AAIM

AAIM

 

Sequel do ITLTSIS i TLTS.

Tav podniósł leniwie powiekę i zerknął na ekran, pokazujący obraz z ukrytej kamery. Był doskonały, ale jego interesowało właściwie to, czego nie pokazywał. Niestety, jego jedynym źródłem tego, co się dzieje z Aleciem, był podsłuch i głos jego brata. Feralnie dla niego, to były negocjacje i ostatnie, co myślał sobie w tej chwili Alec, objawiało się w jego tonie głosu.

Pozostawały więc jedynie domysły. Opcja, która nieszczególnie przypadła mu do gustu. Szczególnie kiedy patrzył na skupione twarze innych transgeników, nie potrzebował domysłów, by wiedzieć, co się telepie w nich. Wiara, wręcz niezłomna. Trochę nadziei. Dużo skupienia, każdy oceniał sytuację według tego samego treningu. Trochę tłumionej złości na małego chochlika, który znów złamał serce 494… Tav zamknął znów oczy, by nie oglądać tego wszystkiego na ich twarzach, by nie musieć oglądać tego kalejdoskopu poplątanych emocji, który był dla niego niczym cios prosto poniżej pasa.

Doskonale rozumiał niechęć Aleca do przejęcia obowiązków głównodowodzącego. Władza nad transgenikami oznaczała nie tylko odpowiedzialność za ich przeżycie, ale i odpowiedzialność za ziszczenie się ich marzeń, nadziei i pragnień. Po latach w Manticore i koszmarnym roku ‚na wolności’ przybrały wręcz kolosalne rozmiary. Tav podejrzewał, że samemu Panu Bogu trudno by sprostać temu wszystkiemu. Co dopiero Alecowi, pokonanemu przez śmierć własnego dziecka i odejście, nawet tymczasowe, Nem. Od jego powrotu z wycieczki z lasy był milczący i zamyślony. Daleko mu było do tej zimnej wściekłości i furii, jak rok temu, ale wszyscy wiedzieli, że nadejdzie. To była tylko kwestia czasu i problemów, jakie na niego spadną.

Wrócił do przysłuchiwania się negocjacjom. To było więcej niż mogli kiedykolwiek oczekiwać, wbrew zamieszaniu w mediach i ostatnim krwawym dniom na ulicach Seattle.

„Musiało się stać coś naprawdę złego.” Mole wymruczał, na tę okazje wyjmując cygaro z ust. Tav się zgodził się z nim w duchu. Zdarzyło się, ale to, co on uważał za złe, u innych z pewnością wywołałoby radosne zacieranie rąk i pełne nadziei wyczekiwanie. Ostatecznie jak często amerykańska armia próbuje wyciągnąć z dna oceanu statek obcych?

Jak często ktoś dla chciwości bezcześci miejsce niewyobrażalnej tragedii?

Stłumił w sobie gwałtowną złość, słysząc pełen anty-obcych tonów bełkot pułkownika siedzącego naprzeciwko jego brata. Co ty naprawdę wiesz o obcych, Hash? pytał w duchu faceta. Nie musiał otrzymywać odpowiedzi, znał ją. Praktycznie nic. Hash próbował namówić transgenicznych na ponowną służbę dla amerykańskiego rządu na wprost bajecznych w porównaniu do czasów Manticore warunkach. Tavowi z każdym jego słowem cierpła skóra. Zerknął na innych. Byli zachwyceni, chociaż starali się chować to za opanowaniem. Lecz zapach i tak ich zdradzał. W nim budził odrazę.

Jak w ciągu kilku chwil życie mogło odmienić się tak całkowicie? W dosłownym sensie Nem podarowała mu nowe. Widział ją. Ponieważ obojętnie jak bardzo się starała przed nim ukryć siebie, zablokować, by napływała do niego jedynie uzdrawiająca energia, to mimo jej starań napływały obrazy, myśli, uczucia. Wszystko tak wymieszane i skondensowane, że potrzebował kilka dni i nocy porządnego sny, by jego umysł to wszystko mógł uporządkować. I razem z tym życie zmieniło się dla niego całkowicie. A może to on i percepcja rozmaitych spraw zmieniły się? Zawsze wyśmiewał ludzi, którzy twierdzili, że zmieniły ich jakieś wakacje, znajomość, czasem wydarzenie. Tymczasem jego, jak na ironię, zmieniło coś, co według jego pobratymców nawet nie zaistniało…

Mówiąc szczerze, Tav czuł się paskudnie. I obco. Czuł się obcym, autsajderem wśród transgeniczncyh. Po cichu, bardziej w duchu niż mową, zmówił błagalną modlitwę. Do królowej. By zmiłowała się i by nie wydarzyło się to, czego się obawiał.

Przepaść oddzielająca ich od Nemin wydawała się już wystarczająco przepastna. Błagam, Alec, nie rób tego.

Wtedy padło ciche nie.

Słysząc sapania złości, podniósł z nadzieją wzrok na monitory. Zerknął na innych. Część wyglądała na zaintrygowanych, część na zaniepokojonych. Alec podnosił się ze swojego miejsca. Negocjacje zostały prawdopodobnie zakończone.

„Nie odpowiada nam pana propozycja, pułkowniku.”

„Lepsza nie padnie.”

„Damy sobie radę. Ale ostatecznie, nie o to panu przecież chodzi. Miłego dnia.”

Pełne niedowierzania napięcie towarzyszyło każdemu ruchowi obrazu z kamery Aleca, kiedy wychodził z pomieszczenia i kiedy opuszczał budynek głównego posterunku policji. Eskortujący go oddział wyglądał na ekranie na lekko rozbawiony. Tav winił za to przestraszone twarze policjantów. Zdecydowanie nie znali wyniku negocjacji.

Być może była jeszcze szansa… rozmyślał trzy godziny później Tav, siedząc na drzewie i obserwując lądowisko śmigłowca. Pilot zgrabnie i z wdziękiem posadził maszynę na utwardzonym podłożu i zaczął całą procedurę wyłączania. Biggs, uświadomił sobie Tav. To on musiał pilotować.

Alec wysiadał jako ostatni. Tav stłumił ogarniające go uczucie ulgi, nie teraz czas na to, zganił siebie surowo. To było oczywiste, że wojsko nie zaryzykuje ponownej konfrontacji tak szybko. Nie miał się o co martwić, ale i tak zastanawiał się, jak wszyscy. To zawsze mogłaby być pułapka. Ogromne ryzyko jednak się opłaciło, westchnął szczęśliwie. Autsajder w nim wręcz tańczył szczęśliwie, z radości. Być może jednak Nem odmieniła nie tylko jego… Pozwolił sobie na niewielki płomyczek nadziei, kiedy patrzył i słuchał, jak Mole wyjmuje cygaro i wita Aleca z lekką złością w głosie…

„Co ci odbiło, ładniutki?” spytał bez krztyny szacunku.

Być może nie było jeszcze za późno… Tav wiedział, gdzie i kogo szukać… ale czy warto?

„Nie sądziliście chyba, że się zgodzę?” w głosie Aleca pobrzmiewał lekko lodowaty, ale i zdumiony ton. Tav zacisnął kciuki tak mocno, iż jego kostki zbielały i czekał z napięciem na ciąg dalszy. „Taka zmiana stanowiska… z rzezi na otwarte ramiona…” cierpko kontynuował jego brat „Albo to pułapka, albo stało się coś naprawdę paskudnego, co wywołało wręcz desperację u dowództwa, skoro są tak skorzy…” miny wokół poprawiły się prawie natychmiast „dowiedzmy się co, a będziemy w stanie sami dyktować warunki. Być może nie jest za późno, by zacząć marzyć.” dokończył z uśmieszkiem i ruszył w stronę głównego budynku „Chcę mieć 312 u siebie w biurze za kwadrans. Wracajcie do swoich zajęć.”

Raczej za wcześnie, myślał z rozczarowaniem Tav na swoim miejscu. 494 nigdy by czegoś takiego nie zrobił, Alec nawet się nie zawahał.

Patrząc na wysoką sylwetkę brata niknącą we wnętrzu budynku, Tav nigdy nie czuł większego rozczarowania i zwyczajnego wstydu. Ale znacznie gorsze było, ze kiedy przybierał na twarz maskę ostrożnego optymizmu, czuł się bardziej obco i źle wśród transgeników niż kiedykolwiek wcześniej. Sprawiła to jedna mała osóbka, lecz przenigdy nie zmieniłby tego faktu. Wolał być inny w środku i zapłacić za to niż pewnego dnia stanąć przed królową i nie móc spojrzeć jej w oczy.

Chryste, czuł się obcy we własnej skórze.

~ * ~

Przyjęcie skończyło się dobrą godzinę wcześniej, ale ekipa sprzątająca wciąż pracowała zawzięcie nad przywróceniem porządku wspaniałej rezydencji Kala Langleya. Właściwie to nie sam dom był wspaniały – jak na standardy Beverly Hills był całkiem niewielki – lecz jego wyposażenie. Mimo ledwie dwóch tysięcy metrów użytkowych, każdy z nich był dokładnie przemyślany i pasował do pozostałych z przerażającą wszystkich precyzją. Właściwie ten dom był idealnym odzwierciedleniem tego, kim był i jak działał jego właściciel. Langley uwielbiał perfekcję i piękno w każdym calu. Dom nie tylko był luksusowy, ale i każdy skarb wypełniający jego pokoje wręcz doskonale harmonizował z reszta. Langley był świrniętym geniuszem, każdy to wiedział. I każdy wiedział, że jest niebezpiecznym przeciwnikiem.

Żaden z pracujących przy przywracaniu porządku po wielkim przyjęciu nie wiedział, że siedzący w gabinecie multimiliarder ma pilną naradę, której treść zdumiałaby prawdopodobnie niejednego mieszkańca Ziemi.

Osiem drobnych świecących istot stało w półkolu, niemal z przerażeniem wsłuchując się w raport dziewiątego, najstarszego z nich i prawdopodobnie najsilniejszego. Miękki, melodyjny język swoim ciepłem i znajomością tylko dla nich, jeszcze tylko podkreślał grozę tego spotkania.

Najstarszy skończył mówić i wśród nieziemskiego zgromadzenia zapadła cisza, przeładowana jednak uczuciami smutku, ulgi ale i kompletnego zdumienia. Właściwie Ziemianinowi trudno byłoby zrozumieć tę burzę emocji, ukrytą dla ludzi, ale niezmiernie intensywną dla nich. Wobec takiej sytuacji nigdy jeszcze nie stanęli jako jedność. Cokolwiek jednak by postanowili, najstarszy wciąż robiłby to, co do niego należało. Chronił swoją panią, królową. Kochać, kochali ją wszyscy. Nie dlatego, kim była, lecz jaka była.

Ostatecznie do przodu wystąpiła najmniejsza z nich. Jej wiek ludzi mógłby zdumieć niepomiernie. Miała niewiele ponad trzy tygodnie. Jej piękne czarne spojrzenie na dziecięcej twarzyczce wyrażało strach, ale była odważna. Dla nich odwaga nie była pustym brakiem lub tłumieniem strachu. Sam strach był dla nich codziennością, lecz tej szczególnej nocy urósł niepomiernie.

Lecz byli odważni; każdy z nich. Odwaga znaczyła dla nich, ze są bliscy lub sprawy bliskie ich sercom, które są ważniejsze niż strach i jakikolwiek trud. O tak. Byli odważni. Nawet ta mała istotka, która na co dzień chowała swoje ja pod postacią dorosłej kobiety.

„Jestem za.”

Niezwykle brzmiały w jej ustach ludzkie wyrazy.

„Królowa… jej życie jest dla mnie zbyt ważne. Na zbyt wiele lat zapomnieliśmy, a przecież każdy z nas ma podwójne serce… nie chcę śpiewać zachowaj nas w pamięci do niej… teraz Nemin umrze jako ostatnia z nas.” mały podbródek uniósł się wojowniczo; najstarszy uśmiechnął się nieznacznie „Jestem za tym, by wykorzystać transgeników do tego, do czego ich Sandman stworzył. Incydent z tym osłem niech pozostanie tym, czym tak naprawdę jest: ostrzeżeniem, by nie zostawiać bezpieczeństwa Nemin przypadkowi. Jeden z nas odszedł…” zaczerpnęła głęboko powietrza; ziemska atmosfera była dla niej wciąż bolesna, ale znosiła ją coraz lepiej „… i kiedy jego naprawione ciało powróci z komory, nie będzie tą samą istotą. Ja nie jestem tą samą i nigdy już nie będę. I…” spojrzała na pozostałych; na tych, za sprawą których otrzymała nowe życie „… mam nadzieje, że lepszą.”

Najstarszy uniósł idealny, młodzieńczy łuk brwi w niemym zapytaniu o sprzeciw. Jesteśmy za dotarły do niego echa od wszystkich.

„Przekażę wasze zdanie temu diabełkowi.” uśmiech zniknął, przemieniony w powagę. Światło innych zgasło. Ośmioro dorosłych ludzi, każdy teoretycznie o zupełnie innej profesji i statusie społecznym. „Będziesz musiała napisać następną książkę.” zwrócił się do jedynej kobiety w pokoju.

„Jakoś przeżyję” uśmiechnęła się blado „Teraz nikt z was nie musi uczyć mnie, jak i co pisać, by trafić do ludzi. Ostatecznie są tylko ludźmi.”

„I kto to mówi…” delikatna złośliwość wynikła z ust Soriego Langleya, nim zdążył ugryźć się w język.

Luisa miękko westchnęła i ruchem dłoni podniosła żaluzje na wszystkich oknach. Spotkanie dobiegło końca.

„Ktoś, kto jest obcy wewnątrz. ” położyła dłoń na sercach „Lecz na zewnątrz musi pozostać człowiekiem. Wierz mi, to boli.”

Koniec

Tags:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *