej lady…

Dwie godziny później z zupełnie mieszanymi uczuciami patrzyła na stos materiałów, rozłożonych na stołach przez pomocnice i szwaczki. Luiza rozmawiała ściszonym głosem ze starszą, korpulentną kobietą. Jak się domyślała, była szefową tej pracowni – jednym ruchem głowy potrafiła wprawić cały zespół w ruch albo sprawić, że poszczególne osoby przemykały w strachu.

A doprawdy, zdawała się miłą starsza panią, normalnie do rany przyłóż. Była też ubrana wyjątkowo dobrze – jej przynajmniej się podobało. Każdy szczegół jej sukni był dopracowany; detale były zachwycające, a materiał delikatny od samego patrzenia. Nie miała żadnych koronek za wyjątkiem czepka. Burgundzka, oceniła na pierwszy rzut oka. Bardzo ładna. I o nieczęstym wzorze. Miała nadzieję, że sama kiedyś taką nabędzie. Tanie nie były, co o to nie…

Jej myśli, niczym ciało, zatrzymały się momentalnie. Po czym ruszyła lawina. Nie mogła uwierzyć, że wcześniej nawet o tym nie pomyślała. Blondynka! skrytykowała swoją bezmyślność. I kto tu był dzieckiem cywilizacji? Tak bardzo przywykła do tanich ciuchów, do myśli że wystarczyło pójść do sklepu obok i kupić rzecz wyprodukowaną w fabryce za grosze… Prace ręczne kompletnie wyszły z mody, w większości zapomniane. Kto by chciał zresztą ślęczeć nad tym godzinami, tracić cenny czas kiedy w byle markecie mógł znaleźć coś znacznie ładniejszego za parę złotych?

Niestety u krawcowej nie kupiłaby potrzebnych narzędzi, musiałaby poprosić Luizę o pomoc. Młoda dziewczyna nie miałaby z tym problemu…

Nobliwa szefowa wprawiła ruchem głowy swoje pomocnice w ruch, odsyłając większość do innych prac. Luiza skończyła z nią naradę i podeszła do stołu przeglądając bez pośpiechu materiały.

„Podoba ci się?” nie wiedziała, czy to było bardziej pytanie czy stwierdzenie, nie złapała intonacji. Nie znając celu pytania przytaknęła uprzejmie. Luiza strzeliła palcami, i nim się zorientowała, porwała ją zgraja szwaczek. Longbotton tylko uśmiechnęła się pod nosem, i udawała że nie widzi jej przerażenia.

 

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *