Czereśniowe rzeki (2)


Część druga

„Nadal nic?” Alec odwrócił się nieznacznie w stronę jednego ze swoich ludzi, który pokręcił przecząco głową. Ceremonia zgromadziła naprawdę wielu szacownych gości, nawet ci, którzy nigdy osobiście nie poznali ostatnich przedstawicieli tego klanu, zjawili się by oddać szacunek pani Uce. To mógł być ostatni moment, w którym gwiazda tego rodu jeszcze lśniła. Nikt nie chciał pozwolić odejść dawnym zwyczajom, wręcz ikonie tradycji i przetrwania, jakie zapewniła im przez wieki. Uka była takim symbolem, była dzieckiem tego rodu. Ledwie dwadzieścia lat, a już zdążyła odejść od własnej rasy i namieszać tak wiele, jak niejednokrotnie nie udało się to przez lata całym rodzinom. Była silna. Nawet jako zdrajca pozbawiony wszelkiego wsparcia sama jedna potrafiła przez dwa lata wymykać się ich prawom, pościgom, a wszystko to tylko i wyłącznie na świętej ziemi – w Japonii, gdzie każdy skrawek terenu był obserwowany z niewiarygodną uwagą i troską.

„Niestety nie, proszę pana.”

Skinął głową swojemu towarzyszowi, rzucając tym razem uważniejsze spojrzenie na zgromadzony na ceremonii pogrzebowej tłumek. Setki przybyłych. I to sami najznamienitsi przedstawiciele. Nie mogło zabraknąć Lii. To było niemożliwe, nie w jej stylu. Z całą pewnością przybyła na tę ceremonię, chociaż nie mogli wykryć w jaki sposób. Prędzej lub później chciałaby złożyć ostatni hołd ukochanej siostrze. Były zbytnio związane ze sobą emocjonalnie. Na pewno przybyła, upewniał się. Tylko nie wiedział, kim była w tym tłumie. Przez dwa lata z dziecka mogła wyrosnąć kobieta, której nie znał zupełnie. Mogła rozwinąć umiejętność zmiany kształtu. Wciąż, po tylu latach, nie rozumieli, jakie zdolności posiadała. Ku jego przekleństwie, niestety.

Zostało mu trzy tygodnie, zanim zerwie się prawdziwe piekło.

Spojrzał na płonący stos, zapach palonych kwiatów drażnił nozdrza. Zaintrygowany spojrzał na podstawę prostego, jasnego stosu. Nic. Nic prócz ognia trawiącego ciało, unoszące ziemskie resztki do atmosfery, by ostatecznie zjednoczyły się z materią, z której powstały. Zapach był słaby, lekki, owiewał raz po raz jego nozdrza.

Lekki wiatr zmienił kierunek, niosąc go dalej. Inni goście poczęli zerkać na siebie zaniepokojeni. Westchnął cicho ze smutkiem. Ten zapach przywodził mu na myśl Lii, nikogo innego. Odwrócił się od stosu, by nie patrzeć na ogień. Zamknął oczy, usiłując wyizolować ten szczególny zapach.

Kiedy dwa lata temu zobaczył jej wzrok, mętną, ciemną czekoladę, utkwioną prosto w nim, był chyba najszczęśliwszym facetem na świecie. Lii poddawała się odwiecznemu rytuałowi, mimo, iż rok wcześniej odmówiła jemu. Oczywiście nie miała prawa tego zrobić, umowy rodowe były świętością jeszcze większą niż ich rytuały. Jej rodzina słono za to zapłaciła, iż nie wzięła w tym udziału, nawet jeśli zamiast niej wysłali Uki na ceremoniał. Wybaczono to odstępstwo, bowiem była jeszcze dzieckiem i nawet laik to widział. Wysłano kolejne zaproszenie rok później. Tym razem nie przyszła bezpośrednio do niego, jak planował, jak dał jej szansę prywatności. Pojechała na południe, jak każdy młody przedstawiciel ich rasy. Rzucając się od razu na bardzo głęboką wodę… pachnącą kwiatami czereśni. To był ten zapach. Ten sam.

Nic nie było w jego życiu paskudniejsze niż to wiadro lodowatej wody, które wylała na niego, wyjeżdżając jeszcze tego samego ranka. Długo zastanawiał się, co było nie tak z nim, co źle zrobił. Dopiero później, rok później, w jej siedemnaste urodziny, które spędził w samotności w Dak-nau, Uki w ogromnej tajemnicy przyszła do niego.

Żałował teraz, iż jej nie uwierzył. Wręcz wyśmiał to, co powiedziała. Przecież to było niemożliwością. To było wręcz śmieszne, insynuować coś takiego. Ale jednak. Kiedy widział jej zmaltretowane ciało, kiedy martwe szare oczy patrzyły na niego, zaczął się w końcu zastanawiać i nie mógł pozbyć się tego wstrętnego uczucia gdzieś w gardle, że miała rację. Miała świętą rację, a on idiota nie widział tego na czas. Teraz pozostało mu trzy tygodnie, a nie wiedział nawet jak wyglądała jego narzeczona. Co za koszmar.

Kapłanka zanuciła ostatnią pieśń. Zdezorientowany otworzył oczy. Zaczynali powoli, niechętnie się rozchodzić. Zostawały praktycznie resztki i ci, którzy chcieli osobiście podejść i osobiście złożyć ostatnie pożegnanie. Jasne peleryny szumiały cicho na lekkim wietrze, ich delikatne materie nieraz zasłaniały obraz, dym, wodę. Mógł tylko cierpliwie czekać, by oddanie się Uki w ich ręce mogło przynieść w końcu pożądany skutek. By spotkać Lii i naprawić to, co zostało zaniedbane dwa lata temu.

Dźwięki niosły się na wietrze, wibrując w powietrzu, otaczając żałobników. Zmęczony nagle, postanowił już nie czekać. Nie wiedział, na co ma nadzieje. Dla niej najprawdopodobniej był wrogiem albo śmieciem, którym po prostu pogardzała. W ich świecie, w świecie tradycji, nie bardzo się liczyło, co zrobiło się za życia. Liczyło się pochodzenie. Mimo, iż dawne czasy przechodziły powoli w zapomnienie, to jednak nikt w ich rasie nie chciał pozwolić im odejść, upatrując w kultywowaniu ich tradycyjnej, zhierarchizowanej społeczności, jedyny sposób na przetrwanie. Ale nowoczesność i coraz gwałtowniejsze zmiany w relacjach z ludźmi przynosiły zmiany coraz szybciej. On stał na ich pierwszej linii.

Odwrócił się, żegnany dźwiękami żałobnej pieśni. Coś w nim szemrało, by został, by się odwrócił, aż wszyscy odejdą i będzie zupełnie pewien, że Lii się nie pojawiła. Ale już nie mógł. Nadzieja rozwiewała się o wiele szybciej niż spalały ziemskie szczątki Uki. To była tylko pieśń ostatniego pożegnania. Jakże wymowna w swojej nazwie.

Powolnym krokiem przemierzał połacie zielonej trawy, usianej teraz śladami setek stóp i drobinami pyły ze stosu pogrzebowego. Ta ziemia żywiła się ich ciałami, spalanymi tu od tysiącleci. Ta trawa, drzewa, źródło, które wypływało niedaleko, tworząc wodospad i rzekę, wszystko zawierało w sobie jakąś cząstkę ich. Ostatnimi laty coraz więcej. Trwająca wieki neutralność pomiędzy nimi a ludźmi odchodziła w zapomnienie. Wszyscy to widzieli. Ludzie w miarę rozwoju technologii i dostępu do informacji na skalę światową coraz szerzej dostrzegali ich odmienność i możliwości. I jak zawsze, bali się nieznanego, słusznie obawiając się ich siły. Prześladowania zaczęły się już ponad dziesięć lat temu, ale to były sporadyczne przypadki. Teraz zamiary ludzi stały się klarowne. Szli na wojnę. Co najmniej o kontrolę nad nimi, jeśli nie o całkowite wyniszczenie. I coraz więcej prochów osiadało na zielonej trawie, jasne peleryny coraz częściej stawały się zabrudzone od coraz częstszych rytuałów ostatniego pożegnania.

Szedł bezgłośnie, trawa miękko ustępowała pod jego stopami, aż wyszedł zza załomu skały i znalazł się tuż nad dokiem. Jego zielone oczy omiotły dziesiątki rozmaitych statków, śmigłowców i wszelkiego rodzaju pojazdów. Każdy z nich miał jakieś barwy, oznaczenia, pochodził z innej części świata. Znał praktycznie wszystkie. Było ich coraz mniej, mimo kultywowania starych tradycji. Wojna zbierała swoje żniwo. A i z biegiem lat coraz więcej rodzin porzucała swoje dotychczasowe życia, przenosząc się do Kraju Kwitnącej Wiśni. Piekła i raju w jednym, jak zwykła mawiać Lii. Ich dawne twierdzy i bazy były już zapełnione i zostali zmuszeni do stworzenia zupełnie nowego kompleksu. Więc Rada Starszych zdecydowała o utworzeniu nowej stolicy, samowystarczalnej, niezależnej od świata ludzi. Była praktycznie ukończona i pierwsi osadnicy się tam już przenieśli.

Niektórzy z przybyłych byli już jej mieszkańcami. Nie znał wszystkich oczywiście, lecz za parę miesięcy prawdopodobnie będzie znał wszystkich z imienia, rodziny, klanu i umiejętności. Wojna nadwyręży ich siły i przetrzebi ich szeregi. Niestety. Kogo następnego będą opłakiwać nad Rzeką Umarłych, czyj statek będzie trzeba skierować następny?

Naprawdę nie chciał wiedzieć tego.

Przejechał dłonią po włosach, ignorując pozdrowienia innych zszedł do niższego poziomu, gdzie dokowały znacznie większe transportowce. Głównie te ciężko uzbrojone, przystosowane do przewożenia ich wojsk, sprzętu, broni. Wszystkiego, co będzie potrzebne im niedługo…

Nie zdejmując peleryny wszedł do środka. Dwójka młodszych, niemalże dzieciaczków, zasalutowała mu posłusznie. To już nie był dziwiący wszystkich widok. Tylu młodych przechodziło szkolenie. Kiedyś w ich wieku jedyne, o czym się marzyło, to skończyć jak najszybciej szkołę i poszaleć wreszcie bez ustawicznego nadzoru dorosłych. Ile mogli mieć? Piętnaście? Szesnaście?

W wieku Lii, kiedy uciekła… sama, bez ochrony, bez pomocy, bez niczego. Zdana tylko na siebie i na własne siły. Gdzie teraz była?

Comments
  1. Agnieszka

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *